Aramis z korbką. Plus sterowce.

by 2.11.11 10 komentarze

Na ekranizacje różnego rodzaju klasyki, a już zwłaszcza powieści, w których zakochałam się w dzieciństwie (chciałam zostać jednocześnie muszkieterem, Winnetou i Old Shatterhandem, go me!) zawsze czekam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony cieszę się na znane wątki i postacie, a z drugiej wiem, że inni czytając dokładnie te same strony potrafią zobaczyć coś absolutnie odmiennego.
Podobną niepewność czułam czekając na „Trzech Muszkieterów”, chociaż obecne w zwiastunie sterowce przekonały mnie, że film może się mimo wszystko okazać bardzo przyjemny. Wyjaśniam od razu, że przy ekranizacjach największy problem mam z takimi, które nie są ani jakoś szczególnie wierne, ani jakoś szczególnie nowatorskie, bo przy opowiadaniu znanych historii jeszcze raz najlepiej jak dla mnie, sprawdzają się opcje ekstremalne - albo bardzo wierne, albo bardzo nowatorskie. W przypadku „Muszkieterów” miały być sterowce, karabin armatkomaszynowy, latająca Milady, ale przede wszystkim sterowce, oczekiwałam więc zupełnie nowej interpretacji tej wspaniałej historii o świetnie ubranych Panach ze szpadami.


Mimo, że wielkie okręty jak najbardziej na ekranie się pojawiły, sam film okazał się niestety dużo bardziej wierny oryginalnej historii niż się spodziewałam. Główną różnicą pod względem fabularnym (poza sterowcami, miotaczem ognia na rzeczonych sterowcach i osobliwym wykorzystaniem koła oraz armatek) jest rola i zachowanie księcia Buckingham (teoretycznie powinien być chyba diukiem?), którego zagrał absolutnie niesamowity (nie myślałam, że kiedyś to powiem, bo na wszystkie jego dotychczasowe role patrzę z niechęcią albo przynajmniej drobną irytacją) Orlando Bloom. W wersji evil ze szpiczastą bródką absolutnie wymiata pod każdym względem (naprawdę nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę), zupełnie nie dając szans wyblakłej i pozbawionej wyrazu Milady (Milla Jovovich).

Fabuła żeruje na książkowej, ale w wielu momentach wprowadza uproszczenia, uciekając zwłaszcza od bardziej złożonych i niemiłych elementów oryginalnej intrygi. Mamy młodego Gaskończyka, który obraża każdego, kogo się da, szpanuje łaciatym koniem w futrzanych ocieplaczach na kopytka, próbuje dać się zabić ludziom kardynała i nawiązuje prawdziwą przyjaźń poprzez wspólne z trzema muszkieterami mordobicie rzeczonych żołdaków. Do tego momentu całość jest względnie wierna… Należy tu podkreślić względnie, ponieważ Aramis rozdaje mandaty za niewłaściwe parkowanie konia. Ta… Z nurkiem superszpiegiem Atosem jestem w stanie bez problemu się pogodzić, bo takich dodatków oczekiwałam idąc na ten film, ale odebranie większości klasy trzem muszkieterom jest elementem nad wyraz smutnym.

Podobnie wspomniane wcześniej różnice w pozycji społecznej, które zanikają, gdyż król Ludwik, poza tym, że jest cudownie śliczny, jest też absolutnie zakochany, aczkolwiek nie wiadomo czy bardziej w garderobie Buckinghama, czy królowej Annie. Inne różnice, pozory dobrych manier i tego typu elementy, również są po amerykańsku bezpośrednie. Widać, że wraz z dodaniem sterowców postanowiono usunąć też większość klimatu epoki, pozostawiając głównie stroje, przy czym większość męskich znacząco uproszczono, dbając jednak o stworzenie bardzo klimatycznej panoramy Paryża (pamiętajcie, sterowce parkujemy na katedrze). Elementy historyczne są tu zdecydowanie sztafażem, ważniejsze są postacie, które mają spodobać się widzom (do czego dążono m.in. poprzez ich uproszczenie, wiadomo – widz idiota nie może polubić zbyt skomplikowanej postaci).
Wynikające ze scenariusza spłycenie postaci nie jest jednak wadą, gdyż do większości ważniejszych ról zatrudniono naprawdę świetnych aktorów, którzy doświadczenie mają różne, ale praktycznie wszyscy (poza Millą Jovovich) bardzo dobrze się sprawdzili. Jest dużo znanych twarzy, ale nawet mniej znani aktorzy mają za sobą dosyć wyraziste role: Konstancja wampirzyła w doktorowym odcinku o wampirach w Wenecji, król Ludwik i królowa Anna (Juno Temple) grali wcześniej razem w „St Trinians: The Legend of Fritton's Gold”, a D`Artagnan to filmowy Percy Jackson. Ponownie chcę podkreślić, że Ludwiś jest nie dość, że śliczniutki to jeszcze uroczy.

Aren't we pweety?
Najciekawsze są jednak postacie grane przez doświadczonych aktorów. „Inglorious Basterds” kazało mi po Christophie Waltzu oczekiwać klasy w roli złoczyńcy i jako Richelieu mnie nie zawiódł. Poza mdłą grą to właśnie zestawienie Richelieu i Buckinghama mocno przyczyniło się do tego, że Milady zamiast zachwycać i przerażać tylko smętnie lata sobie gdzieś w tle w nieodpowiedniej bieliźnie. Szaleje też Matthew Macfadyen w roli Atosa zaskakując (przynajmniej mnie) tym, jak bardzo różne postacie potrafi zagrać (np. porównując w stosunku do jego roli w „Zgonie na pogrzebie”). Portosem jest Titus Pullo, a tak naprawdę Ray Stevenson, który tworzy postać naprawdę sympatyczną. A poza tym to Titus Pullo. Ze znanych twarzy jeszcze Mads Mikkelsen jako Rochefort i Til Schweiger grający włoskiego dyplomatę (rola malutka, zupełnie odmienna od tej z „Basterds”, a mimo wszystko cudowna).

I to właśnie świetni aktorzy (może poza takim sobie D`Artagnanem) są przyczyną, dla której warto się na ten przygodowy film wybrać. Nie ma tu tak świetnej rozrywki jak w „Piratach z Karaibów”, czy „Mumii”, ale akcja płynie wartko, a pojedynki i pościgi są dosyć widowiskowe – zarówno te tradycyjnie (szable i ludzie kardynała), jak i steampunkowe (kostium prawie identyczny z tym, którego Athos używa do nurkowania widziałam kiedyś na zdjęciach z jakiegoś Comiconu), z wykorzystaniem armatek, koła i Aramisa z korbką (bez względu na to, w jakim kontekście by się nie pojawił, Aramis z korbką już zawsze będzie dla mnie atrakcyjną perspektywą).

W oglądaniu zamiast pomagać przeszkadza muzyka, bo bardzo wyraźnie słychać momenty, w których jej autor otrzymał polecenie wzorowania się na filmowym „Sherlocku Holmesie” z 2009 roku i „Piratach”. W powyższych filmach te motywy i nuty melodyczne witam z radością, ale w „Trzech muszkieterach” wolałabym nie zaczynać się nagle podświadomie zastanawiać, kiedy pojedynek D`Artagnana z Rochefortem przerwie Jack Sparrow.


Tym nie mniej film polecam jako umiarkowanie rozrywkowy z prawdziwymi perełkami w postaci wcześniej wymienionych postaci – każda jest charakterystyczna, świetnie zagrana i nader zajmująca. Dodatkowo zastanawiam się, czy Buckingham wspominający o Athosie żegnającym się z nim na klęczkach chciał zasugerować to, co wydawało mi się, że sugerował (podejrzewam jednak, że to tylko skrzywienie mojego umysłu, bo oglądająca film razem ze mną Beryl nie miała takich skojarzeń… oczywiście do czasu), gdyż ich ostatnie spotkanie jest jedną z pierwszych scen w filmie i klęczenia się tam zbytnio nie dopatrzyłam (a słanianie się już owszem).


The Three Musketeers (2011)
Reżyser: Paul W.S. Anderson
Scenariusz: Alex Litvak, Andrew Davies
Gwiazdy: Matthew Macfadyen, Ray Stevenson, Til Schweiger, Orlando Bloom, Christoph Waltz, Juno Temple 
Więcej informacji: IMDB

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.