Downton Abbey, sezon drugi...

by 12.11.11 14 komentarze
... zakończył się w zeszłą niedzielę, ale ja jak zwykle jestem spóźniona; zwierz już dawno opisała swoje odczucia, a ja ciągle szukałam czasu na napisanie notki. Uważam jednak, że dobrze się stało - w ciągu tygodnia moja euforia nieco opadła i zaczęłam dostrzegać wady, którym zdecydowanie nie widziałam, gdy z utęsknieniem oczekiwałam na kolejne odcinki tego jakże krótkiego serialu (zaczął się we wrześniu, zakończył na początku listopada...). Postaram się streścić kilka swoich przemyśleń na temat drugiego sezonu, w formie dwóch list: wątków na plus i na minus.


SPOILERS SPOILERS SPOILERS SPOILERS SPOILERS

NA PLUS:

+ wreszcie rozumiem, czemu wszyscy, od początku pierwszego sezonu, są poirytowani zachowaniem Isobel - zabieranie czyjegoś domu na potrzeby dobroczynne jest zdecydowanie przegięciem. Jednym z najzabawniejszych momentów sezonu drugiego była unia pomiędzy Violet i Corą, by znaleźć kuzynce inne hobby, a rozmowa, w której Lady Dowager podsuwała Isobel coraz to nowe pomysły - bezcenna!


+ trochę mi żal Williama (wiem, że ktoś musiał umrzeć, bo inaczej wojna by była mało realistycznie przedstawiona, i w gruncie rzeczy lepiej on niż mój ulubieniec Thomas, ale ciągle jakoś żal), ale storyline Daisy był dzięki temu świetny (jestem całym sercem po jej stronie, reszta służby ją po prostu zmusiła do tego zakłamanego małżeństwa) - szkoda tylko, że jej Thomas jest z głowy wyparował, przecież cały sezon pierwszy za nim biegała;

+ kolejny rewelacyjny storyline to ten O'Brien, dręczonej wyrzutami sumienia - mimo to nawet umierającej Corze nie zdołała przyznać się do winy. Trochę przez to złagodniała, ale potem w odpowiednim momencie napisała liścik do Very, więc nadal ma swoje za pazurami;

Moi ulubieńcy, przerwa na dymka.
+ Thomas, the evil footman, który chce po prostu przestać być służącym; wojna go ocuciła, już nawet nie ma ochoty wszczynać konfliktów z Batesem. Miał też dwie najlepsze sceny w serii drugiej, w spiżarni po samobójstwie ślepego oficera, oraz gdy odkrył, że został oszukany na racjach żywnościowych - pięknie pokazane przejście z arogancji do rozpaczy;

+ biedny pan Moseley, który już prawie został lokajem lorda Granthama, a potem zawalił sprawę upijając się do obiadu;

+ pięknie zagrana Vera Bates - postać nieco pretekstowa, ale Mary Doyle Kennedy wyciągnęła z niej wszystko, co się dało i bardzo łatwo pierwszą żonę pana Batesa znienawidzić;

+ fajny wątek Ethel, bardzo realistyczny, takich kobiet było w tym czasie zdecydowanie więcej. Jej "teściowie" to piękny portret epoki, wyglądająca na słabą żona, która w miarę upływu czasu potrafi krewkiego, twardogłowego męża przekonać do wszystkiego;

+ ładny motyw ze zmianami stylu życia po wojnie, a.k.a. rozpadający się patriarchat Roberta. Jedna córka planuje ślub i zakup pobliskiego majątku, dwie pozostałe zdobywają kwalifikacje do pracy i poszukują swojego miejsca w życiu, Cora, która angażuje się w mnóstwo rzeczy i Robert, który może czuć się "porzucony" - rozumiem chęć romansu, ale nie z pokojówką, wolałabym, by został wprowadzony do fabuły jakiś sąsiad z ponętną żoną;

+ cudowna scena, gdy Jane się zwalnia, a Robert jej nie powstrzymuje, ba, ma nawet wypisany czek, bo oboje wiedzą, że po chorobie Cory on nie może do niej nie wrócić, byłoby to wbrew jego naturze - jak nie przepadam za Robertem i przez większość drugiego sezonu krzyczałam na niego, gdy robił głupoty na ekranie, tak tą jedną sceną odrobił wszystkie stracone punkty;

+ "angielskość" uczuć: wyrachowana Mary, Anna ciągle zwracająca się do ukochanego per "panie Bates", Sybil, która chyba nie kocha Bransona, ale mimo to chce za niego wyjść, czy Lavinia, która mimo złamanego serca spokojnie wytłumaczyła Matthew, dlaczego nie mogą być razem - żadnej histerii, "keep calm and carry on".


NA MINUS:

- wątek romansu lorda Granthama i pokojówki Jane: o czym oni rozmawiają? Jak już pisałam wyżej, trochę zainteresowania i empatia nie czynią wiarygodnego romansu - zwłaszcza, że ten nie został skonsumowany, więc musiało to być przyciąganie "dusz". Ale ja go po prostu nie pojmuję i w związku z tym cały wątek oceniam na duży minus. Można było coś innego dla Roberta w tym sezonie wymyślić;

- śmierć Lavinii, deathbed scene jak z romansu autorstwa Rodziewiczówny, usunięto przeszkodę, ale nie zapominajmy, że sir Richard nadal może pogrążyć Mary. Naprawdę, Lavinia mogła być nieco niewiarygodna (jak święta Anna) w swej dobroci, ale to było przegięcie. Takoż reakcja Matthew, który okazał się być nieco histeryczny;

- za mało sprzeczek pomiędzy Isobel i Violet - nigdy za dużo sprzeczek między tymi dwoma paniami, przecież to one "robiły" prawie cały komizm w pierwszym sezonie swoimi ciągłymi utarczkami;

- inwalidztwo Matthew - od razu było wiadomo, że zacznie chodzić, dostaliśmy kilka płaczliwych scen, zerwanie z Lavinią, a w końcu wróciliśmy do punktu wyjścia, bo narzeczona się potknęła i upuściła tacę. Poza tym doktor Clarkson wydaje się być konowałem;

- Sybil zbyt długo decydująca się na ucieczkę z Bransonem, miałam aż na nią ochotę krzyczeć, żeby przestała go zwodzić. Poza tym była to najmniej romantyczna ucieczka w celu zawarcia związku małżeńskiego wbrew woli rodziców panny młodej ever. Czy tylko ja mam wrażenie, że Sybil Bransona nie kocha? Zobaczymy w trzecim sezonie, jak im się będzie układać życie w Dublinie, zwłaszcza, że niedługo nadejdzie rok 1922;

- trudno patrzeć na wątek romansu Anny i pana Batesa, ona jest święta, że tak długo na niego czekała, poza tym oboje są tak honorowi i idealni, że powinno ich się trzymać pod szkłem w Sevres jako wzory cnotliwości. Dobrze, że przynajmniej na końcu zmusiła go do ślubu;

- ogólny ton serialu zmienił się na bardziej poważny i melodramatyczny, pewnie ma to związek z wojną, ale troszkę mi brak tego szaleństwa w stylu niespodziewanej śmierci tureckiego arystokraty (bo ja w tym momencie wiedziałam, że to będzie mój nowy ulubiony serial). Zwłaszcza wkurza mnie Mary z tym swoim cierpieniem - sama sobie tak pościeliła;

- wszystkie wątki Edith, jednej z moich ulubionych postaci. Wydaje się, że Fellowes miał na nią pomysł tylko jako antagonistkę Mary, a gdy siostry zawarły coś w rodzaju rozejmu w drugim sezonie, środkowa siostra dostaje ochłapy. Srsly, wątek romansu z farmerem, któremu prowadziła ciągnik, był już dostatecznie zły, ale wątek z "powrotem Patricka" był jeszcze gorszy. Dziewczyna zasłużyła sobie na jakiegoś porządnego storyline'a.

Fuck my life...
- Lang kto? Ha, pewnie już nie pamiętacie, kto to był. Bardzo ładnie zagrana i całkowicie zbędna rola lokaja zastępującego pana Batesa, wprowadzona chyba tylko po to, by pokazać ludzką twarz O'Brien.
Bonus: 
  • Wszyscy czekamy na Christmas Special, już niedługo, coraz bliżej, już za chwilę.
  • Wycięte sceny, polecam zwłaszcza tę z Lavinią, Mary i Edith (zaczyna się od 9:33).

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.