Co to jest: zielone, śmieszne i bez wyobraźni?

by 5.8.11 6 komentarze
Odpowiedzią jest oczywiście Hal Jordan, czyli główny bohater ekranizacji jednego z komiksów DC, która niedawno pojawiła się w kinach. Jutro czeka mnie "Captain America" (i scena po napisach z Tonym Starkiem, yay!), recenzja "Soldiers Girl" leży sobie napisana do połowy, ale i tak dzisiaj znalazłam czas, by wybrać się na "Green Lantern" (kiedy poprosiłam o bilety na "Green Lantern" kasjerka najpierw spojrzała na mnie wzrokiem sępa, chwilę pomyślała, a następnie zapytała, czy może chodzi mi o "Zieloną Latarnię" - co jest o tyle fascynujące, że jej pracodawca (sprawdziłam, hehe) sprzedaje film jako "Green Lantern 3D", więc skąd niby to pytanie?). Nie bałam się przestróg zwierza i dzielnie postanowiłam sama sprawdzić jakość filmu przede wszystkim dlatego, że zielony to mój ulubiony kolor. Była to dobra decyzja, bo od dawna tak się nie uśmiałam.



Widzom, którzy tak jak ja poza fanartami spotykanymi czasem w sieci, honorowym wyróżnieniem za najbardziej niezręczne sceny w historii komiksu i pasją dla pewnych zagadnień prezentowaną przez doktora Sheldona Coopera nie mieli wcześniej z "Zieloną Latarnią" jakiegoś większego kontaktu przyda się dodatkowe wyjaśnienie (jeżeli chodzi o niezręczne sceny w komiksach to i tak Green Lanterni przegrali z komiksem, w którym Superman i Batman urywają się z "pracy" i lecą do lodowej fortecy Supermana powzdychać nad tym, jak jest im ciężko, narażając się tym samym na napad złowrogich emocjonalnych tentakli z kosmosu i innym, takim ze zbroją Iron Mana zakochaną w Iron Manie) W wyjaśnieniu polecę po ogólnikach, bo film i tak wszystko objaśnia dokładnie i szczegółowo, z tego, co się zdołałam zorientować w wielu kwestiach korzystając ze znacznej swobody, tak więc poniższy opis odnosi się tylko do tego, co producenci niewinnym widzom zaproponowali. Otóż film uczy nas, że zielone to siła woli, zielone jest dobre i reprezentowane przez różne istoty w zielonej wymyślonej lycrze (a może to wymyślony spandex, kto wie...), a żółte to złe i paskudne, przeważnie gatek nie nosi, ale za to ma zdumiewającą pojemność mózgoczaszki i tentakle złożone z krwiożerczego kosmicznego dymu. Noszenie zielonych gatków uprawnia różne istoty do poczucia moralnej wyższości i wiąże się z byciem w kosmicznej policji Green Lantern Corps. Brak strachu jest natomiast jednym z warunków, które musisz spełniać chcąc przynależeć do owej szacownej instytucji. O twoim przyjęciu tej elitarnej jednostki ostatecznie decyduje jednak zaprezentowany kilka linijek wyżej przez Doctora Sheldona Coopera czarodziejski pierścionek, który przychodzi w komplecie ze znośną estetycznie latarenką wykorzystywaną ładowania supermocy. Najciekawsze jest to, że pierścionek pozwala ci wytworzyć wszystko, co sobie wyobrazisz... Fantastyczne - prawda? Nie wtedy, kiedy wyobrażać ma sobie Hal Jordan, główny bohater filmu grany przez Ryana Reynoldsa, który jakichkolwiek skłonności do imaginacji pozbawiony jest prawie całkowicie. Zarówno postać, jak i grający ją aktor wypadaliby raczej smutno, gdyby nie to, że prostota wyobraźni spowodowała, że przez większość seansu tarzałam się ze śmiechu.


Najzabawniejsza i absolutniecudownowspaniałoporywająca jest scena, w której Hal ratuje helikopter od rozbicia się przy pomocy wymyślonego przez siebie gigantycznego zielonego zabawkowego toru wyścigowego (Hot Wheels i te sprawy). Niestety mam wrażenie, że fragment ten z założenia nie miał być komiczny (postacie na ekranie się nie śmieją, poza jedną, przynajmniej tyle), ale nie rozumiem, dlaczego w takim razie w środku przyjemnego superbohaterskiego filmu akcji umieszczali takie motywy. Wyobraźnia pierwszego ziemskiego Green Lanterna zamiast rozwijać z czasem zachowuje się wręcz przeciwnie - ulega degeneracji tak, że decydujące uderzenie zadane jest po prostu przez wielką piąchę (wielkie zielone piąchy są jak najbardziej w porządku, tylko jak na rozwiązanie wprowadzone przez kogoś, kogo ogranicza tylko wyobraźnia raczej smutne). Po filmie i wyczytanych ostrzeżeniach... to znaczy recenzjach spodziewałam się raczej kompletnej nudy, a tymczasem nie uśmiałam się tak od "GI Joe" - perełki niezamierzonego komizmu.

Plakacik świetnie oddaje nastrój filmu

Co do charakteru filmu zaczęłam mieć podejrzenia już na początku, kiedy to bohatera policzkuje Retrospekcja, uświadamiająca nam, co wpływa na jego działania i czyni go głębszym niż szklanka whiskey. Retrospekcja jest dramatyczna i bardzo, bardzo zdeterminowana - pozwala nam odczuć wewnętrzne cierpienie oblatywacza pozbawionego poczucia obowiązku, którego nikt poza małymi zielonymi pierścionkami nie bierze poważnie. Całkiem przyjemne sceny szybkiego prowadzenia takich, czy innych pojazdów usiłowały mnie przekonać, że będzie inaczej, ale ich głos pozostał raczej cichutki po odkryciu przeze mnie, że bielizna jest dla słabiaków, a nie true Green Lanternów. W tym momencie powoli zaczęłam się wczuwać w klimat tej przezabawnej komedii. Krytykować elementów złych nie będę, bo to by było tylko jeżdżenie po szczeniaczku, a tak naprawdę to one, ze względu na swój komizm, są największą zaletą tego filmu. One i Mark Strong, którego znowu nie poznałam do momentu, w którym nie pojawił się w napisach. Na moje usprawiedliwienie mogę podać to, że był różowy, brwi i uszy pożyczył z Vulcana (na zwierzowym blogu toczyła się swojego czasu dyskusja o aktorach wtapiających się w role - Mark Strong jest tutaj świetnym przykładem, bo praktycznie nigdy go nie poznaję - jeżeli nie wiecie kto to radzę sprawdzić IMDB, bo na pewno widzieliście przynajmniej kilka filmów z nim), a fryzurę od Stevena Segala.
Zagrać różowego obcaka i być cool? Brawa dla Marka Stronga.

W filmie rozkoszne jest też podejście do strachu prezentowane przez Green Lantern Corps, które wyklucza większość inteligentnych istot z udziału w całej tej imprezie. Nieustraszoność to bardzo piękna idea, ale w praktyce okazuje się, że strachu nie mają przede wszystkim idioci, szaleńcy i berserkowie, bo inteligencja i wiedza zakłada niestety przynajmniej częściową świadomość konsekwencji, a co za tym idzie mniejszy lub większy lęk. Co oczywiście nie przeszkadza, by bały się także łosie bez wyobraźni. Green Lanterni jeszcze nie poznali tych zdumiewających faktów (oczywiście ich biologia i emocje mogą funkcjonować w inny sposób. Ale to już zbytnie pastwienie się nad prostą jak but i niewymagającą fabułą filmu, więc przestaję tu i teraz.)


Na wątek miłosny ciężko było mi patrzeć nie tyle ze względu na całkiem przeciętną historię romansu superbohaterskiego (tak płytką i prostą jak owe historyje bywają), ale Serenę Van der Woodsen (Blake Lively) ze złym kolorem włosów - tak to jest, jak ktoś dla zaspokojenia pierwotnych potrzeb sięga po taki serial jak "Gossip Girl". Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie mi za to zapłacić (na szczęście już nie oglądam, więc liczę, że dalszych kar nie będzie). Najsympatyczniejszą postacią w całym filmie okazał się Hector (Peter Sarsgaard), który na tym całym zamieszaniu wyszedł najgorzej, bo zbrzydł i został zdradzony przez dwóch tatusiów.

Cała prawda o wnętrzu Hala Jordana

Z plusów: jednak nie będę nazywać filmu "Pussy Lantern", bo Hal Jordan w filmie okazał się dużo bardziej pozbierany niż w trailerach. Pozbierany w stylu nieciekawego tępawego buca bez wyobraźni wykraczającej poza zabawkowe tory samochodowe, ale zawsze to coś. Przyjemna jest też strona wizualna, ale nic wartego zapamiętania. Film polecam jako absolutnie głupawą rozrywkę, ze względu na dręczące mnie i współoglądaczkę podczas seansu napady szczerego śmiechu. Proszę o większą ilość takich komedii.

W pojedynku na ekranizacje Marvel/DC DC dostaje -20 punktów do stylu i +100 do niezamierzonego komizmu.



Green Lantern (2011)
Reżyser: Martin Campbell
Scenariusz: Greg Berlanti, Michael Green, Marc Guggenheim, Michael Goldenberg Gwiazdy: Mark Strong

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.