I nic już nigdy nie będzie takie samo...

by 14.10.11 8 komentarze
... czyli kilka luźnych uwag o tym, jak spełnianie marzeń może spowodować u człowieka depresję. Ale może po kolei.

Jedno z dwóch głównych wejść do teatru Apollo Victoria.
Próbowałam stworzyć kiedyś listę moich ulubionych musicali i poległam. Nie udało mi się to nawet wtedy, gdy postanowiłam nie uwzględniać bolly. Jak mam bowiem zdecydować, czy wolę histeryczny, absurdalny "Spamalot" czy jednak patetyczne "Les Mis"? A co z "Cats", które jako takie jest mi właściwie obojętne, choć uwielbiam książkowy pierwowzór, a "Rum Tum Tuggera" mogę słuchać w kółko? Jeszcze większy problem miałam z "West Side Story" - na filmie usypiam, a wersję w Teatrze Rozrywki wielbię. Ostatecznie porzuciłam więc zamysł, a opowiadam o nim tylko z tego powodu, że miejsce pierwsze na potencjalnej liście nigdy się nie zmienia. 

Okupuje je bowiem od dnia premiery "Wicked", musical, który po prostu nie mógł mi się spodobać. Oparty na kontrowersyjnej powieści Gregory'ego Maguire'a pod tym samym tytułem, opowiada historię znaną z "Czarnoksiężnika z krainy Oz" L. Franka Bauma z punktu widzenia Wicked Witch of the West oraz dobrej Glindy - czyli intertekstualność podniesiona do potęgi. Dodajmy do tego rewelacyjną muzykę, dużo humoru dla zrównoważenia poważnych, politycznych tematów, niejednoznaczne postacie, obsadę pełną gwiazd (Menzel, Chenoweth i Grey), a otrzymamy hit Broadwayu, który w 2006 zawędrował na West End. Rozważałam wtedy wyjazd do Londynu, zwłaszcza że Menzel, którą wielbię, postanowiła wrócić do roli Elphaby, ale bilety wykupiono na pniu.

Kiedy więc zaczęłam się zastanawiać, jak chcę spędzić urodziny, przyszły mi do głowy dwa pomysły (uwielbiam Pragę jesienią, OK?) i w efekcie udało mi się spełnić wieloletnie marzenie: zobaczyłam "Wicked" na żywo.

Co spowodowało u mnie depresję.

Od tygodnia marzę tylko o tym, by wrócić do Londynu, a w głowie bezustannie słyszę piosenki (na zmianę "No Good Deed" oraz "Wizard and I"). W dodatku obawiam się, że moja noga już nigdy nie postanie w warszawskiej Romie, chorzowskim Teatrze Rozrywki oraz Gliwickim Teatrze Muzycznym, bo przedstawienie w Apollo Victoria pokazało mi dobitnie, co znaczy zrobić porządnie musical (mogę się za to skusić na wyprawę do Gdyni, bo podobno w "Shreku" jest nawiązanie do "Wicked"...), w którym każda chórzystka mogłaby spokojnie zagrać dowolną główną rolę w Polsce i nawet się przy tym nie spocić. Poza tym jakość dźwięku jest prawie tak dobra jak podczas nagrań w studiu.

Zdjęcie kurtyny i dekoracji - smoka nie ma, bo wisiał nam nad głowami.
Ale znowu mnie poniosło. Wróćmy więc kilka miesięcy wstecz, gdy dostępne były jeszcze bilety w trzecim rzędzie, na które żarłocznie się rzuciłam mimo ich zaporowej ceny - raz się żyje, nieprawdaż? Potem zaczęło się planowanie, jak dostać się do Londynu, gdzie się zatrzymać, co jeszcze zobaczyć, ale w końcu, w sobotę 8 października 2011, przekroczyłam próg teatru Apollo Victoria prawie mdlejąc przy tym z emocji - inna sprawa, że jest to jeden z bardziej ciekawych architektonicznie budynków teatralnych w mieście, z przepięknymi dekoracjami w stylu art deco i imponującym foyer stylizowanym na podwodną grotę dla syren. I mnie zatchnęło - tłumy ludzi, ogromna widownia (której zobaczyłam tylko połowę) i ten niesamowity, niepodrabialny klimat oczekiwania na magiczne przedstawienie. Ściskając w ręku program aż drżałam z niecierpliwości, nie mogąc się doczekać, aż podniesie się kutyna z mapą krainy Oz, a smoczy zegar zabije oznajmiając śmierć Wicked Witch of the West.

No cóż, smoczego zegara się nie doczekałam - jest to jedna ze zmian w stosunku do oryginalnej wersji broadwayowskiej, ale i tak było imponująco. Gdybym mogła, założyłabym muzeum poświęcone tylko i wyłącznie kostiumom i dekoracjom z "Wicked" - albo przynajmniej uczyniła je tematem instalacji w Victoria&Albert Museum (wcześniej obejrzałam sobie taką poświęconą kostiumom do "Króla lwa"). Glinda opadająca w mydlanej bańce prawie oślepiała odbijającymi światło kryształkami na swej błękitnej sukni. Grająca ją Louise Dearman była zresztą najmocniejszym punktem obsady - "Popular" w jej wykonaniu śmieszy do łez; do Rachel Tucker (Elphaba) przekonałam się dopiero po kończącym pierwszy akt "Defying Gravity", w którym dopiero pokazała pełnię swoich możliwości wokalnych, w związku z czym pisząc ten post nadrabiam zaległości musicalowe i oglądam wszystkie jej występy w "I'd Do Anything". Męska część obsady mdła - ale to bardzo feministyczna sztuka i mężczyznom trudno się w niej wykazać wokalnie i aktorsko - i tylko jędrne pośladki Fiyero zasługują na wspomnienie, a Madame Morrible trochę fałszuje, ale za to ma najlepsze kostiumy.

Drugi akt jak zwykle słabszy, ponieważ upchnięto w nim masę akcji, choć dopiero w nim widać pełnię nawiązań intertekstualnych: wyjaśnione zostaje, skąd wzięli się Blaszany Drwal, Strach na Wróble oraz Tchórzliwy Lew, pojawia się Dorotka (dokładnie trzy razy, choć ani razu jej nie widzimy na scenie), jest całkiem rozsądne wyjaśnienie zmieniającego się koloru trzewików Wicked Witch of  the East (w książce Bauma są srebrne, a w filmie z 1939 już rubinowe, i taki kolor mają też w polskim tłumaczeniu), oraz genialna kwestia "What kind of person steals dead woman's shoes?". Potem coś w rodzaju happy endu, ale bardzo gorzkiego w wymowie, gdzie władze w Oz przejmuje Glinda, która może i ma serce w odpowiednim miejscu, ale rozumem przypomina raczej Kubusia Puchatka.

Prawie trzy godziny minęły jak z bicza strzelił. Z teatru wyszliśmy otumanieni, z mocnym postanowieniem powrotu: może na wiosnę, może w maju, może w 2014 przy okazji Worldconu, ale na pewno tam wrócimy.

Wicked (2006)
Reżyser: Joe Mantello
Scenariusz: Stephen Schartz i Winnie Holzman
Gwiazdy: Rachel Tucker, Louise Dearman
Więcej informacji: Wikipedia

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.