A mnie się podobało, czyli o Torchwood: Miracle Gay

by 28.9.11 21 komentarze
 SPOILERY DO WSZYSTKICH SERII TORCHWOOD

"Torchwood: Miracle Gay" zaczęłam oglądać właściwie przez przypadek, bo jakoś trzeba było przetrwać serialową letnią posuchę. Nie zamierzałam tego robić; nie jestem wielką fanką pierwszych trzech sezonów, uważam, że były w nich dobre odcinki ("Countrycide", "Meat"), niezłe postaci (Ianto!) oraz ciekawe wątki (śmierć i życie Owena Harpera), ale ogólnie mogłabym żyć bez tego odprysku "Doctora Who". Poza tym zniechęcająco zadziałały na mnie "wyciekające" casting calls, które nie brzmiały zachęcająco, a wręcz odpychająco. I oczywiście największym argumentem przeciw było to, że "Children of Earth" przeżyło dwóch najbardziej nielubianych przeze mnie członków Torchwood Cardiff, czyli Gwen i Jack.

Torchwood jak zwykle profesjonalne inaczej...
Ale ogólnie rzecz biorąc nie żałuję, że zaczęłam oglądać. "Torchwood: Miracle Gay" jest IMHO najlepszą serią. Przeniesienie serialu pod egidę amerykańskiej stacji telewizyjnej Starz (znanej między innymi z niesławnego "Camelotu") pozwoliło Russelowi T. Daviesowi rozwinąć skrzydła - wreszcie dostał budżet, o jakim zawsze marzył i wykorzystał go co do centa, co najlepiej widać w efektach specjalnych, które zdecydowanie nie mają tej gumowo-garażowej jakości, która charakteryzuje wszystkie produkcje SF firmowane przez telewizję BBC. Widać pewien rozmach w kręceniu (dwa kontynenty - Singapur wyglądał mało przekonująco, mnóstwo lokacji, ujęcia z helikopterem i inne cuda-wianki typu spaleni na proch, acz ciągle żywi ludzie). Więcej forsy pozwoliło też na zatrudnienie większej ilości aktorów, w tym rewelacyjnego Billa Pullmana, który jako pedofil-morderca Oswald Danes jest po prostu perełką obsady w całej swej antypatycznej glorii. Oprócz niego dostaliśmy też całą bandę nowych, niesympatycznych bohaterów, którym mimo wszystko pod koniec kibicujemy (znowu jednakowoż, oprócz Jacka i Gwen): bucowatego agenta CIA Rexa Mathesona (Mekhi Phifer), naiwną analityczkę Esther Drummond, lekarza z ostrego dyżuru doktor Verę Juarez oraz moją absolutną ulubienicę, Jilly Kitzinger, nadmiernie ambitną, rudowłosą specjalistkę od public relations (w tej roli cudowna Lauren Ambrose, której już nie mogę się doczekać w remake'u "The Funny Girl"). Ze starej obsady pozostał również Rhys (Kai Owen), ale wydaje się, że RTD nie miał za bardzo na tę postać pomysłu i zwłaszcza w ostatnich odcinkach mąż Gwen plącze się po wydarzeniach i zachowuje trochę out of character - zwykle to on był tą bardziej ludzką, współczującą częścią małżeństwa, ale najwyraźniej przysłowie "kto z kim przestaje, takim się staje" ma w sobie ziarno prawdy.

Fabuła też nie jest zła: pewnego dnia wszyscy ludzie stają się nieśmiertelni, co na początku uznane jest za Cud, ale bardzo szybko zostaje przechrzczone na Przekleństwo. Nieumieranie powoduje zapchanie ostrych dyżurów, nie bardzo wiadomo, kogo leczyć w pierwszej kolejności ani co robić z poważnie rannymi pacjentami. Ludzkość też szybko zdaje sobie sprawę z groźby głodu z uwagi na przeludnienie, więc postanawia zaadaptować wzorce rodem z drugiej wojny światowej, czyli obozy koncentracyjne z piecami, w których żywcem paleni są najbardziej pokrzywdzeni ludzie - co, o ile dobrze pojmuję intencję RTDa, miało być tak samo szokujące jak wyjaśnienie, do czego 456 używało porwanych dzieci. Kapitan Jack Harkness ma jednak więcej problemów niż tylko odkryć, kto za tym wszystkim stoi - otóż stał się na powrót śmiertelny (na marginesie - nikt nigdy nie był w stanie odwrócić tego, co zrobiła mu Zła Wilczyca, a tu proszę - człowiek w XXI wieku potrafi!), co wcale mu się nie podoba.

 Jedna z najśmieszniejszych scen w serialu.
Drugim ważnym wątkiem jest ten Oswalda Danesa, skazanego na śmierć pedofila i mordercy, który staje się kimś w rodzaju mesjasza nowych czasów, w których przyszło mu żyć. Jest to chyba najbardziej niejednoznaczna postać i przyznam szczerze, że nadal nie wiem, czy ten facet chciał umrzeć czy nie oraz ile z jego zachowania było obliczone na efekt, a ile faktycznie odzwierciedlało jego naturę. Bill Pullman zwodzi widza, pokazując coraz to nowe oblicza swojego bohatera. Lubię ten wątek również z uwagi na Jilly Kitzinger, której zadaniem jest "wypromowanie" Danesa - jest to postać cudowna i nawet fakt, że jest nieco mało skomplikowana i kieruje się chorą ambicją przez większość czasu, nie umniejsza mojego wobec niej uwielbienia.

Co jeszcze mi się podobało? Fakt, iż to ludzie są odpowiedzialni za Cud. Mam co prawda wrażenie, że RTD postanowił wykorzystać chyba najbardziej popularną amerykańską urban legend (tę o wielkim ogólnoświatowym spisku - choć tu zamiast rządzących zza kulis polityków dostajemy trzy tajemnicze rodziny, które wymazały się z Internetu - to ci dopiero osiągnięcie, ukryć swoje istnienie przed google'em!), ale jest to zrobione w sposób nie powodujący u mnie zgrzytania zębami. Podoba mi się również fakt, że nawet postaci z serialu nie są w stanie stwierdzić, czym tak naprawdę jest The Blessing i skąd się wzięło. Fajne było to, że CIA w przeciwieństwie do Torchwood okazało się być profesjonalne i zatrudniające ludzi znających się na swoim fachu (agent Shapiro FTW, szkoda, że występował tak krótko).

Moje fanowskie serduszko zostało również uradowane tzw. continuity; już w pierwszym odcinku Jack przedstawia się jako Owen Harper. Oprócz tego kapitan, nasz kapitan opowiada staremu Angelo o Ianto, ważną rolę odgrywają soczewki kontaktowe Gwen, w jednej scenie widzimy "odbudowany" plac Roalda Dahla w Cardiff, postaci wspominają o 456, a sierżant Andy Davison plącze się stale po wydarzeniach. Są to fajne smaczki dodające kolorytu widzom zaznajomionym z brytyjskimi seriami, a jednocześnie zachęcające nowych widzów do zapoznania się z przygodami Torchwood Cardiff.

Fan service w pełnej krasie.
A wady? Jest jedna, może niezbyt poważna, ale drażniąca. Otóż przez sześć odcinków RTD buduje nową wizję świata po Cudzie, bohaterowie w pocie czoła starają się odkryć, kto za tym wszystkim stoi, niektórzy z nich umierają, inni tracą złudzenia, a potem następuje odcinek zatytułowany nieco pretensjonalnie "Immortal Sins", który wprowadza nową postać  - włoskiego emigranta Angelo Colasante, który w 1927 roku w trakcie odprawy na Ellis Island poznaje kapitana Jacka Harknessa i oczywiście wybucha pomiędzy nimi płomienny romans. Żeby nie było, ze mam coś przeciwko samemu Angelo - wręcz przeciwnie, uważam, że jest świetną postacią, tyle że zupełnie niepotrzebną. Przez 6 odcinków mamy tworzoną spójną historię i wizję świata, potem gay romance w retrospektywie jako przerywnik (a mogło być tak fajnie, Jack i Angelo jako odpowiednik Doktora i jego towarzysza tworzą Torchwood Ameryka - ach, jak miło jest pomarzyć...), a potem w odcinku ósmym stareńki już Colasante umiera (choć przyznam, że scena jego śmierci była nawet bardziej zabawna niż Gwen z ubranym na różowo dziecięciem na ręku strzelająca z pistoletu do śmigłowca) i widz ma wielkie poczucie WTF? Nie dało się Torchwood inaczej naprowadzić na trop rodzin? Ja rozumiem, że Torchwood jest nieprofesjonalne, ale takie prowadzenie za rączkę musi być deprymujące nawet dla nich. Wolałabym, żeby historia Angelo była rozbita na kilka odcinków, np. kosztem tego, gdzie Jack zostaje otruty na pokładzie samolotu, a Gwen poi go płynem chłodniczym (czy czymś takim, piszę to z pamięci).

Irytuje mnie również brak logiki w finale: dlaczego nasi bohaterowie dali się szantażować pedofilowi-mordercy i zabrali go na akcję zamiast po prostu go retconować i porzucić gdzieś po drodze? Pozwoliłoby to Chińczykom z karabinami maszynowymi zastrzelić Gwen (mogę sobie marzyć, prawda?), oczywiście kosztem pokazania, że każde czasy mają takiego mesjasza, na jakiego zasługują, ale uważam, że byłaby to korzystna zmiana. Jeszcze bardziej działa mi na nerwy zachowanie całej rodziny Gwen, jeśli chodzi o jej ojca - najpierw go ukrywają, napadają na apteki w celu zdobycia leków, Gwen jest nawet gotowa zabić, by nie zabrali go do obozu. Gdy zaś to następuje, jej matka spokojnie podpisuje papiery i pozwala załadować Gerainta na ciężarówkę (aż się dziwię, że pojazdu nie prowadził Rhys, żeby dopełnić obraz braku logiki postępowania bohaterów), podczas gdy Gwen spokojnie na to patrzy.

Ale ogólnie serial bardzo mi się podobał i czekałam na kolejne odcinki. Davies i Gardner znowu się spisali. Nie był to może najlepszy serial SF ever (z takimi głównymi bohaterami byłoby o to trudno), ale nie był też bardzo zły. Chętnie obejrzę kolejny sezon, bo podobało mi się wprowadzenie do niego (Charlotte!) - poza tym chętnie dowiem się czegoś więcej o trzech rodzinach, zwłaszcza z perspektywy mojej ulubionej Jilly Kitzinger. Nawet przeboleję Gwen i Jacka.

P.S. I niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego Jack z omniseksualnego stał się homoseksualny, hę?


Torchwood: Miracle Gay
Reżyser: różni reżyserzy
Scenariusz: Russel T. Davies
Gwiazdy: John Barrowman, Eve Myles, Kai Owen, Alexa Havins, Mekhi Phifer, Bill Pullman, Arlene Tur, Lauren Ambrose
Więcej informacji: IMDB

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.