Rozbudowana metafora gorsetu

by 2.9.11 19 komentarze
  


Disklajmer: Wpis jest Cyd, ale ja za jej namową postanowiłam się do niego dopisać boldem.

Ostatnimi czasy panowała tu raczej cisza, ponieważ wasze ulubione autorki wywiało z rodzimego Śląska do zdecydowanie mniej rodzimego Poznania na odbywający się tam w dniach 25-28 sierpnia Polcon. Obydwie bawiłyśmy się naprawdę świetnie. 

Ja oczywiście do końca nie wiedziałam, czy pojadę, więc tym bardziej zależało mi na wykorzystaniu konwentu do maksimum - co chyba mi się udało, bo nigdy się na Polconie tak dobrze nie bawiłam (zwłaszcza wtedy, kiedy po 15 minutach imprezowania uśpił cię zapach kebabu - C.)

Dla mniej zorientowanych wyjaśnię, że Polcon jest jednym z przejawów działania fandomu, o którym tak przyjemnie pisała ostatnio zwierz na swoim blogu - w razie ewentualnych pytań natury ogólnej zapraszam do jej posta i na tą stronę. Polcon jest konwentem, czyli zjazdem mniej lub bardziej zrzeszonych fanów, który organizowany jest od 26 lat, zazwyczaj w ostatni weekend sierpnia, przez różne kluby fantastyki z całej Polski.

Na teren Międzynarodowych Targów Poznańskich Polcon zawitał pierwszy raz - wcześniej odbywał się m.in. w pobliskim Błażejewku. Impreza, przez którą przewinęło się około 2,5 tysiąca osób, zajmowała 3 budynki. Cały teren był dosyć rozległy i interesujący wizualnie, o czym mieliśmy okazję przekonać się już w czwartek, kiedy to błądząc po nocy próbowaliśmy znaleźć działające wyjście jak najbliżej miejsca naszego noclegu. Oczywiście okazało się, że nadłożyliśmy tylko drogi, bo otwarte było - zgodnie z materiałami konwentowymi - wyjście główne. Krótki rekonesans przeprowadzony kolejnego dnia potwierdził naszą wcześniejszą opinię - miejsce mogłoby robić za świetną lokalizację dla zombiakowego horroru, jakiegoś postapokaliptyka czy "Trona" (ale to tylko nocą) ze względu na to, iż przeważająca część ogromnego terenu (uwzględniającego m.in. własne ulice, tory kolejki i okienko drive through McDonaldsa) była całkowicie pusta.

Błąkanie się wśród pustych budynków na terenie Targów umożliwiły nam plastikowe opaski zapięte na naszych nadgarstkach i magiczne kody kreskowe znajdujące się z tyłu identyfikatorów. Ich magia polegała wprawdzie tylko na otwieraniu bramek przy wejściach, ale przed pierwszą kawą i przy znacznym poziomie niewyspania bardzo wiele rzeczy i zjawisk wydaje się być nadprzyrodzonymi. Niedostatki kofeiny dało się zresztą szybko nadrobić przy pomocy wspomnianego McDonaldsa czy też dwóch knajpko-restauracji zlokalizowanych na terenie konwentu. Sama opaska była zresztą czymś nieco kontrowersyjnym, bo przy całej wygodzie, którą dawała (łatwość udowodnienia, że jest się konwentowiczem), mimo wszystko do nadgarstka była przyczepiona przez 4 dni bez przerwy, a najlepszym momentem naszego kontaktu z nią okazało się brutalne jej zerwanie 5 minut po opuszczeniu terenu imprezy. Wszystkie techniczne elementy były zorganizowane całkiem sprawnie. Akredytacja, kiedy już została otwarta w czwartek, przebiegała całkiem szybko, budynki i łazienki świeciły czystością, a dobrych i świeżych kanapek w zlokalizowanych na konwencie knajpkach nie zabrakło. Rozdzielenie programu i informatora budziło pewne wątpliwości zwłaszcza, że obydwie te rzeczy były niezbędne do zorientowania się, o czym dokładnie był dany punkt programu.

Samych punktów było dużo, z czego bardzo wiele zapowiadało się naprawdę ciekawie. Niestety nie na wszystko, co chciałyśmy zobaczyć, udało nam się trafić, bo różne prelekcje miały tendencję do odbywania się w tym samym czasie, zachodzenia na rozdanie nagród im. Janusza A. Zajdla oraz wypadanie po godzinie 11:00 w niedzielę, co skutecznie uniemożliwiło nam bycie na nich.

Konwentowanie zaczęłam od „Gdy kanon wpada w czarną rozpacz, a gramatyka z logiką biegają nago po łące, wersja 2.0”, co do którego miałam pewne wątpliwości, bo byłam już na kilku tego typu prelekcjach, ale przyjemnie się zaskoczyłam. Wszystkie podobne punkty programu, które widziałam wcześniej skupiały się w większości na fanfikach i opowiadaniach zagranicznych, zagłębiały się w historię i dokładne znaczenie terminu Mary Sue (idealna dobra piękna i uczynna bohaterka, która nagle zjawia się w wybranym przez autorkę uniwersum – Star Trek/Potter/Tolkien itp. itd., ratuje wszechświat i Spocka/Harry'ego/Legolasa, wykazując się przy tym niesamowitymi zdolnościami, a na końcu najczęściej umiera oddając życie za którąś z wymienionych postaci; oczywiście początkowy model sobie od lat 70tych ewoluował, ale zawsze gdzieś są echa tych pierwotnych cech), a ten skupił się na typowo polskich, rodzimych Marysójkach. Z założenia raczej polskich fanfików nie czytam, a już ogromna miłość do opek (czyli opowiadań), które są ich brzydszymi siostrami, prezentowana przez niektóre moje sieciowe znajome wydawała mi się raczej tajemnicza. Jako fanka literatury złej i jeszcze gorszej po tej prelekcji zaczęłam jednak doskonale to uczucie rozumieć i odczuwać pragnienie zapuszczenia się w meandry owej polskiej twórczości, która z literaturą ma wspólne głównie alfabet i imiona niektórych postaci. Całość była bardzo zabawna, ale jednocześnie usystematyzowana w działy pokazujące nam cechy typowych postaci z opek (Marysójka, Tru Loffer i przyjaciółki Marysójki), tematykę, sposób prowadzenia narracji, cechy stylu, tajemnicze elementy o bliżej nieokreślonym pochodzeniu, podejście do kwestii erotyki (najczęściej proste, szybkie i męsko-toaletowe) oraz wybrane perełki. Każdy punkt i cecha były poparte krótkim wyjaśnieniem, które zakładało przynajmniej podstawową wiedzę dotyczącą tego typu twórczości u słuchaczy oraz przewspaniałymi cytatami („Doszli razem, a potem krzyczeli na zmianę aż do świtu"). Praktycznie cała publiczność bawiła się świetnie – kilka osób wprawdzie wyszło na początku, ale mam poważne podejrzenia, że nie doczytały opisu prelekcji i nie do końca wiedziały, czego się spodziewać. Pod pewnymi względami nie zgadzam się z prelegentkami, które z założenia żywią odrazę do crossoverów (fanfiki, czyli fanowskie opowiadania, w których łączone są dwa i więcej fandomów) i uważają, że kanoniczny Severus Snape nie jest skłonny do ckliwych uczuć (jakby cała historia z Lily Potter niby nie była ckliwa… No tak, przepraszam – była wzruszająca, a nie ckliwa). Na prelekcje tych autorek napewno w przyszłości trafię

Do ciekawszych punktów całego spotkania należał też odbywający się w ciemności zażarty pojedynek pomiędzy słuchaczką a nadmuchiwanym gumowym młotem, który podstępnie czaił się na nią w mroku panującym między rzędami siedzeń. Wydarzeniu temu towarzyszyło głośne piszczenie, tajemnicze i niezbyt skoordynowane poruszenia oraz (o ile dobrze usłyszałam) ciche przekleństwo. Dodam tylko, że pojedynek wygrała słuchaczka, a kto nie był (czyli np. Rusty) ten niech żałuje.

Ja oczywiście na konwent się spóźniłam, przy okazji odkrywając, że fani fantastyki są najlepszymi towarzyszami podróży, bo da się z nimi pogadać na każdy temat - tym razem padło na modyfikowaną genetycznie żywność, zbliżające się wybory parlamentarne, dobre książki oraz kilka innych tematów, których już nie pomnę - w każdym bądź razie na pewno w drodze się nie nudziłam, mimo że była długa, a czasami nawet kręta. Przy akredytacji spotkała mnie pierwsza niespodzianka, dosyć niemiła - nie wydano mi antologii zajdlowej i musiałam się o nią upomnieć. Powiedzmy sobie również, że gdybym to ja odpowiadała za akredytację, wyglądałaby ona troszeczkę inaczej... Ponieważ byłam głodna, nie dołączyłam do Beryl i Cyd na prelekcji o fanfikach, tylko postanowiłam zorientować się z topografii konwentu; miejscówka bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła, na terenie Targów można by bez problemu zorganizować porządny Worldcon.

Na „Jak przetrwać jako klub” trafiłyśmy przede wszystkim dlatego, że było o Śląskim Klubie Fantastyki, do którego same należymy. Po opisie spodziewałam się raczej próby wykazania tego jak stacjonarny klub, taki jak ŚKF przetrwał do dzisiaj, kiedy większość fanów preferuje mniej lub bardziej internetowe kontakty, ale niestety tego się nie dowiedziałam. Były za to ciekawe historie dotyczące pierwszych lat klubu, z których jednak zrezygnowałyśmy, bo jak zajmujące by nie były, to jednak słyszałyśmy je wcześniej od PWCa i Raka a pożądałyśmy informacji nowych.

Jeszcze mniej trafny okazał się wybór  „Komiksu w kinie”, z którego uciekłam porzucając Rusty na pastwę prowadzącego. Rusty wprawdzie twierdzi, że na początku była mowa o jakiś strasznych rzeczach, które przydarzyły się oryginalnej prezentacji i wpłynęły na efekt końcowy, ale nie mogę być tego tak naprawdę pewna, bo prowadzącego prawie nie byłam w stanie usłyszeć, tak strasznie cichutko mówił. Sama zawartość merytoryczna też nie była jakaś strasznie imponująca, chociaż przyznaję, że o komiksach mam pojęcie nad wyraz ogólne, to ich ekranizacji wchłaniam całkiem sporo, więc spodziewałam się czegoś więcej. Prelegent z jednej strony zakładał, że mogliśmy nie czytać danego komiksu (chodziło tu bodajże o „Zamieć”), a z drugiej strony zamiast spróbować dokonać podsumowania wdawał się w dosyć poboczne szczegóły dotyczące różnic. Wyszłam mniej więcej w połowie prelekcji, a z bardziej znanych postaci i ekranizacji doczekałam się tylko „Green Lanterna”, „Watchmenów” i „Sin City”, a takiego dajmy na to „Batmana” już nie było (chyba, że te elementy były w dalszej części). Dodatkowo pojawiła się też dosyć śmiała i niepodparta żadnymi konkretnymi argumentami teoria dotycząca tego, że w filmie nie da się przedstawić nastroju danej sceny tak, jak ma to miejsce w komiksie. Podobnie koncentracja na jakimś detalu miała być też niemożliwa. Po części za swoją ucieczkę winię też piekielną temperaturę panującą w sali z racji zepsutego klimatyzatora.

Ja dzielnie zostałam do końca wykładu, podle szeleszcząc foliowymi woreczkami z tyłu sali i skutecznie uniemożliwiając innym wysłuchanie szeptu prelegenta... Chciałabym jednakowoż zauważyć na marginesie, że takie prelekcje rodzą się z oferowania przez organizatorów zniżek dla każdego mentalnego ekshibicjonisty, bez względu na jego umiejętności prezentacji wybranego tematu. Pomijając już brak umiejętności postawienia głosu oraz kompletny chaos i brak myśli przewodniej, jaki panował w prezentacji, prowadzący nie powiedział żadnej ciekawej rzeczy. Znam się na komiksach nieco lepiej niż Cyd (moja spora zniżka w Imago nie wzięła się z powietrza), ale wcale nie rewelacyjnie, i mimo to wyszłam z prelekcji z poczuciem, że potrafiłabym to zrobić lepiej. Poza tym teza o nieprzenaszalności komiksu na ekran jest zupełnie bzdurna, co reżyserowie "Sin City" i Zack Snyder wykazali całkiem nieźle.

Punkt o "Gwiezdnej eskadrze" wypadł niespodziewanie z programu, więc zwinęłyśmy się z terenu konwentu i okrężną drogą wróciłyśmy do akademika.

Bardzo kulturalne fandomowe stampedo można było z kolei zaobserwować na piątkowym „Quo Vadis, fanDomine”. Prelegent miał pewne konwentowe doświadczenie i bardzo dzielnie walczył z pytaniami bardzo uprzejmie rzucanymi przez wrogie hordy fandomowych wyjadaczy prowadzone przez Szamana, ale trzeba przyznać, że nie przygotował się zbyt dobrze, a tematyka bardzo szybko wyrwała mu się z rąk. Jak dla mnie zmuszanie kogoś do podania definicji fandomu, fana i konwentu (jako przykładu używając zjazdu fanek W.I.T.C.H.) jest raczej ciosem poniżej pasa, bo przecież wszyscy wiemy, że akurat te pojęcia są raczej płynne i w dużym stopniu zależą od tego, jakie przykłady bierzemy pod uwagę. Sam punkt programu był ciekawszy bardziej ze względu na dyskusję sprowokowaną przez widownię niż prowadzącego, który dzielnie starał się bronić. Na prelekcji była Achika, która połowę rzucanych uwag zanotowała w swoim kapowniczku, czekam na te perełki z niecierpliwością.

I znowu mamy przykład prelekcji przygotowanej dla zniżki - prowadzący, choć niewątpliwie sympatyczny, nie był w stanie nawet porządnie moderować dyskusji, jaka się wywiązała; poza tym nie do końca nawet pamiętam, jaką miał tezę na początku. Prelekcja tak naprawdę powinna być panelem dyskusyjnym z zaproszonymi gośćmi - chętnie bym jej wysłuchała, bo tematy metafandomowe lubię bardzo (do tezy chyba nie dotarł za mojej obecności, ale bądźmy szczerzy nie ma aż tak wielu osób, które łatwo poradziłyby sobie z tak sformułowaną ofensywą, bo trzeba by bardzo doświadczonego przemawiacza do ustawienia słuchaczy, a nie kogoś, kto będzie kulturalnie chciał wysłuchać grupy ludzi mówiącej mu: organizowałem konwenty, bicz, ur argument iz invalid).

Z „Quo Vadis, fanDomine” trafiłam na akredytację, więc jeżeli na Polcon wpuszczała cię osoba z pierzastym kapeluszem i gigantycznym kokiem zrobionym z blond włosów, to zdecydowanie byłam ja. Mój piórkowy czubek i pistolety trafiły zresztą potem na „Wielki Konkurs Strojów”, na którym się jednak zawiodłam, gdyż moi faworyci zostali pominięci. Do wygrywającej trójki nie trafił bowiem świetnie przygotowany i genialnie przebrany za Jokera i Harley Quinn duet. Kostiumy były nie dość, że świetnie dobrane do noszących ich ludzi (którzy następnego dnia zachwycali jako Alicja i Kapelusznik), to jeszcze sama mimika i sposób poruszania się po scenie były absolutnie rewelacyjne. Pozostałe stroje były na poziomie różnistym - kilka ciekawych i dopracowanych, ale większość taka sobie, podobnie było ze scenkami, które formą wymaganą nie były, ale preferowaną raczej tak (śpiewająca Edith Piaff dziewczyna w Falloutowym kostiumie i duet Harley/Joker byli jak dla mnie najlepsi). Polecam świetną fotorelację z konwentu, na podlinkowanej stronie są zdjęcia z "Konkursu Strojów" (dodam jeszcze, że ja w konkursie też startowałam steampunkowy kostium nosząc, a w sobotę straszyłam jako białowłosa czarownica).

Ja w czasie Cydowej dyżuru poszłam na kolejną prelekcję o fanfiction, tym razem prowadzoną przez Srebrną, gdzie na widowni było mnóstwo znajomych twarzy. Prelegentka skupiła się na usystematyzowaniu wiedzy o fanfiction za pomocą wykresów, wyjaśniła co bardziej popularne skróty oraz typy opowiadań i ogólnie rzecz biorąc nie powiedziała nic nowego. Przyjemnym punktem była dyskusja o najbardziej wyjechanych w kosmos przykładach crossoverów, za które Srebrna nagradzała cukierkami. Trochę przeraziła mnie średnia wieku uczestników - większość była ode mnie co najmniej dekadę młodsza.   

Na warsztaty szycia breloczków nie udało nam się z Beryl dostać i przyznam szczerze, że nie pamiętam, co robiłam przez kolejne dwie godziny - pewnie integrowałam się z innymi konwentowiczami. Potem zostałyśmy zagarnięte przez Ezechiela na prelekcje o bardziej poważnych grach. Chyba najbardziej z omawianych przez niego i Ysabell tytułów przypadła mi do gustu "Fate of the World" - gra komputerowa, w której gracz ma za zadanie poprawić "błędy" na całym świecie: zarządzanie gospodarką wodną, dbanie o środowisko, produkcję żywności, energii itp. Opcji jest całe mnóstwo i gra osiąga straszny poziom skomplikowania; poza tym podobno nie da się w nią wygrać. Ma też osobny scenariusz na totalną zagładę całego życia na Ziemi, wdzięcznie nazwany "Dr. Apocalypse".

Na konkursów strojów trafiłam przypadkiem i choć prowadzącym nie sposób odmówić obycia na scenie, to jednak mangowcy robią swoje cosplaye lepiej - np. upewniają się, że wszyscy uczestnicy są na sali. Spójrzcie zresztą na to video z tegorocznego Balconu, które daje niezłe pojęcie, o czym mówię. Poza tym nie zgadzam się z Cyd, bo uważam, że dopracowana scenka jest równie ważna jak sam strój, warto też zadbać o oprawę muzyczną. O wynikach konkursu strojów wypowiadać się nie będę, ale również uważam, że Jocker i Harley Quinn zostali oszukani. Ogólnie rzecz biorąc tylko mnie ten punkt programu sfrustrował.
                                                                                            
O gorsetach była mowa w trakcie innego punktu programu: "Pieprzonych konwencji - panelu dyskusyjnego". W bardzo rozbudowaną, fascynującą i iście homerycką metaforę dotyczącą gorsetu konwencji, które najpierw krępują, a potem się nam wylewa wdał się wówczas Wit Szostak. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu na kilkuzdaniowym wyjaśnieniu się nie skończyło, bo całość miała swoje meandry, zakładki, usztywnienia, a zapewne też kokardki i subtelną nutę czarnej satyny. Ów fascynujący temat został też podchwycony przez pozostałych uczestników panelu - Łukasza Orbitowskiego i Szczepana Twardocha, którzy w konwencje podtrzymujące jak gorset młodego pisarza, ale krępującego pisarzy bardziej dojrzałych, ale z drugiej strony jednak krępującego wszystko co się da i wyglądającego czasem dobrze, a czasem wręcz przeciwnie, brnęli jeszcze bardziej. Niestety mojej plastycznej wyobraźni ciężko było się oprzeć tak nachalnym sugestiom i kilka następnych dni spędziłam usiłując się pozbyć nieco przerażającego mentalnego obrazu całej trójki w gorsetach. Tu znowu pojawia się delikatna sugestia czarnej satyny.

Oj, ten panel dyskusyjny był jednym z najzabawniejszych, na jakim byłam! Zwłaszcza mocno rozbieżne stanowiska Twardocha i Orbitowskiego - do drugiego z nich nabrałam zresztą nowego szacunku po tym, jak jako jedyny z uczestników dyskusji postanowił bronić popkultury. Twardoch szczerze się odżegnywał od nawet nie pisania, ale również wchłaniania sieczki, Szostak przyznał, że jego pierwsze teksty podążały utartymi schematami, ale najnowsze są już oryginalne. Wszystko to jednak przebiła metafora o konwencji jako gorsecie - mój umysł momentalnie przedstawił mi scenę rodem z "Rocky Horror Picture Show" - czasem próbuje mnie w ten sposób zabić. Nasza interpretacja zrobiła zresztą krzywdę kilku innym osobom, z którymi postanowiłyśmy się nią podzielić w ramach szerzenia zarazy.

Rozumiem chęć używania metafor, nawet wybujałe homeryckie twory w odpowiednich kontekstach są nad wyraz dobrym pomysłem, ale są też sytuacje, w których zdecydowanie należy przestać w nie brnąć. Dodatkowo jeszcze z perspektywy laika w dziedzinie gorseciarskiej, bo muszę tu zaznaczyć, że z dobrze dobranego i uszytego gorstetu nic się nie będzie wylewało bez względu na to, kto jest w środku... Arrrgh! Znowu. Na szczęście nie byłam sama w moim cierpieniu, bo Rusty siedząca w innej części sali odczucia miała podobne. (Beryl twierdzi, że to dlatego, że jestem utajonym telepatą.)(Niestety nie - po prostu obydwie czasem myślimy podobnie i uwielbiamy "Rocky Horror...")

Dyskusja prowadzona w czasie "Pieprzonych konwencji" z tematu gorsetów na szczęście po pewnym czasie zeszła, ale w dalszym ciągu błądziła po niebezpiecznych wodach (zdecydowanie wszystkie czarne satynowe gorstety wyrzucamy teraz z myśli). Szczególnie fascynująca była opinia Szczepana Twardocha na temat tak konwencjonalnych gatunków jak fantasy i horror, w których jego zdaniem nie da się już nic powiedzieć, a w związku z tym nie warto czytać ani pisać, a czytelnicy, którzy po coś takiego sięgają, po prostu zadowalają się byle czym. Stwierdzenie to wywołało prawdziwy zachwyt i oklaski radości na sali, na której nie było przecież ani jednego fantasty, bo kto by się ich spodziewał na takim wydarzeniu jak Polcon. Mam niejasne wrażenie, że chodziło tu bardziej o krytykę sztampowych tworów, które mają wyznaczoną długość brody krasnoluda na 100 stron, z których żartowali Szostak z Orbitowskim, ale w wydaniu Twardocha wyszło coś ostrzejszego. Generalnie odniosłam wrażenie, że fantastyka jako taka jest czymś poniżej poziomu, którego dotyka Prawdziwy Pisarz, bo Prawdziwy Pisarz nie zamyka się w gatunkach i nie tworzy nic sztampowego, a jedynie ujeżdża jednorożca prawdziwej sztuki i natchnienia (i nigdy nie zatrzymuje się gwałtownie, bo wszyscy wiemy, czym kończy się gwałtowne hamowanie na jednorożcu). Nie powiem, żebym co do części poglądów się nie zgadzała, ale sposób ich przedstawienia zupełnie nie brał pod uwagę, że mówiący zwraca się do fantastów, co zdecydowanie mi się nie podobało. Recenzja "Wiecznego Grunwaldu" Twardocha niedługo tu trafi, tak na marginesie.

Podziwiam Cyd, że zamierza to czytać - mnie wystarczyło kilka stron okropnej językowej stylizacji, bym spasowała.

W trakcie tego panelu był też poruszony temat szkółek uczących pisania i zaproszonych prelegentów do nich niechęci. Mogę zaakceptować, że ktoś na ten temat ma inną opinię, ale skąd się tu wzięło bardzo rozbudowane, bardzo kategoryczne i nie do końca uzasadnione odniesienie do malarstwa? Że niby malowania można się nauczyć tylko od kogoś, a pisanie przychodzi od wewnątrz. Howgh. Amen. Hare Krishna. Tylko sama maluję i zastanawiam się, jak miałabym się wszystkiego o malowaniu nauczyć od kogoś? Ktoś ujmie moją dłoń i poprowadzi ją po papierze tak, bym od cudownego dotyku nagle dowiedziała się, jak rysować pandę? (dla tych, którzy czytali "Krakena" - tak, to jest aluzja). Z pójścia na panel jestem zadowolona, ale na przyszłość mam nadzieję więcej nie trafić na rozbudowane odniesienia do gorsetów i malarstwa, jeżeli osoby prezentujące dosyć śmiałe tezy odnoszące się do tych dziedzin nie do końca się na danych kwestiach znają. Rozbudowane metafory gorsetowe są chyba zresztą w prawie każdej sytuacji złym pomysłem chyba, że mówimy o "Rocky Horror Picture Show".


Naprawdę merytorycznie prezentowało się natomiast późniejsze „Spojrzeć złu w oczy – parę słów o kryminalnych portretach psychologicznych”, które w bardzo uporządkowany, szczegółowy i akademicki sposób pozwoliło nam poznać różnice pomiędzy tym, jak tworzenie profilów psychologicznych wygląda w filmie, a jak w rzeczywistości. Sala była pełna, aczkolwiek niektórzy widzowie opuścili ją jeszcze przed rozpoczęciem wykładu (m.in. młody mężczyzna w rozchełstanej koszuli, którego z Rusty i Beryl jednomyślnie uznałyśmy za Edward Cullen wannabe w trakcie chwilowego opóźnienia dostaw brokatu). Całość przygotowana strasznie profesjonalnie, wciągająca i okraszona duzymi ilościami zarówno filmowych jak i rzeczysistych przykładów. W skrócie można powiedzieć, że profilerzy są bardziej jak w "Criminal Minds" niż "Milczeniu Owiec", nie ma samotnych psychologicznych rewolwerowców, a jedynie grupa ludzi, która tworzy i obala różne hipotezy. Dodatkowo w latach 70tych, w których sama idea tworzenia tego typu profili powstała, skuteczność była naprawdę imponująca, ze względu na dosyć unormowany podział ról społecznych. Dzisiaj efektywność to najwyżej kilkanaście procent, bo inżynier będący właścicielem warzywniaka może mieć dokładnie takie same cechy, jak nastolatek utrzymywany przez rodziców. W całej tej kwestii jest tylko jeden pewnik - na prelekcje Beaty "Dro" Dranikowskiej jeszcze w przyszłości trafię.

Mnie Dro kupiła już profesjonalnym wstępem, gdzie przedstawiła się oraz wyjaśniła, o czym dokładnie będzie mówiła  - strasznie lubię, jak prelegent dba o takie drobne rzeczy. Prelekcja była bardzo profesjonalnie przygotowana, a słowa Beaty uzupełniane były przez slajdy, przerywane przez filmy, by widownia się nie znudziła. Również timing był bez zarzutu. Ogólnie rzecz biorąc była to najlepsza prelekcja, na jaką trafiłam na tym Polconie - jeśli nie najlepsza w całym moim życiu - a nawet nie bardzo byłam zainteresowana tematem.

Ostatnim punktem, na jaki trafiliśmy wieczorem był "Konkurs filmowy", który przegraliśmy dosyć drastycznie razem z Rusty, Miśkiem Cholewą i Krzysiem Bortelem ze względu na zdecydowanie podły charakter pytań. Przykładem może być tutaj częściowo zasłonięty kadr z "Iron Mana", który rozpoznałyśmy prawidłowo i nawet zaświtały mi pewne podejrzenia, że obok Rhody`ego może stać Pepper, ale uznałyśmy, że to zbyt skomplikowane i wybrałyśmy Tony'ego Starka. Kadr przedstawiał oczywiście Pepper. Rusty popisała się za to umiejętnością rozpoznania Julianne Moore po zobaczeniu jej dłoni, co z pewnością jest umiejętnością, która przyda jej się na dalszych etapach egzystencji. O zdjęciu człowieka wyglądającego przez okno, który pochodził z "Piły" wspominać nie będę, bo to doprawdy było zbyt okrutne.

W tym miejscu wypadało by wspomnieć, że czas pomiędzy prelekcjami i czas wieczorny spędzałyśmy wpadając na różnych znajomych i zwiedzając leżącą koło naszego akademika knajpę, czyli Akumulatory (której barmani pomylili martini z whiskey, fuj) i gdzie spotykaliśmy różnych interesujących ludzi pytających nas np. czy potrafimy robić oparzeliny, bo osoba, która potrafi nie dojechała na prelekcję. Przyjemnie było też spotkać znajome Whomanistki, Wikę i Cat in Fez, które również w rzeczywistości w mniejszym stopniu złożonej z zer i jedynek okazały się nader sympatyczne.

RED STUDIO na Polconie 2011 - nieco powyżej 3 minuty jest 30 sekund z malowania henną, hurra!

Sobotę rozpoczęłam prowadzonym przez siebie pokazem malowania henną i dalej jestem zdumiona ilością ludzi, którzy przyszli i nie dość, że słuchali tego, co mówię to jeszcze z zainteresowaniem przyglądali się robieniu wzorków. Nagrodę za najlepszy komplement otrzymuje osoba, która powiedziała, że na Polcon trafiła ze względu na różne craftowe punkty programu i właśnie malowanie henną. W trakcie wystąpiły pewne problemy techniczne, ale i tak przez te dwie godziny nieco ponad 20 osób załapało się na zasmarowanie. Dzień wcześniej zahennowałam biust (wtedy jeszcze nie) tegorocznej zajdlistki i też byłoby fajnie, gdyby nie marudzenie Spike`a i Rusty. (Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi...) (Rrrright)

Z żalem muszę wspomnieć, że z planowanych dwóch nie udało mi się dotrzeć na żaden punkt programu, w którym brał udział Konrad Walewski - raz rozproszyli mnie znajomi, a raz Ewa Białołęcka prowadząca bardzo smutny punkt programu o tym, dlaczego nie należy się rozmnażać. A nie należy się rozmnażać, bo istnieje całe mnóstwo mutacji, które bynajmniej nie są groovy, tylko mogą spowodować, że dziecko trafi do objazdowego cyrku jako wilk, syrenka lub brakujące ogniwo ewolucji. Wykład był mocno ilustrowany zdjęciami i choć bardzo interesujący, jego przyszłe edycje zamierzam omijać szerokim łukiem. Wspomnę jeszcze tylko, że zdecydowanie bardziej lubię takie punktu programu wynikające z researchu do książki niż zwykłe spotkania autorskie, które mają na celu li i jedynie połaskotać ego pisarza.

Zostawszy w tej samej auli załapałam się na prelekcję o biuście fantastycznym - czyli stanikomania na podstawie "Czerwonej Sonii", "Transformersów" oraz "Mortal Combat". Bardzo podobał mi się styl prowadzenia prelekcji, ale sama jej treść była nieco miałka - zwłaszcza druga część, gdzie prowadząca na podstawie filmików omawiała błędy w doborze biustonoszy przez kostiumologów, z której zapamiętałam jedynie wylewające się pod pachami bułki - co doprowadziło mnie z powrotem do mentalnego widoku Łukasza Orbitowskiego w gorsecie... (A już prawie zdążyłam o tym wątku zapomnieć...)

Potem obowiązkowo Forum Fandomu, najbardziej wredne ze wszystkich, na jakich byłam, przez co w przyszłym roku nie będzie wydawcy jako gościa honorowego.

W sobotę odkryłam również, że udawanie się na „Co ty wiesz o demonach… konkurs wiedzy o Supernaturalu” z drużyną, w której jest się jedyną osobą serial oglądającą może nie być takim znowu wybitnym posunięciem (ale byłyśmy Biczami Crowleya, a prowadzące konkurs - Magda `Cathia` Kozłowska i Justyna `tenel` Stypaniak - spisały się świetnie, więc  i tak się dobrze bawiłam). Moja niechęć i całkowite ignorowanie wszystkich kobiecych demonów występujących w serialu przy konkursie o takim tytule też nie było jakieś szczególnie najlepszym pomysłem. Z drugiej strony widownia zawierała osoby, które nie rozpoznały Doctora Sexy MD. Różne rzeczy rozumiem, ale coś takiego zapomnieć?


Trafiłyśmy też na „Amerykańskie fantastyczne seriale dla nastolatek”, które były prowadzone przez osobnika płci męskiej, który próbował zgromadzone na sali nastolatki oraz kilka starych slasherek wprowadzić w fascynujący świat nastoletnich supernaturali. Omawiane były trzy różne pozycje: "Nine Lives of Chloe King", "Teen Wolf" i "Vampire Diaries". Generalnie z prelekcji wyniosłam stosunkowo niedużo informacji merytorycznych (może poza tym, że pierwsza pozycja wygląda na beznadziejnie głupią i warto ją obejrzeć), bo prowadzący upierał się przy tym, by na skomplikowanych wykresach pokazywać, kto z kim kiedy i dlaczego już nie, co dla mnie najczęściej było najnudniejszym elementem tego typu pozycji (prawie tak jak pytanie o to, kto bzyknie Sookie w "True Blood"; ostatnio wygląda na to, że chyba wszyscy, well...). Dodatkowo, na przykładzie "Teen Wolfa" dowiedziałam się, że rozwód rodziców wystarczy, by zrobić cię półsierotą, co zaiste jest nową informacją. Bardzo pozytywnie opisane było też "Vampire Diaries", które mnie potwornie znudziło, więc mam wrażenie, że gusta moje i prowadzącego mocno się rozbiegały zwłaszcza, że zamiast podkreślać pewne oczywiste kurioza skupiał się na tym, jakie to straszne, że męskie postacie omawiają swoje fryzury w scenach zagrożenia życia. Są różne podejścia, ale ja i tak dalej będę fangirlować takie seriale dlatego, że większość strasznych rzeczeczy przydarza się w męskiej szatni nastoletnim chłopcom zawiniętym tylko w ręczniki, a dodatkowo trzeba jeszcze na szybko poradzić sobie z tym, że niebezpieczny wilkołak zaczyna się umawiać z twoją matką.

Wielkie wejście zajdli

Na „Jubileusz rozpoczęcia prac nad Gwiazdami w Czerni” weszłyśmy i całkiem szybko wyszłyśmy, bo Staszek Mąderek był zajmujący jak zwykle, ale tym razem nie na temat "Gwiazd w Czerni", ale urzędów skarbowych i komorników. Niedługo potem trafiłyśmy na galę zajdlową, która przebiegła wyjątkowo szybko i sprawnie. Na nic nie trzeba było czekać, a zajdle weszły we własnej Arce Przymierza niesionej przez szturmowców i marines - jednym słowem klasa. Klasą w dziedzinie gustownego doboru tekstyliów wykazał się też Szczepan Twardoch, który jako jedyny z nominowanych był ubrany nad wyraz modnie i zdumiewająco dobrze. Zajdle trafiły do Ani Kańtoch (za opowiadanie) i do Jacka Dukaja (za powieść).


Z informacji pobocznych okazało się, że nasza (moja, Rusty i Beryl) przynależność do tria makbetowo-pratchettowych wiedźm (dziewica, matka i ta trzecia) jest widoczna również dla osób postronnych, gdyż zostałyśmy rozpoznane przez Michia. Co ciekawe również ustalony wcześniej podział ról został prawidłowo rozpracowany, mimo iż np. ja zdążyłam się już wtedy pozbyć mojego czarownicowego kostiumu, a Rusty w ogóle przebierać się nie chciało. Najwyraźniej nasza przynależność do owej struktury jest oczywiście oczywista nawet wtedy, kiedy nie zabieramy kociołka, a jedynie wyjemy na świetnym "Konkursie Musicalowym":

"Yes, Captain Hammer’s here, hair blowing in the breeze
(...)A man’s gotta do what a man’s gotta do
Seems destiny ends with me saving you".

Albo (w moim przypadku):

"And now it`s springtime for Hitler and Germany,
Winter for Poland and France...".

Ktoś inny nucił "Shoggotha na dachu", więc w czasie konkursu prowadzonego przez Ausira i Magdę Kącką, który jako trio czarownic oczywiście wygrałyśmy, było naprawdę geniualnie.

Przyszłam na konkurs musicalowy, by go wygrać, ale po konkursie filmowym z poprzedniego dnia nie byłam pewna, czy mi się uda - poza tym konkurencja była silna i nie dała się spławić. Na szczęście prowadzący (Ausir z koleżanką) zgodzili się na trzyosobowe drużyny dzięki sponsoringowi Krysi Ch. (która również dała nam "Krakena" po polsku, więc jestem jej podwójnie wdzięczna). Z początku nie szło nam dobrze - nie rozpoznałyśmy piosenki z "Mamma Mia!", ale potem udało nam się zastraszyć pozostałe drużyny faktem, iż znamy słowa do "Shock Treatment", całego "RHS", "Wicked" i mnóstwa innych nerdowskich musicali - poza tym potrafimy jednocześnie śpiewać i tańczyć piosenki z bolly, które Ausir włączył do konkursu. Miałyśmy też tajną broń w postaci Beryl, która w kluczowym momencie rozpoznała "Pierścień i różę". Konkurencję rozniosłyśmy i zamierzamy to samo zrobić w roku przyszłym - tylko muszę dorwać "Sunday School Musical"...

Niedzielę spędziłam usiłując wydać ciężko zarobione pieniądze w konwentowym sklepiku i mam nadzieję, że tego doświadczenia nie będę musiała nigdy powtarzać. Chciałabym w tym miejscu serdecznie podziękować miłej kobiecie, która cierpliwie przynosiła mi różne książki i inne dostępne duperele, podczas gdy ja usiłowałam nie zostać wypchnięta poza tłum ludzi czekających, aż rzucą planszówki - normalnie PRL w pełnej krasie, ktoś powinien to zareklamować jako LARPa.

Wszystkie opisane powyżej punkty programu, potworna metafora gorsetu  fascynujące detale, świetna lokalizacja i wspaniali ludzie sprawili, że na tegorocznym Polconie bawiłam się naprawdę znakomicie. Przyjeżdżając na konwent mialam sporo obaw, które wywołała późno pojawiająca się strona www, brak progresji kosztów akredytacji i inne techniczne detale, ale na miejscu bawiłam się świetnie. Również większość prowadzących była naprawdę dobrze przygotowana, co spowodowało, że merytorycznie też było na plus. Troszeczkę mi żal prelekcji, na które chciałam iść, a które pokrywały się z innymi rzeczami, albo na które nie dało się wejść z powodu tłumów już upchniętych do sali, ale jestem na tyle zadowolona z tego, na czym byłam, że jakoś to przeżyję.

Z drugiej strony na kilku zdjęciach udało nam się złapać zdumionych moimi kostiumami ludzi, a myślałam, że co jak co, ale Polcon jest odpowiednim miesjcem do powiewania moją czarownicową peleryną. Mam nadzieję, że byli to przypadkowi poznaniacy.

Ja również bawiłam się świetnie - choć obaw miałam chyba jeszcze więcej niż Cyd - głównie dlatego, że był to pierwszy od lat Polcon, przy którym nie kiwnęłam nawet małym paluszkiem; zamierzam to powtórzyć w przyszłym roku. W tym miejscu chciałabym wszystkich serdecznie zaprosić na  Polcon 2012 do Wrocławia, który pewnie również będzie super, a ja poważnie zastanawiam się nad zrobieniem punktu programu o "Doktorze Who", zainspirowana wykresami z prelekcji o serialach dla nastolatków.

Mało snu, dużo zabawy, ciekawe informacje i masa świetnych ludzi, wydają się być przepisem na naprawdę udany konwent. Mogę do tego dodać jeszcze pochłaniane przeze mnie masowo shake`i, które były częścią najbardziej chyba fastfoodowych czterech dni w całym moim życiu. Chcę więcej.

Po inne relacje i zdjęcia zapraszamy na tę stronę. Przy tym wpisie zapewne pojawi się więcej zdjęć (m.in. wspaniałej zahennowanej zajdlistki), ale musi to niestety poczekać na bardziej sprawne działanie cydowego internetu. Relacja z samego hennowania pojawi się w najbliższych dniach na moim hennowym blogu, dzięki uprzejmości przemiłych ludzi, którzy nie dość, że dali się zahennować, to jeszcze sami zrobili sobie zdjęcia i przysłali je do mnie.

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.