Kto się boi Colina Farrella

by 7.9.11 21 komentarze
Whoa, David Tennant!
Powyżej jeden z powodów, dla których na "Fright Night" czekałam z niecierpliwością, czyli David Tennant ("Doctor Who"). Poniżej plakat przedstawiający drugi powód: Antona Yelchina ("Star Trek XI", "Charlie Bartlett"), a jeszcze niżej ktoś, kto przyczynił się do moich mieszanych uczuć związanych z filmem.
I uroczy Anton Yelchin, z siekierą mu do twarzy.
Po wspomnianych powyżej aktorach wiele sobie obiecywałam. O zgrozo, w obsadzie był też Colin Farrel, którego facjata budzi moją odruchową niechęć (tudzież przejściowe mdłości). Rusty po fakcie wspomniała o znanej z "Buffy" scenarzystce, więc niezależnych powodów, żeby mimo wszystko się na ten film wybrać trochę się nazbierało. Przeciwwagę dla pozytywów stanowiła jednak moja alergia na fizjonomię pewnej farelki, fakt, że film jest remake`em (oryginalny "Fright Night" z 1985 roku jest oglądalny, jeżeli nie zwraca się aż tak dużej uwagi na stylistykę z lat 80tych) oraz niejasno związane z brokatem obawy, jakie odczuwam obecnie wobec filmów wampirycznych.
 
A Colin F. nie taki straszny, jak by się mogło wydawać.
Po wszystkich tych oczekiwaniach, obawach i namiętnym śledzeniu zwiastunów (Brytyjczycy, ze względu na to, kim jest Tennant (jeżeli nie wiesz, kim jest Tennant, sprawdź hasło "Doctor Who" i wróć do czytania tej recenzji, kiedy skończysz oglądać przynajmniej nowe serie) mieli swój własny zwiastun, który dużo obszerniej niż amerykańska wersja promował udział tego aktora - link pod recenzją) zaskoczyłam się bardzo pozytywnie. Można było oczekiwać, że świetne będą sceny z Yelchinem grającym głównego bohatera, czyli Charliego, i Tennantem w roli Petera Vincenta - gwiazdy show o wampirach, a poza tym będzie albo nudna groza trzeciej kategorii, albo odrażający Farrell, tudzież dramatyczna mieszanka dwóch powyższych. Myliłam się w prawie wszystkim, bo jedyne, co zgadzało się z moimi oczekiwaniami, to rewelacyjne sceny Tennanta i Yelchina. Film jest bowiem świetny. Gatunkowo to horror, ale jako osoba, która spędziła dzieciństwo śpiąc w srebrnej biżuterii i chowając czosnek pod poduszką (zły pomysł, btw) mogę powiedzieć, że zbyt przerażająco nie było, a dużo ważniejsza od przerażania okazała się być świetnie przeprowadzona gra konwencjami. Kto choć trochę liznął klasyki filmów grozy i horrorów różnej maści będzie się bawił świetnie, bo trafi na bardzo wiele dobrze znanych elementów połączonych razem w dynamiczną i wysoce przyjemną w odbiorze całość. Z drugiej strony film sprawdza się też dla nieznających tematu, bo jest szybki, dowcipny, nabity akcją, odrobiną przerażenia i dużymi ilościami uroczych detali.
Plakat nowego filmu vs plakat Fright Night z 1985 r.; pozostał napis i charakterystyczny kształt wampirzego zgryzu.
Na takie widowisko z chęcią bym się wybrała...
Pozytywnie zaskoczyłam się również fabułą (w intrygujący sposób różniącą się od oryginalnej). Scenariusz, jakich wiele: poruszony podejrzeniami byłego najlepszego kumpla Eda nastolatek Charlie zaczyna dochodzić do wniosku, że jego sąsiad Jerry (Farrell) jest wampirem, a coraz bardziej czujna obserwacja tylko go w tych podejrzeniach utwierdza. Ostatecznie przerażony zwraca się do jedynego znanego sobie eksperta w tej dziedzinie, czyli główną gwiazdę show "Fright Night". Nie zdradzę zbyt wiele mówiąc, że Jerry, mimo swojego niewampirzego imienia, faktycznie okazuje się zaliczać do draculowego pomiotu. Prawdziwą perełką jest to, że zły z założenia wampir zachowuje się podobnie jak niesławny w pewnych kręgach Edward Cullen ("Twilight") - nie przestrzega przestrzeni osobistej, wącha nieznajomych, a następnie porusza ten temat w konwersacji itp. itd. - a jakoś główny bohater nie zaczyna nagle do niego pałać romantyczną miłością. Różnego rodzaju schematów i stereotypów pojawia się we "Fright Night" bardzo dużo, a scenarzyści bardzo umiejętnie grają na przyzwyczajeniach i oczekiwaniach widzów. Czasem cała sytuacja przygotowuje nas na pojawienie się jakiejś konkretnej kliszy, ale nigdy nie możemy być do końca pewni, czy na pewno zostanie ona zrealizowana, bo np. okaże się, że matka woli wierzyć własnemu synowi niż grożącemu policją sąsiadowi, a w opuszczonych budynkach nie zawsze musi naszych bohaterów spotykać to, co zwykle tego typu lokalizacje oferują postaciom.

Przebojowa dziewczyna Charleya - Amy
Ze wspomnianych chwytów wyróżnia się też nader umiejętna gra suspensem - stopniowe budowanie emocji, tradycyjne dla tego typu scen wprowadzenie i już czekamy na bum... Które nie zawsze następuje. W grę konwencjami wplecionych jest też kilka smakowitych dodatków. Główny bohater był kiedyś nerdem, a obecnie, pewny swojej nastoletniej męskości, paraduje nawet w butach koloru oberżyny (która nie wiedzieć czemu w filmie została bakłażanem - wiem, że to praktycznie to samo, ale nie ma koloru pt. bakłażan). Te cechy oraz byli nerdowi znajomi Charliego okazują się być świetnym pretekstem do wplecenia w fabułę całej masy geekowych smaczków. Za dużo tu zdradzać nie będę, ale polecam spróbowanie, bo mieszanka jest niezmiernie smakowita (np. szantażowanie kogoś filmem, na którym przebrany jest za człowieka-kalmara).

Rzadko zdarza się również, by wszyscy aktorzy grający co bardziej istotne role w danym filmie zdołali mnie pozytywnie zaskoczyć. W tym przypadku jednak tak się stało. Poza Jerrym i Charliem mamy jeszcze wspaniałego Tennanta odzianego w czarną skórę i dysponującego uwielbianym przeze mnie akcentem oraz matkę i dziewczynę Charliego. Dwie ostatnie postacie, gdybyśmy mieli się odwołać do wspomnianych wcześniej stereotypów, powinny być blondynkami o osobowości raczej mdłej, które przemykają się co jakiś czas po ekranie i mówią mniejsze lub większe głupoty zapraszając do domu obce wampiry. Zdecydowanie zgadza się jedynie kolor włosów. Poza tym obydwie panie, mimo że o czas ekranowy rywalizują z Tennantem, Yelchinem i odrażającym (w pozytywnym sensie) Farrellem, są w stanie pokazać, że nie dość, że mają wyrazisty charakter, to jeszcze potrafią podjąć całkiem rozsądne działania.

                             

Prostej, ale rozsądnie skonstruowanej fabule, dodają uroku jeszcze dwie rzeczy: naprawdę rewelacyjna muzyka i humor. Muzyka bardzo mocno nawiązuje do tradycyjnych motywów z filmów grozy. Jako pierwsze zauważyłam używane w sporej ilości smyczki oraz organy (słychać echa Toccaty i Fugi Bacha). Do tego dochodzi sporo przyjemnego rocka i rock`n`rolla, co połączone razem powoduje, że rozważam zakup soundtracka. Humor jest natomiast różnisty - od niewyszukanego i slapstickowego do takiego, który wynika z gry schematami.


Połączenie wszystkich tych elementów tworzy naprawdę fantastyczną w odbiorze rozrywkową całość. Moim zdaniem filmowi bliżej jest do przygodówki z dodaną grozą, niż do horroru jako takiego, ale i tak oglądało się go zdecydowanie lepiej niż większość horrorowych produkcji z lat ostatnich. Dodatkowym plusem jest też to, że wampiry nareszcie wracają do swojego bardziej klasycznego obrazu i zamiast posypywać się brokatem i leczyć zęby w świetle księżyca są paskudne i odrażające. Bardzo dobrze zrobiony rozrywkowy film.


Fright Night (2011)
Reżyser: Craig Gillespie
Scenariusz: Marti Noxon, Tom Holland
Gwiazdy: Anton Yelchin, David Tennant, Colin Farrell, Toni Collette, Imogen Poots
Więcej informacji: IMDB 
Zwiastun: 1: UK, 2: reszta świata

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.