Kapitan perfekcyjne ABS

by 10.8.11 10 komentarze
Dzisiaj będzie o cudownej maszynie wynalezionej przez doctora Erskine'a i Howarda Starka służącej do budowania perfekcyjnej muskulatury, wzmożonej odporności, większej siły i szybkości... Ale przede wszystkim doskonałej klatki piersiowej (tym razem biustu jednak nie ma), połyskującej elegancko w stonowanym świetle i potraktowanej właściwą ilością bronzera i podkładu. Gdzieś w tle padają jakieś uwagi o perfekcyjnym żołnierzu i służbie krajowi, ale przez większą część filmu, dla praktycznie wszystkich poza Kapitanem Ameryką, nie są one zbyt ważne. Będzie też o ciasnych kostiumach i musicalowych numerach z tancerkami. A poruszania kwestii merytorycznych usilnie starałam się unikać (wkleiłam za to sporo obrazków).


Z Howardem Starkiem zgadzam się w pełni

Kiedy jest się bohaterem komiksów od tak dawna jak Kapitan Ameryka, różne rzeczy mogą się człowiekowi przydarzyć. Czasem jest to pośladkowy podbródek, a czasem całkiem pokaźny biust przedstawiony na rysunku, na który trafiam w sieci co jakiś czas, bo najwyraźniej dla większości komiksowych geeków był wielkim estetycznym wydarzeniem. Zagrany przez Chrisa Evansa Kapitan na większe niedostatki anatomiczne jednak nie cierpi - a jeżeli były jakieś mniejsze wady, to zlikwidowali je specjaliści od CG i charakteryzacji. Jak przystało na ładną i kolorową laurkę, film nie kryje w sobie zbyt wiele treści, bo przy pewnej szerokości bicepsów treść przestaje się mieścić w kadrze (śliczne to są jednak bicepsy, oj tak...). Muszę jednak przyznać, że te kawałki filmu, które widać zza szerokich barów głównego bohatera prezentują się całkiem interesująco, bo (podobnie jak w "X-Men: First Class") i tym razem twórcy filmu postarali się robiąc bardzo porządną stylizację. Otrzymujemy (poza oczywiście elementami czysto fantastycznymi) bardzo dopracowaną scenografię i kostiumy nawiązujące do lat czterdziestych ubiegłego wieku. Zwłaszcza panna Jakaśtam zachwyca bardzo ładnie dobraną fryzurą i makijażem; również większość pojazdów warta jest zobaczenia (wielkie czołgi mają swój urok). Owa pani jest dosyć sztucznie buńczuczna, ale postanowiłam potraktować to jako kolejne dopasowanie do standardów epoki i zamilknąć na ten temat.


Wspomniany wcześniej bohater wielkim myślicielem nigdy nie był, preferował bowiem troskę o innych i patriotyzm, będąc tym samym idealnym celem dla amerykańskiej wojennej propagandy. Po cudownym domięśnieniu, o którym wspominałam wcześniej, stał się nawet obiektem owej propagandzie służącym jako poster boy. W kategorii plakacików reklamowych powyższy znacząco przebija np. ten. Spryciarze wiedzą jak przyciągnąć płeć piękną i piękniejszą, zwłaszcza że rzeczony superbohater po odzianiu w lycrę został również zatrudniony do machania nóżkami w rytm musicalowych melodii (nie wiem jak wy, ale ja czuję się przekonana, chociaż mimo wszystko bardziej zauroczył mnie musicalowy numer "Star Spangled Man" niż nóżki Kapitana odziane w obcisłe getry). Musicalowa wstawka ma w ogóle same plusy - przypomniała mi np. superbohaterski film rodem z bollywood, czyli "Krrish", który sam w sobie nie jest może jakiś szczególny, ale połączenie tancerek, śpiewania, confetti i superbohaterów jest moim zdaniem całkiem apetyczne.



A tak wygląda trochę za dużo mięśni...
O domięśnieniu wspominałam do tej pory raczej ogólnikowo, ale muszę przyznać, że zarówno ono, jak i cała sekwencja zmieniania się z uroczego szczurka w uroczego mięśniaka, była nad wyraz interesująca. Wiele superbohaterskich filmów, albo cały czas powtarza podobne miałkie i nudnawe wątki, albo robi z nimi coś takiego jak niedawno recenzowany przeze mnie "Green Lantern", czyli krótko mówiąc wielkie zielone ugg. Mimo, że samej postaci Kapitana mogę sporo zarzucić w kwestiach charakteru (ale to tylko dlatego, że ostatnimi czasy nie lubię idealnych postaci), to jednak w tym przypadku całą historię "stawania się" obejrzałam z przyjemnością. Do dodatkowych bonusów należy zaliczyć to, że do potencjalnie nużącego patetycznego tematu scenarzyści mieli sporo dystansu. Na uwagę zasługuje np. moment, w którym niewinne chłopię wrzucone przez koszmarnego przestępcę do wody wcale nie domaga się heroicznego ratunku tylko informuje, że samo potrafi pływać i w ogóle spadaj koleś, goń zbója. Nie wszystkie kotki trzeba z drzew ratować, i miło, że taki motyw się pojawił.

No i gdzie reszta mojej fabuły? - wydaje się pytać Kapitan
Kapitan Ameryka ma charakter prosty, ale przyjemny, a filmowi naprawdę dodają dopiero smaczku postacie drugoplanowe - przede wszystkim Dominic Cooper jako tatuś Stark (Starkowie najwyraźniej zawsze są fajni) i Tommy Lee Jones jako surowy wojskowy dowódca-który-przekonuje-się-do-prawdziwych-zalet-głównego-bohatera-wraz-z-upływem-czasu i specjalizuje w sarkaniu oraz one-linerach. Z nemezis głównego bohatera jest gorzej, mimo że Red Skulla grał świetny zazwyczaj Hugo Weaving. Bardziej winię tu jednak sposób prowadzenia akcji niż samego aktora. Scenarzyści nie mogli się bowiem tak do końca zdecydować, czy robią prequel do "Avengers" planowanych na 2012 rok, czy samodzielną historię. Twórcy filmu najwyraźniej uznali, że najlepiej będzie zostawić rozbudowany początek tak, by widzowie nabrali sympatii do głównego bohatera, ale kiedy akcja dotycząca Red Skulla i kierowanej przez niego złowrogiej organizacji Hydra zaczęła się robić naprawdę wciągająca, przyśpieszyli kończąc wątek w czasie 10 minut. Cały czas mam z tego powodu wrażenie, że obejrzałam pół filmu w normalnym tempie, potem dalszą część przewijając, a na koniec mogłam sobie popatrzeć najpierw na rozbudowany zwiastun "Avengers"... I na tradycyjny zwiastun "Avengers", który był już po napisach. Nie mam nic przeciwko trailerom, ale oczekiwałabym więcej od filmu, który reklamuje się jako film, a nie zapowiedź.
Wszystkie Avengersy małe i duże

Fabuła, jak przystało na film superbohaterski, należy do raczej prostych, aczkolwiek sądząc po innych recenzjach wymaga od widza obejrzenia przynajmniej "Thora" (chyba, że chcecie, by prześladował was niewyjaśniony motyw magicznej niebieskiej kostki). Dodatkowo pierwsze pięć minut spoileruje zakończenie, aczkolwiek nie jest to spoiler jakoś szczególnie duży (a jeżeli ktoś ma choćby minimalną ilość informacji o Kapitanie, to nie jest to spoiler żaden). Kostiumy, scenografia, aktorzy, wybuchy - praktycznie wszystko na plus, gdyby nie wspomniana wcześniej irytująca konstrukcja filmu. "Thor" też miał być tylko prequelem, ale wybrnął z całej sytuacji zdecydowanie lepiej, choć narzekać jakoś specjalnie nie zamierzam, bo dostałam to, czego oczekiwałam, czyli przyjemne superbohaterskie kino, które pomyślunku większego nie wymaga, a za to uroczo błyska do widza Musculus pectoralis major głównego bohatera.

Plusy zamarzania na kilkadziesiąt lat - całe pola plusów



Captain America: First Avenger (2011)
Reżyser: Joe Johnston
Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
Gwiazdy: Chris Evans, Dominic Cooper, Hugo Weaving, Tommy Lee Jones

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.