Mrau w stylu noir, czyli "Blacksad" Zacka Snydera

by 18.9.11 6 komentarze
Bardzo się cieszę, że Zack Snyder porzucił jednak pomysł kręcenia remake'u "Aliena" z Kristen Stewart w roli Ellen Ripley - pewnych rzeczy nie powinno się "poprawiać" poprzez uwspółcześnianie. Snyder najlepiej chyba czuje się jednak w ekranizacjach komiksów, a ja stoję na stanowisku, że jeśli jest się w czymś dobrym, to należy się tego trzymać (zwłaszcza, że "Hamlet" w jego reżyserii okazał się finansową klapą). Gdy więc pojawiły się ponownie plotki o ekranizacji "Blacksada", czyli jednego z moich ulubionych komiksów, trzymałam kciuki za tę produkcję - nie zniosłabym chyba kolejnego rozczarowania.

Wszyscy wiemy, że najlepsze komiksy pochodzą z Europy i "Blacksad" potwierdza tę regułę. Trzy nagrody Eisnera  to też nie w kij dmuchał - dzieło tandemu Canales/Guarnido zdobywa fanów na całym świecie. Dziwnym to nie jest - stylizacja noir i antropomorficzne zwierzęta jako bohaterowie, a przy tym wciągające kryminalne fabuły to coś, co tygryski lubią najbardziej. Wszystko to opakowane w piękne akwarelowe ilustracje (w każdym tomie inspirowane innym dominującym kolorem) i już mamy przebój. Nic więc dziwnego, że "Blacksadem" zainteresowały się amerykańskie studia filmowe. Niestety, w ślad za zainteresowaniem nie poszły pieniądze i projekt wylądował na półce aż do zeszłego roku - dopóki Snyder nie postanowił go odkurzyć.


Opowiedziana w filmie historia wydaje się być prosta: umierający na raka LaChapelle, znany nowoorleański producent muzyczny, wynajmuje Blacksada, by odnalazł jego najlepszego muzyka, Sebastiana, który prawdopodobnie ukrywa się z powodu uzależnienia od heroiny. W trakcie śledztwa nasz bohater odkrywa, że muzyk porzucił ciężarną żonę, którą z jakiegoś powodu opiekuje się syn LaChapelle'a, Thomas, którego relacje z ojcem są oględnie mówiąc napięte; zaczynają też ginąć koledzy Sebastiana z jazz bandu. Okazuje się, że intryga sięga głębiej niż mogłoby się wydawać - gra toczy się o coraz wyższą stawkę i sięga wiele lat wstecz. Co ma z tym wspólnego piosenka napisana przez jazzmana-narkomana?

Snyder ma spore doświadczenie w filmach animowanych ("Black Freighter", "Legendy sowiego królestwa") oraz przenoszeniu rysunkowych historii na ekran, doskonale też odnajduje się w obu mediach, intuicyjnie wyczuwając istniejące pomiędzy nimi podobieństwa oraz dzielące je różnice; trudno więc wyobrazić mi sobie kogoś lepszego do przeniesienia "Piekła, spokoju" na duży ekran. "Blacksad" to jednak nie jest tylko ekranizacja komiksu, to rewolucja na miarę "Matriksa". Oto mamy bowiem live action movie, w którym tradycyjnie nakręcony na celuloidowej taśmie materiał poddano obróbce komputerowej, by zamienić aktorów na zwierzęta. Oprócz zmian w sylwetce (co widzieliśmy już przy okazji "Kapitana Ameryki", więc nihil novi akurat w tej materii) bohaterowie zostali wyposażeni w głowy zwierząt. Było to niesamowite wyzwanie dla ich gry aktorskiej: nie tylko pokazać człowieczeństwo, ale jednocześnie wszystkie cechy zwierzęcości - w komiksie bowiem ma to spore znaczenie, np. owczarki to przede wszystkim policjanci. Niektórzy wybrnęli z tego lepiej (genialny Robert Downey Jr), inni gorzej (Christian Bale, który swoją rolę ratuje głosem - sądzę jednak, że Hugh Jackman, który porzucił projekt w fazie koncepcyjnej, byłby jeszcze gorszym wyborem do tak kultowej roli jak koci detektyw o wojskowej przeszłości). Całkiem nieźle w roli Weekly'ego wypadł Caleb Landry Jones ("X-Men: First Class") - łasicowatość w jego wykonaniu jest bardzo wiarygodna, a jego relacje z Blacksadem przypominają nieco relacje Batmana z Robinem, choć są zdecydowanie zdrowsze. Muszę również wspomnieć o nawiązaniu do wcześniejszych produkcji Snydera (smaczek, a cieszy): Patrick Wilson i Stephen McHattie, którzy w "Watchmenach" grali nowego i starego Nocnego Puchacza, tutaj grają ojca i syna. Ich niejednoznaczne, napięte relacje są zresztą jedną z najmocniejszych stron filmu; została im nadana pewna głębia, której brakowało mi w komiksie, co pokazuje, że Snyder wyniósł jednak coś z pracy ze źródłowym materiałem autorstwa Szekspira. :D Trochę słabiej wypadają na tym tle role żeńskie - "Blacksad" to jednak przede wszystkim męska historia. Miło było ponownie zobaczyć na dużym ekranie Naomie Harris - szkoda tylko, że znowu zagrała kapłankę voodoo - natomiast Michelle Williams zagrała poprawnie i właściwie tyle o jej roli można powiedzieć.

Co jednak stanowi prawdziwą siłę tego filmu i jest zdecydowanym forte Zacka Snydera, to oczywiście stylizacja. Dostajemy więc biedne Południe wraz z jego sceną jazzową w Nowym Orleanie, oddane z wielką pieczołowitością. Fama niesie, że scenografowie wykonali tytaniczną pracę, wykopując prawie spod ziemi unikalne archiwalne zdjęcia z lat 50-tych XX wieku i na nich oparli projekty budynków, ulic i klubów muzycznych. Sporo zostało też zapożyczone z bardzo szczegółowych kadrów komiksu (np. pokój La Chapelle'a); zainspirowane komiksem zostało też użycie filtrów na kamerach (nasz krajan, nagrodzony Oscarem operator Sławomir Idziak, zna się na swoim rzemiośle), które sprawiają, że poszczególne ujęcia wyglądają jak namalowane akwarelami. Widoczne jest to zwłaszcza w scenie, gdy Sebastian występuje po raz ostatni na scenie zadymionego, ciemnego klubu, która w absolutnie genialny sposób przechodzi w scenę jego śmierci (i pogryzę każdego, kto śmie twierdzić inaczej...) oraz w onirycznych sekwencjach voodoo. Fantastyczna jest też zapożyczona z oryginalnego komiksu stylizacja noir, z voiceoverami Bale'a - jak już mówiłam, gra on tutaj głównie głosem.


Kontrowersyjna decyzja, by sfilmować właśnie tom czwarty, w opinii wielu fanów najsłabszy, zasadza się chyba w tym, że największa jest w nim rola muzyki - a Snyder znany jest z tego, że muzykę wykorzystuje w swoich filmach w arcyciekawy sposób (warto tu wspomnieć chociażby "The Times They Are A-Changin'" Boba Dylana w sekwencji otwierającej "Strażników"). W "Blacksadzie" za ścieżkę dźwiękową odpowiadają dwaj kompozytorzy. Philip Glass (który już ze Snyderem współpracował) stworzył głównie muzykę z tzw. tła, wykorzystując do tego znane jazzowe motywy z piosenek Johnny'ego Mercera i przerabiając je w zaiste oryginalny sposób. Bear McCreary, który dotychczas pracował głównie przy serialach ("BSG", "Eureka"), odpowiadał natomiast za oryginalne piosenki, z "Pizen Blues", śpiewaną przez samego RDJa, na czele. Muzyka tworzy niesamowity klimat i stanowi niezaprzeczalny atut filmu, co zresztą potwierdzają dwie nominacje do nagród Akademii. Jeśli uważacie, że kryminał noir ze zwierzętami to nie wasza broszka, dajcie szansę chociaż genialnemu soundtrackowi.

Warto więc na "Blacksada" wybrać się do kina. Snyder po raz kolejny pokazał, że czuje stylizacje jak nikt inny - co najlepiej chyba było do tej pory widać w onirycznych sekwencjach w "Sucker Punchu" - oraz nie boi się przekraczać granic, by narzucić współczesnemu filmowi nowe standardy. Jak już wspomniałam, "Piekło, spokój" to ekranizacja rewolucyjna. Z tym większą wiarą czekam na serial w koprodukcji HBO/ABC, czyli gaimanowskiego "Sandmana" (ekranizację mojego ulubionego komiksu) w jego reżyserii. Snyder raczej tego nie spieprzy.



Blacksad: Piekło, spokój
Reżyser: Zack Snyder
Scenariusz: Zack Snyder, Juan Díaz Canales, Juanjo Guarnido
Gwiazdy: Christian Bale, Caleb Landry Jones, Patrick Wilson, Stephen McHattie, Mark Addy, Robert Downey Jr, Michelle Williams, Naomie Harris
Więcej informacji: IMDB












Recenzowany przeze mnie film jest całkowicie fikcyjny (niestety) i został wymyślony na potrzeby konkursu ogłoszonego przez quentina. Oparłam go jednakowoż na prawdziwym komiksie, który gorąco polecam.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.