Jane E.

by 24.10.11 12 komentarze
Na film poszłam z uwagi na Fassbendera w roli pana Rochestera, niestety nie zachwycił mnie tak jak się spodziewałam (a może to ja miałam za wysokie oczekiwania wobec niego?). Za to Wasikowska genialna, jednocześnie eterycznie elfia, jakby nie z tego świata (z jakiegoś powodu przypomniały mi się "Damy z Grace Adieu" Susanny Clarke), a jednocześnie wyprzedzająca swoje czasy (scena, w której tłumaczy St. Johnowi, dlaczego za niego nie wyjdzie - bezcenna!) - podobnie zresztą pan Rochester, bardzo współczesny. A gdy na jej twarzy zagościł pół-uśmiech - tak oszczędny gest, a tak wiele przekazujący. To jest bohaterka, którą chciała zagrać Abbie Cornish w "Bright Star", to jest film, któremu udało się to wszystko, w czym "Jaśniejsza od gwiazd" zawiodła.

Cieszę się, że zobaczyłam ten film, bo choć opowiada on dokładnie tę samą historię, co książkowy oryginał, kładzie nacisk na inne rzeczy. I tak np. w książce pan Rochester jest przede wszystkim człowiekiem nadgniłym moralnie oraz bucem, pochłoniętym pasją, nieco mrocznym i nie zważającym na zasady rządzące społeczeństwem. Z tego wszystkiego Fassbender zachował tylko ostatnią cechę, dodał natomiast sporo wyrachowania. Według mnie manipulował młodziutką, przez nikogo nie kochaną Jane Eyre i trudno mi było uwierzyć w szczerość jego uczuć. Może było w tym trochę oczarowania, lekko podbarwionej erotyzmem fascynacji (może więcej erotyzmu uwiarygodniłoby ich relacje?), ale wielkiej miłości z jego strony na ekranie nie widziałam. Może to dlatego, że nie jest to film o miłości, a przede wszystkim nie o niej - raczej o znajdowaniu swojego miejsca na ziemi. Porównałabym go raczej z "An Education" z Carey Mulligan, który to film zresztą gorąco polecam.

Jane też wydaje się być inna niż w książce, która zdaje się sugerować, że jest w niej pewna doza "wickedness", że pani Reed ma częściowo rację, gdy opisuje jej charakter. Tu, jak już zwróciła na to uwagę Cydowa, bezczelności brak. Za to bardzo ładnie rekompensuje to Wasikowska skromnością oraz genialnymi scenami, w których wygląda jak elfie dziecię, a jednocześnie wypowiada kwestie ociekające pragmatyzmem - zwłaszcza gdy jeszcze nie została wciągnięta w sieć kłamstw snutą przez pana Rochestera. Jednocześnie jest w niej jakiś ledwo wyczuwalny maniakalizm, jakby chciała wszystkim pokazać, ile naprawdę jest warta.

Bardzo podobała mi się również Judi Dench jaki pani Fairfax, ale to już jest klasa sama w sobie.

Czego mi brakowało? Osobiście nie dopatrzyłam się gotyckości, którą zaobserwowała Cyda, ale też reprezentujemy zdecydowanie inny typ wrażliwości. Brakowało mi pokazania pani Rochester jako czegoś innego niż narzędzia do posuwania fabuły naprzód - może jest to kwestia feministycznych zajęć na studiach o "mad woman in the attic", może wpływ ma na to lektura "Wide Sargasso Sea" Jean Rhys? Rozumiem sens skupienia się na głównym wątku i poprowadzenie fabuły z punktu widzenia Jane, ale. No właśnie, ale.

Braki te są rekompensowane przez wspaniałe zdjęcia - Adriano Goldman jest moim nowym idolem, podobnie zresztą reżyser, Cary Fukunaga - to są wrzosowiska, na których dorastały siostry Brontë, a parafia St. Johna to przecież parafia w Haworth jako żywo - może nie z wyglądu, ale z klimatu zdecydowanie!

Film postawię na półce zaraz obok "Rozważnej i romantycznej" Anga Lee oraz "Tajemniczego ogrodu" Agnieszki Holland. Kupię też sobie egzemplarz książki, bo dopiero film pozwolił mi w pełni docenić opowiedzianą przez Charlotte Brontë historię. A w ramach lektury uzupełniającej postaram się obejrzeć tę adaptację, gdzie pana Rochestera gra Toby Stephens.

P.S. Nie przejmujcie się Wyspiańskim w ostatniej scenie...

Jane Eyre (2011)
Reżyser: Cary Fukunaga
Scenariusz: Charlotte Brontë, Moira Buffini
Gwiazdy: Mia Wasikowska, Michael Fassbender
Więcej informacji: IMDB
Trailer: 1

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.