Czesław śpiewa cyberpunk, czyli szarlotka z rana mdli

by 28.11.11 4 komentarze
Wpisy rozgrzebane (brak weny i czasu) leżą odłogiem, a ja buszując po blogach wnętrzarskich zafundowałam sobie zupełnym przypadkiem taki trip down the memory lane, że mucha nie siada! W dodatku nic nie wskazywało na to, że tak się stanie, bo wyszłam od tego, znalezionego na jakimś przypadkowym adresie blogspotowym, teledysku:


a dotarłam do czegoś, co znam i lubię, ale do czego nie wracałam od prawie dekady. Może jednak po kolei.

Gabę Kulkę lubię od czasu, gdy wzięła na tapetę Iron Maiden - wcześniejsza jej twórczość jako solistki, zwłaszcza ta o gołębiach, raczej mnie nie pociągała. Czesław Mozil jest zaś fenomenem, który świadomie pominęłam. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że razem zrobili coś, czego nie tylko da się słuchać, ale też słucha się z przyjemnością; pobrzmiewają w tej piosence nuty z Gogola Bordello, ale takie złagodzone w szaleństwie, trochę poezji śpiewanej inspirowanej Kasią Groniec z jej najlepszych lat, trochę z klimatu pieśni śpiewanych na górskich szlakach (wiecie, Stare Dobre Małżeństwo i te sprawy), ogólny efekt fantastyczny.

A potem wyczytałam w komentarzach, że jest to cover starej piosenki Bajmu. Z Bajmu to ja słaba jestem, od razu się przyznaję, znam oczywiście "Białą armię", bo kto nie zna, ale w ejtisach słuchałam tego, co rodzice puszczali, czyli Izabeli Trojanowskiej i starej Budki Suflera. Na szczęście od czego jest serwis youtube.com, zaraz wyszukałam sobie oryginał i szczęka mi opadła.



Pierwszy szok to wygląd Beaty Kozidrak: jest brunetką! I nawet nieźle wygląda w tej ejtisowej trwałej a'la stóg siana i tym stroju, jakby żywcem wyciętym z opowiadania Harlana Ellisona "I Have No Mouth and I Must Scream", którego szczerze nie znoszę i nie pojmuję, dlaczego zostało nagrodzone Hugo w 1968 roku. Poza tym oryginał jest całkiem różny od coveru, taki rockowo-drapieżny, nadaje słowom inne znaczenie, bardziej religijne niż sowizdrzalskie, i ten ejtisowy beat z prosto syntetyzatora, który nasuwa kolejne skojarzenia, tym razem z "Mad Maxem". Chyba muszę się bliżej zapoznać ze starą twórczością Bajmu, jeśli tworzyli takie rzeczy.

Przy kolejnym przesłuchaniu (lubię muzykę z lat 80-tych, więc mogę jej słuchać właściwie w kółko) i bliższym przyjrzeniu się makijażowi Kozidrak przypomniało mi się jeszcze coś, czego słuchałam w kółko w 1999, czyli OST do ośmioodcinkowej serii OAV "Bubblegum Crisis", która opowiada historię grupy najemniczek w pancerzach wspomaganych, które polują na zbuntowane androidy.



Jeśli wam z kolei, drodzy czytelnicy, nasunęło się skojarzenie "Blade Runnerem" (choć anime bardziej przypomina w klimacie film niż książkę), to gratuluję spostrzegawczości; "BGC" faktycznie ściągał z Dicka ile się dało: główna bohaterka ma na imię Priss i gra w zespole Priss and the Replicants, istnieją też uzasadnione podejrzenia (niestety rozwiane w sequelu), że jedna z najemniczek nie do końca jest człowiekiem (vide nigdy niezakończona dyskusja między fanami o tym, czy Decker przypadkiem nie jest replikantem).

Odświeżając sobie soundtrack, dotarłam do informacji, że na 2012 zaplanowana jest wersja live action "Bubblegum Crisis" - byłoby miło, gdyby faktycznie ta produkcja doszła do skutku. Hollywood zdało sobie już jakiś czas temu sprawę, że fabuły z Japonii warte są bliższego zainteresowania, wystarczy spojrzeć na filmy, które aktualnie są w produkcji: "Akira", gdzie ostatnio w obsadzie Gary Oldman został zastąpiony przez Kena Watanabe, czy ekranizację mojej ukochanej mangi, czyli "Battle Angel Alita", choć James Cameron odsuwa ją znowu w czasie, tym razem aż do 2016. A "BGC" właściwie zupełnie się nie zestarzało...

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.