8 minutes to save the world, czyli "The Source Code" Duncana Jonesa

by 12.8.11 4 komentarze
Poniżej znajdują się SPOILERY w dużej ilości, chociaż nie jest to nic, czego średnio wyrobiony fan SF nie domyśli się w drugich ośmiu minutach

W tym tygodniu poszła fama, że wraz z premierą drugiej części "Harry'ego Pottera i insygniów śmierci" pojawi się pierwszy zwiastun "The Dark Knight Rises" Christophera Nolana, trwający dokładnie 1 minutę i 33 sekundy. Reakcje fanów w internecie są co najmniej histeryczne, a ja szczerze mówiąc nie do końca je pojmuję. Nie chciałabym zostać źle zrozumiana, filmy Nolana lubię (zwłaszcza "Memento" i "Prestige"), ale zastanawiam się czasem, jak wiele hype'u zawdzięczają bardzo dobrym kampaniom reklamowym oraz rozbuchanym budżetom, czego najlepszym przykładem jest chyba "Incepcja"; nie twierdzę, że jest to film słaby, ale na pewno trailery i plakaty reklamowe sugerowały trochę inną produkcję.

Tymczasem istnieją filmy science fiction, które przemykają przez ekrany niezauważone przez nikogo oprócz fanów gatunku i zarabiają na siebie dopiero na sprzedaży wydań DVD, a po latach zyskują status filmu kultowego. Dobrym przykładem będzie tu "Moon" Duncana Jonesa, skromnie opowiedziana historia o samotnym astronaucie na trzyletnim kontrakcie na stacji na Księżycu, który za jedynego kompana ma komputer. Po tym znakomitym debiucie obiecałam sobie, że będę bacznie wyczekiwać jego kolejnego dzieła, po czym przegapiłam "The Source Code", który miał premierę na początku roku.

Na swoje usprawiedliwienie powiem jednak, że drugi film Jonesa reklamowany jest przez ten rodzaj plakatu, po którym mój wzrok po prostu się prześlizguje: facet w garniturze biegnący na szarym tle pośród opadających, bliżej niezidentyfikowanych obrazów, sugerujący kolejny, nudny film akcji. Plakat do "Moon" przynajmniej był oryginalny; można go bez poczucia wstydu powiesić w domu na ścianie.


Wróćmy jednak do "Kodu nieśmiertelności" (polskie tłumaczenie tytułu również nie pomaga w jego promocji...). Madonna i Justin Timberlake się mylili: na ocalenie świata (no dobra, nie świata, tylko jednego miasta) potrzeba aż 8 minut. Kapitan Colter Stevens (Jake Gyllenhaal), pilot helikoptera na misji w Afganistanie, budzi się niespodziewanie w jadącym z dużą prędkością pociągu. Nie poznaje siedzącej naprzeciwko niego dziewczyny (Michelle Monaghan) - choć najwyraźniej są w trakcie rozmowy i dosyć dobrze się znają - a w szybie widzi odbicie obcej twarzy. Po 8 minutach od jego przebudzenia pociąg eksploduje w wyniku zamachu bombowego, ale Colter budzi się ponownie w uprzęży pilota w jakiejś dziwnej, zdezelowanej kapsule, a z monitora pani kapitan Goodwin (Vera Farmiga) przepytuje go z przebiegu misji. Okazuje się, że nasz bohater bierze udział w tajnym wojskowym programie o kryptonimie "Source Code", który pozwala na wejście w ciało innego człowieka na ostatnich 8 minut jego życia. Zadaniem Stevensa jest rozpoznanie i powstrzymanie zagrażającego całemu Chicago podkładającego bomby terrorysty, który prawdopodobnie podróżuje tym pociągiem. Czasu jest mało, Colter musi się sprężać, wracając wciąż i wciąż do tych samych ośmiu kluczowych minut; w dodatku pracy nie ułatwiają mu bagaż emocjonalny, kiełkujące przywiązanie do dziewczyny z pociągu oraz rosnące podejrzenie, że coś tu jest nie tak, a Goodwin sporo przed nim ukrywa...

Jake Gyllenhaal wyciągnął z roli Coltera Stevensa wszystko, co się dało. Funduje nam emocjonalny rollercoaster w absolutnie każdej scenie: gdy znajduje bombę, usiłuje zidentyfikować zamachowca wśród pasażerów pociągu, próbuje ratować Christinę przed śmiercią czy rozmawia przez telefon z ojcem, udowadniając po raz kolejny swoją klasę aktorską. Kroku dotrzymuje mu Vera Farmiga w roli współczującej kapitan Goodwin, która zaprzepaszcza swoją karierę broniąc prawa kolegi, człowieka, którego nawet nie znała, do godnej śmierci.

Bo tak naprawdę siła tego filmu nie leży w oryginalnym pomyśle na wykorzystanie ośmiominutowego wormhole'a prowadzącego ze świadomości jednego człowieka do drugiego w przeszłości w celu walki z terroryzmem ani nawet na wybitnej grze aktorskiej. "The Source Code" jest tak naprawdę jednym wielkim pytaniem o granice służby dla większej sprawy - Colter nie żyje, ale nadal ma rozkaz walczyć o przetrwanie cywili. W dodatku w tym życiu po śmierci jego mózg jest tylko narzędziem, a armia zupełnie nie przejmuje się jego prawem do szczęścia/wiecznego spoczynku/wolności, planując resetować jego pamięć po każdej misji. Trudno nie odebrać filmu jako argumentu za eutanazją - Colter chce umrzeć, dąży do tego, uważa, że ma do tego niezbywalne prawo; jednocześnie jest wdzięczny za niespodziewaną szansę pogodzenia się z ojcem, z którym pokłócił się jeszcze w czasie swojego pobytu w Afganistanie.

Relacje rodzinne chyba są najmocniejszą, obok znakomitych esefowych pomysłów, stroną obu filmów Jonesa - bohaterowie siłę do działania czerpią z miłości do rodziców, dzieci, partnerów życiowych; w wydobyciu głębi zdecydowanie pomaga oszczędny, powściągliwy sposób prowadzenia narracji, skupiony na jednym aktorze (z oczywistych względów jest to bardziej widoczne w "Moon").

"The Source Code" najlepiej wypada oglądany w towarzystwie w domowym zaciszu. Można się wtedy skupić na rozwoju fabuły oraz podyskutować po seansie. Gwarantuję, że będzie o czym.


The Source Code (2011)
Reżyser: Duncan Jones
Scenariusz: Ben Ripley
Gwiazdy: Jake Gyllenhaal, Michelle Monaghan, Vera Farmiga
Więcej informacji: IMDB
Zwiastun: 1

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.