Na wojskowo (współczesne i militarne, a da się oglądać)

by 2.8.11 13 komentarze
W czasie ostatnich 2 tygodni obejrzałam dwie różne produkcje, które opowiadają o wojskowości, a konkretniej, w mniejszym lub większym stopniu, o ostatniej wojnie w Iraku. Temat mocno odbiega od moich zwykłych zainteresowań i jest dla mnie bardziej kosmiczny niż spora część science fiction, a mimo to "Generation Kill" i "Men Who Stare at Goats" okazały się naprawdę zajmujące.

"Generation Kill" to miniserial HBO z 2008, "Men Who Stare at Goats" film z 2009 roku, a w obydwu w różnym stopniu przewija się temat wojny (inwazji na Irak) z 2003 roku, choć w przypadku filmu jest to związek raczej luźny. Różnice w przedstawieniu  wojskowych, klimacie i motywacji działań postaci są znaczne, ale im dłużej się zastanawiam, tym więcej dostrzegam podobieństw, zwłaszcza jeżeli chodzi o genezę projektów - podstawą były bestsellery z 2004 roku, o takich samych tytułach jak ekranizacje. Data wydania książek wydaje się być dosyć istotna - na tyle odległa od samej wojny, żeby możliwy był pewien dystans, ale i na tyle bliska, by nie osłabło zainteresowanie tematem. W przypadku "Men Who Stare at Goats" współczesne wojowanie jest wątkiem potraktowanym dosyć luźno, bo główną inspiracją był film dokumentalny wyprodukowany w 2004 roku dla Channel 4 i towarzysząca mu książka, opowiadające o badaniach amerykańskiej armii nad wykorzystaniem parapsychologii i zbliżonych zagadnień do działań wojskowych (twórcą dokumentu i książki jest zresztą Jon Ronson - Walijczyk urodzony w Cardiff, mogłam się spodziewać, że tego typu tematyką może zajmować się tylko przedstawiciel tego szalonego plemienia). Badaniach, które zaczęły się pod koniec lat siedemdziesiątych, ale w tej lub innej formie podobno trwają do dzisiaj. Kiedy opinia publiczna kwestionuje zasadność samej inwazji na Irak zabijanie kóz wzrokiem przez amerykańskich żołnierzy jest dokładnie tym, czego jeszcze chcielibyśmy się o najważniejszych światowych mocarstwach dowiedzieć. Sam film do pięknych New Ageowych wątków jak najbardziej się odnosi, bo historię poznajemy z punktu widzenia fikcyjnego reportera Boba Wiltona, który stopniowo zagłębia się w tajemniczy świat Jedi (całkiem rozsądna nazwa dla oddziału wojowników obdarzonych ponadludzkimi mocami).

W "Generation Kill" mamy do czynienia z wątkami dużo bardziej realistycznymi (ale nie mniej niepokojącymi). Miniserial nie jest dokumentem, ale jest bardzo silnie inspirowany opublikowaną w "Rolling Stone" bezpośrednią relacją autorstwa Evana Wrighta z mającej miejsce w 2003 roku inwazji  i późniejszą o rok książką. Praktycznie wszystkie postacie i spora część wydarzeń mają swoje realnie istniejące pierwowzory, ale spora ich część jest mniej lub bardziej zmieniona dla uzyskania lepszego efektu dramatycznego. Zarówno w faktycznej relacji, jak i późniejszej ekranizacji razem z reporterem towarzyszymy marines z 1st Reconnaissance Battalion (skrótowo 1st Recon Bn; skróty niech was nie zaskakują, bo większość z tego, co mówią żołnierze to skróty, żargon i tym podobne, polecam napisy, z których sama nie korzystałam, a powinnam) podczas operacji Iracka Wolność i pierwszych dni wojny. Jeżeli terminologia i to, kim właściwie są te oddziały są dla was jedną wielką niewiadomą nie ma powodu do paniki, bo sami żołnierze szczegółowo i wielokrotnie opowiedzą wam w trakcie serialu, do czego dokładnie byli szkoleni za ciężkie pieniądze, a co teraz każą im robić. Drogą wyjaśnienia: Recon Marines to oddziały elitarne (co podkreślają w swoim motto), wyszkolone do działania w niewielkich grupach, do których zadań należy przede wszystkim zwiad, zbieranie informacji, przygotowanie ataków snajperskich i zasadzek. Większość dowództwa zazwyczaj siedzi w bazach i planuje, a bezpośrednio w akcjach biorą udział tylko niewielkie oddziały pod dowództwem najniższych rangą oficerów (kaprali i sierżantów). Powyższe informacje są o tyle istotne, że podczas wojny w Iraku wspomniany powyżej 1st Recon Batalion zajmował się czymś zupełnie innym, bo dowódcy uznali, że nadszedł czas na wykazanie się w akcji. Niekompetencja i wątpliwe decyzje mogą się pojawić w absolutnie każdym miejscu i na absolutnie każdym szczeblu tej czy innej władzy (do pewnego stopnia pocieszające), a marines nie zawahają się tego skomentować.
 

Alexander Skarsgard, yay





Na film i serial trafiłam dosyć przypadkowo, większość przytoczonych powyżej informacji wyszukując po lub w trakcie oglądania, w obydwu przypadkach dzięki grającym tam aktorom. "Generation Kill" wybrałam dla utalentowanego Skandynawa Alexandra Skarsgårda (potem okazało się, że w serialu pojawia się jeszcze Jon Huertas znany z serialu "Castle"), który i tym razem doskonale wybrał produkcję (nic dziwnego - gra zarówno w ambitnej "Melancholii", "Muminkach" jak i popularnym wampirzym masowidełku "True Blood"). W tym przypadku zagrał świetną postać sierżanta Brada "Icemana" Colberta, który patrzy na wszystko okiem profesjonalnego cynika i oportunisty. Ku mojej radości okazało się jednak, że nie samym Wampirem Ericem Królem Wikingów Alexandrem Skarsgårdem "Generation Kill" kusi. Każda postać, którą poznajemy z imienia, a jest ich sporo, ma bardzo wyrazistą osobowość, którą siedem odcinków pozwala nam poznać dosyć dokładnie - dowiadujemy się wystarczająco dużo, by móc elegancko zaszufladkować bohaterów do stworzonych przeze mnie na potrzeby tej recenzji kategorii: profesjonalistów, oportunistów i psychopatów. Zazwyczaj gloryfikowani w innych amerykańskich pozycjach żołnierze walczący dla idei i wierzący głęboko w amerykańskie przesłanie też są, ale w tym serialu podpadają raczej pod kategorię mniej lub bardziej łagodnych psychopatów. Mieszanka charakterów, dążeń, zachowań, wyobrażeń, pomysłów i reakcji jest mocno szalona, ale owa różnorodność daje jej naprawdę dużo wiarygodności.

Kozy i wojskowi
Śliczny Ewan...
Do "Men Who Stare at Goats" początkowo przyciągnął mnie przede wszystkim Ewan McGregor, ale George Clooney i Jeff Bridges (który ostatnio szaleje, jeżeli chodzi o dobór świetnych ról) byli jednymi z istotnych powodów. Kevin Spacey też był, ale w ostatecznym rozrachunku nie zachwycał aż tak bardzo, więc na tym zakończę pisanie na temat jego udziału w tym filmie. McGregor gra wspomnianego wcześniej reportera, który poszukując sensu życia i pragnąc udowodnić jakieś niejasne kwestie byłej żonie, trafia w towarzystwie Lyna (Clooney) do Iraku podczas podróży stopniowo poznając historię amerykańskich wojskowych badań nad parapsychologią praktyczną (jego poszukiwaniom towarzyszy piosenka z 1979 roku - "More Than a Feeling", która świetnie współgra z mocno idealistycznym i nostalgicznym klimatem filmu) i tym, jak w dzisiejszych czasach stosuje się je w praktyce. Podobnie jak "Generation Kill" i ta pozycja warta jest zobaczenia przede wszystkim dla fantastycznych postaci i ich charakterów - tutaj wszyscy są dużo bardziej idealistyczni, ale czego innego można by się spodziewać po bandzie wojskowych telepatów, telekinetyków, hipisów, a przede wszystkim ludzi, którzy potrafią zabić kozę spojrzeniem). Jak większość z nas wie dzięki powieściom Terry'ego Pratchetta, tylko czarownica może wytrzymać spojrzenie kozy, dlatego też pokonanie owej mrocznej istoty wzrokiem z pewnością zasługuje na pochwałę. Jeff Bridges w roli  hipisowskiego wojskowego guru jest naprawdę czymś wartym zobaczenia, Clooney jako nawiedzony i dumny praktykant parapsychologii praktycznej nie pozostaje w tyle, a oczy McGregora mają jak zwykle przepiękny błękitny odcień.
Złowroga twarz zawodowego żołnierza, który urodził się po to, by zabijać
Z postaciami z "Men Who Stare at Goats" mogę się bez problemu utożsamiać, prawdopodobnie dlatego, że mnie kiedyś też nawiedzał naiwny idealizm, ale wojskowa plejada szaleńców z "Generation Kill" z początku stanowiła dla mnie dużo większy problem. Trudno było mi zrozumieć ich motywację, przede wszystkim przez wzgląd na wybór profesji oraz to, że zgłoszenie się do tej konkretnej misji było całkowicie dobrowolne. Twórcy serialu poradzili sobie jednak świetnie, bo mimo diametralnych różnic w światopoglądzie motywy działania marines bardzo szybko stały się dla mnie zrozumiałe (nie żeby sensowne/logiczne, ale bardziej zrozumiałe owszem). Dodatkowo już w pierwszym odcinku z siedmiu, które liczy sobie cała seria, dowiadujemy się, że najnowocześniejsza armia świata cierpi na niedostatek baterii do noktowizorów, a przypisane do danego oddziału hummery żołnierze ulepszają na własny koszt, bo są przestarzałe (aczkolwiek nie wiem, czy dajmy na to polska armia zgodziłaby się z ich definicją przestarzałości). Dodatkowo cały plan (jeżeli cały ten chaos można nazwać planem) ich misji jest drastycznie różny od tego, do czego byli szkoleni i czym zwykle się zajmują. W swoim narzekaniu bohaterowie nie są jednak zawsze śmiertelnie poważni, żarty wydają się wielokrotnie pomagać im oddalić się od granicy szaleństwa, czy rozładować frustrację. Większość dowcipów jest raczej niskiego lotu, przeważająca część dotyczy w dosyć prostacki sposób pojmowanego homoseksualizmu. Ale i tu scenarzystom, a zatem i samym postaciom udaje się mnie pozytywnie zaskoczyć, bo część bohaterów świetnie zdaje sobie sprawę z tego, jaki charakter i poziom mają ich wypowiedzi i nie waha się o tym dyskutować. Zupełnie nie to, czego się spodziewałam - zaskoczenie było nader przyjemne, bo miło było zetknąć się z rozbudowanymi postaciami, których motywacja w tak dużym stopniu różni się od mojej. A powiedzmy sobie szczerze - spodziewałam się Alexandra Skarsgårda i dużej ilości przewijania. Praktycznie każda postać, którą znamy z imienia i nazwiska jest godna uwagi, a postaci tych jest nie mało. Wśród innych wyróżnia się też porucznik Nathaniel Fick, który pokazuje nam, że i w miarę zdrowy psychicznie idealista jest w stanie przeżyć na froncie (aczkolwiek i tu idealizm nie jest niestety drogą do kariery).


Łooo, Łuuu, Aww, Hm Hm i Meee
Obydwie pozycje łączy zarówno świetna gra aktorska, bardzo ciekawie skonstruowane postacie, jak i fakt pojawienia się w powieści reportera, którego oczami poznajemy daną historię. "Men..." ma formułę luźniejszą - jest nawiedzoną New Ageowo komedią, a za to ze spokojnym tempem prowadzenia akcji. W "Generation Kill" akcja często przeskakuje od elementów dynamicznych do scen wypełnionych długotrwałym oczekiwaniem i z powrotem, a wszystko może się zmienić praktycznie w ułamku sekundy. Jeżeli pojawiają się dowcipy opowiadane przez żołnierzy to na 99% będą wulgarne i prymitywne, ale z drugiej strony jest to coś, czego oczekuje się po wykonawcach takiej, a nie innej profesji (zatęchła chmura szowinizmu w niektórych scenach niemalże zasłania kadr). Warto jednak spojrzeć ponad to i przyjrzeć się wszystkim przedstawionym charakterom, bo w obydwu pozycjach są naprawdę ciekawe. W przypadku "Men..." radzę przygotować się na film raczej statyczny, ale bardzo kochany. "Generation Kill" oferuje dużo więcej dynamiki, pozorowane na bezpośrednie relacje z działań wojskowych i dużo świetnych niestereotypowych postaci.

I czy wspominałam już, że parapsychiczni wojownicy określają się jako Jedi?





Generation Kill (2008)
Reżyseria: Susanna White  i Simon Cellan Jones      
Scenariusz: Ed Burns, David Simon i Evan Wright
Gwiazdy: Alexander Skarsgård, James Ransone
Zwiastun: 1

Men Who Stare at Goats (2009)                            
Reżyser: Grant Heslov
Scenariusz: Peter Straughan, Jon Ronson (książka)
Gwiazdy: Ewan McGregor, George Clooney, Jeff Bridges i Kevin Spacey
Zwiastun: 1









Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.