Call me Billy!

by 28.10.11 10 komentarze
Gdy pierwszy raz usłyszałam o "Krakenie" Chiny Mieville'a, moim pierwszym skojarzeniem (niezbyt pozytywnym, bo szczerze nie znoszę tej powieści) był "Moby Dick" Hermana Melville'a - potworne, morskie stworzenie jako pretekst do zabawy konwencjami literackimi. Na szczęście pan pisarz od new weird poszedł w nieco inną stronę niż pan pisarz od obsesji, co wcale nie znaczy, że książka jest wybitna.

Ale nie jest też zła.

Z Muzeum Historii Naturalnej w Londynie znika ogromna, spreparowana kałamarnica, wraz z wypełnionym formaliną zbiornikiem, w którym się znajdowała. Nikt nie wie, w jaki sposób złodzieje ją wynieśli, a kurator, Billy Harrow, zostaje wciągnięty w dziwną grę pomiędzy specjalnym wydziałem policji do spraw sekt oraz kryminalnym pół-światkiem - ale, jak chciałoby się rzec w ślad za bohaterami serialu "Star Trek: The Original Series", "not as we know it". Z każdym krótkim rozdziałem czytelnik wraz Billy'm odkrywa coraz to nowe zakamarki miasta, starając się rozwikłać zagadkę: kto, jak i po co ukradł martwą ośmiornicę?

Cedro nie dotrwał do końca książki i właściwie rozumiem dlaczego; Mieville nigdy nie był łatwy do czytania, albo pełen makabry, albo prostacki językowo - osobiście uważam, że jest on pisarzem obdarzonym nieprzeciętną wyobraźnią i niewielkim talentem literackim, rzemieślnikiem, który pisze powieści wypełnione po brzegi oryginalnymi pomysłami w warstwie kreacji światów; światy te niestety są zaludnione przez sztampowych bohaterów, odgrywających swe role w miałkich, pretekstowych fabułach. Zdarza się, warto jednak być świadomym tego faktu, gdy sięga się po książki Mieville'a. W dodatku przy pisaniu "Krakena" autorowi przyświecał jasny cel: upchnąć w treści jak najwięcej bełkotu pod pozorem wyjaśniania różnorakich wyimaginowanych teologii - trzeba przyznać, że akurat to mu się świetnie udało.

Wracając jednak do "Moby Dicka", zastanawiam się, czy Mieville nie inspirował się jednak Melville'm; jego ośmiornica, podobnie jak biały wieloryb, jest istotą głęboko symboliczną i nie pozbawioną pewnej mistycznej mocy, nadanej mu jednak przez ludzką wiarę. Trudno jednak określić, na ile inspiracja była świadoma. Podobny kłopot mam z postacią Billy'ego Harrowa, który im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej zdaje mi się być wycięty dokładnie z tej samej sztancy co Arthur Dent, bohater trylogii w pięciu księgach, czyli "Autostopem przez galaktykę" Douglasa Adamsa. Co więcej, ich losy są również niepokojąco do siebie podobne - zaczynają jako everyman, nie mający pojęcia, w jakim tak naprawdę świecie żyje, a kończą jako prawdziwi bohaterowie.

Tak samo zresztą zaczyna się powieść Neila Gaimana "Nigdziebądź" - Richard Mayhew nawet nie podejrzewa, jak zmieni się jego życie, gdy pomaga młodej dziewczynie imieniem Drzwi. Piszę o tym nie bez powodu, bowiem "Kraken" przypomina powieść Gaimana w jeszcze dwóch aspektach - kreacji "drugiego" Londynu, który działa pod/obok tego, który postrzegamy my oraz w dwóch postaciach. U Mieville'a nazywają się oni Goss i Subby - to mężczyzna posługujący się zaiste dziwnym językiem i oddychający dymem oraz chłopiec całkowicie pozbawiony ekspresji i uchodzący za jego syna (only not, bo tak naprawdę jest to pomysł zaczerpnięty z najstarszych baśni); u Gaimana to przerażająca para panów o nazwiskach Vandemar i Croup. Jeśli jednak miałabym przyznawać palmę w kategorii "złe i straszne postaci", to jednak wygrałaby druga z par - choć scena z origami była absolutnie przerażająca.

Cyd wspomniała kiedyś, że urban fantasy z akcją osadzoną w Londynie powinno być osobnym gatunkiem. Sam Mieville popełnił już "Lon-Nie-Dyn", powieść dla młodzieży o mieście pod miastem, gdzie wspomniał również o równoległym Berlinie i Paryżu. Warto też przywołać nazwisko Kate Griffin, która napisała (na razie) fantastyczną trylogię o miejskim czarnoksiężniku Matthew Swifcie. Wśród tych przykładów "Kraken" wypada blado - wolałabym, żeby autor zamiast na opisie fikcyjnych religii skupił się bardziej na samym mieście i jego mitologii (mitologizacji?); na tym polu Neil Gaiman pozostaje niedoścignionym wzorem, bowiem sami londynmanci oraz wspomnienie o Thames Barrier sprawy zdecydowanie nie załatwia.

Mieville'owi poszło znakomicie za to coś innego: osadzenie całości w konwencji literackiej; w książce odnajdujemy echa powieści sensacyjnej z rodzaju cop investigation. Przypadły mi do gustu zwłaszcza dialogi (jak już przestałam się irytować ich zbytnim przestylizowaniem :D) policjantów z wydziału ds. sekt. Moją ulubienicą w tym wypadku stała się oczywiście Collingswood, czyli policjantka-wiedźma, której sposób wypowiadania się jest co najmniej oryginalny.

Więc sami widzicie: książka może i miałka, ale za to pełna intertekstualnych nawiązań, zdecydowanie zyskuje po osadzeniu jej w historii literatury i potraktowaniu jako pastiszu. I jak tu nie czytać Mieville'a?

Kraken (2010)
Autor: China Mieville
Tłumaczenie: Krystyna Chodorowska
Wydał: Zysk i S-ka

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.