"Przebudzenie wiosny", czyli niespodzianka sezonu

by 7.11.11 3 komentarze

Na spektakl poszłam, by nie czuć potrzeby pójścia na niego za każdym razem, gdy zobaczę go na afiszu (tak samo pójdę na "Hello, Dolly!", bo aż wstyd tego nie znać) - "Przebudzenie wiosny" nigdy bowiem nie należało do moich ulubionych musicali; libretto znałam w wykonaniu Original Broadway Cast (które zawierało trójkę aktorów z "Glee" - Leę Michele, Jonathana Groffa oraz niewymienianą w obsadzie, acz wyraźnie słyszalną Jennę Ushkowitz) i nie jestem nim zachwycona, by nazwać moje odczucia łagodnie. Nie jestem w stanie pojąć, jak ten musical okazał się takim sukcesem. Historia jest anachroniczna: oto grupa nastoletnich Niemców (pytanie: "Dlaczego Niemców?" męczyło mnie dosyć długo, zanim nie odkryłam, że musical został oparty na XIX-wiecznej sztuce teatralnej autorstwa Frank Wedekinda) żyjących pod koniec XIX wieku staje się obiektem wielu nieszczęść związanych z budzącą się seksualnością, zimnym chowem oraz całkowitym niezrozumieniem ze strony dorosłych. Prowadzi to do sytuacji rodem z telenoweli: mamy przemoc fizyczną, wykorzystywanie seksualne dzieci, niechcianą ciążę, ucieczki z domu, rozwiązłość, homoseksualizm, prostytucję, kazirodztwo, samobójstwo, a wszystko to upchnięte w dwugodzinną sztukę. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, czas akcji to faktycznie druga połowa wieku XIX, ale już w piosenkach często znajdujemy całkiem nowoczesne odniesienia, np. w "My Junk" bohaterowie śpiewają, jak to zamykają się swoich pokojach i włączają muzykę na cały regulator. Wisienkę na torcie mojej niechęci stanowią kostiumy dziewcząt, które wyglądają jak koszule nocne oraz fryzury chłopców, o których trudno coś napisać - to trzeba po prostu zobaczyć. Nie zapominajmy też o tym, że większość utworów wpada jednym uchem, a wypada drugim; chwalebne wyjątki to oczywiście mocne "The Bitch of Living" oraz rewelacyjne "And Then There Were None", śpiewane przez mojego ulubionego bohatera, czyli Moritza (specjalnie dla fanów "Misfitsów" wybrałam wersję z Iwanem Rheonem :D). Trudno więc jest polubić taki misz-masz - ja osobiście nawet nie próbowałam.

Polska premiera miała miejsce w chorzowskim Teatrze Rozrywki w kwietniu tego roku. Opinie zbierała różne - te złe wskazywały na to, co sama wcześniej zauważyłam: spektakl jest długi, nudny, a dawniej kontrowersyjne tematy teraz są już codziennością. Poza tym mimo rockowego feelu nie jest to tak naprawdę sztuka dla młodzieży, a dla ludzi dorosłych. Do teatru dotarłam więc z negatywnym nastawieniem, a z podsłuchanych w czasie w trakcie antraktu rozmów wynika, że nie byłam w tym odosobniona.

Wyobraźcie sobie więc moje zdumienie, gdy dostałam niezły musical. Trzeba oczywiście wziąć pod uwagę miałkość oryginału, ale zmuszona jestem przyznać, że Teatr Rozrywki wyciągnął z niego wszystko, co się dało. Duża w tym zasługa "młodocianej" części obsady, która ma świetne głosy, choć brakuje jej jeszcze nieco aktorskiej ogłady; przy czym grupa chłopców jest zdecydowanie lepsza niż dziewczęta (zwłaszcza nadekspresja Magdaleny Kucharskiej irytowała mnie od pierwszych scen spektaklu), ale żadne z nich nie dorasta do pięt "dorosłym". Inna sprawa, że grali "przeciwko" creme de la creme Rozrywki; wszystkie role odtworzyli brawurowo Maria Meyer, Marta Tadla, Jacenty Jędrusik oraz Andrzej Kowalczyk (przez tego ostatniego zatęskniłam za "Snem Piłata"), o czym więcej w dalszej części tekstu.

Spektakl był multimedialny, w stopniu zdecydowanie większym niż np. "RENT". Na/za/nad sceną znajdowały się trzy ekrany, na których wyświetlano albo treści pamiętnika głównego bohatera, albo wymieniane listy lub po prostu nagrane scenki: kapiące się nagie dziewczęta, Tadlę usiłującą epatować seksapilem lub Jędrusika próbującego być sexually menacing. Zabieg ciekawy pod tym względem, że w pewnym sensie wspomagał bardzo współczesne teksty piosenek, ale ogólnie rzecz biorąc mam wrażenie, że nie do końca wykorzystany. Podobnie mam zresztą z nadbudowaną nad pierwszymi rzędami, przez co ogromną sceną - widziałam to już w "West Side Story", ale tam choreografia powala na kolana, zwłaszcza w porywającej "America" i tak wielka scena jest po prostu niezbędna - w "Przebudzeniu wiosny" przez większość czasu jest pusta. Reżyser chyba sam to zauważył, bo bardzo często w tle plączą się w dziwacznym tańcu inne postaci. Miało być w zamyśle artystycznie, jest chaotycznie - poza tym powinni zwolnić choreografa (co się stało ze znakomitą w swoim fachu Katarzyną Aleksander-Kmieć?) - taniec autentycznie boli i strasznie się na niego patrzy.

Polskie teksty piosenek były słabe - zwykle oceniam je jako słabe, gdy znam oryginał - ale akurat w tym konkretnym wypadku nie była to wina tłumacza, tylko bzdurnych tekstów w oryginale. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni mi, co oznacza finałowe "fioletowe lato" - to znaczy rozumiem porę roku, nie rozumiem koloru - a takich "kwiatków" jest niestety więcej. Zdecydowanie lepiej wypadła warstwa dialogowa, choć wolałabym, by tłumacz podkręcił skrypt w większej ilości miejsc; wyłapałam jedną zmianę, Ernst i Hanschen zamiast czytać o Achillesie i Patroklesie postanowili się w nich pobawić. Wiem, że Rozrywka potrafi "zabawić" się z tekstem (pamiętne kwestie Magenty), może przydałoby się to "Przebudzeniu wiosny".


Ale właściwie to wszystkie moje zastrzeżenia, czas na wyjaśnienie, co mi się w "Przebudzeniu wiosny" spodobało.


Po pierwsze, mimo nagromadzenia kontrowersyjnych tematów, jest to musical przede wszystkim o konflikcie pokoleń. A raczej: byłby to zdecydowanie lepszy musical, gdyby większy nacisk położono na konflikt pokoleń, w myśl wiersza Philipa Larkina ("They fuck you up, you mom and dad" - uwielbiam go). Relacje Wendli z matką czy Moritza i Melchiora z ich ojcami aż się proszą o rozwinięcie, może kosztem dołożonego trochę na siłę (w moim odczuciu) i zupełnie niewykorzystanego wątku Ernsta i Hanschena. Łukasz Kos, reżyser, wpadł na genialny pomysł, by wszystkie role zagrała tylko czwórka "dorosłych" aktorów; i tak Meyer gra ich pięć, w tym jedną męską, Tadla cztery, a panowie Jędrusik i Kowalczyk po trzy. Daje to wrażenie zwartego frontu dorosłych przeciwko nastolatkom - zabieg prosty, ciekawy i dający znakomite efekty. Oczywiście pokazuje również dobitnie, co to znaczy być doświadczonym aktorem, który wie, jak "zagarnąć" dla siebie scenę i stworzyć role zapadającą w pamięć; nikt z młodych aktorów nie posiada jeszcze takiego scenicznego magnetyzmu, choć jeden, o czym poniżej, ma na to zadatki.


Po drugie, rewelacyjny Moritz. Jak już wspomniałam, jest to mój ulubiony bohater (czuję słabość do nastoletnich chłopców z daddy issues i samobójczymi myślami od czasów "Stowarzyszenia umarłych poetów") i grający go Kamil Franczak (to jego debiut teatralny) od razu podbił moje serce. Zresztą nie tylko moje - dość powiedzieć, że jedyny moment, w którym publiczności przerwała przedstawienie oklaskami, to właśnie po to, by uhonorować jego brawurowe wykonanie "And Then There Were None". Na jego tle grający Melchiora Marek Molak (podobno grający  pierwszoplanową rolę w "Barwach szczęścia") wypadł nieco blado, choć aktorem jest lepszym - ale nie tak pełnym pasji. Wracając do mojej ulubionej piosenki - tu też reżyser się wykazał, wymyślając taniec z jarzeniówkami (skoro w "Skrzypku na dachu" jest scena tańca z butelkami, tu może być scena tańca z jarzeniówkami :D) w rękach pozostałych chłopców przy prawie całkowicie wyciemnionej scenie na zakończenie cudownie zainscenizowanej akcji czytania listu Fanny Gabor, z przesuwanymi w stronę widowni biureczkami. Gdy teraz o tym piszę, wydaje się to być przekombinowane, ale uwierzcie mi, wokal Franczaka sprawia, że wszystko wydaje się być lepsze niż jest w rzeczywistości. Był to jeden z tych niezapomnianych momentów wzruszenia, które Teatr Rozrywki funduje mi od czasu do czasu (wiecie, tych chwil, gdy człowiek ogląda spokojnie spektakl, a potem dostaje po głowie i sercu tak mocno jednym gestem czy zdaniem, że nie umie się przez chwilę pozbierać i tylko siedzi w bezruchu z mokrymi oczyma i zaciśniętym gardłem, bowiem wie, że ta chwila może się już nigdy nie powtórzyć); należą do nich między innymi "Sen Piłata" z "Jesus Christ Superstar", ostatni wers ostatniej piosenki z "Rocky Horror Show", scena gwałtu na Anicie w "West Side Story" czy śmierć Angela w "RENT", i które sprawiają, że do tego konkretnego teatru ciągle wracam.

(Publiczność natomiast musiała się chwilkę zastanowić, czy chce klaskać po zakończeniu pierwszego aktu (co całkowicie rozumiem, gołe pośladki Molaka - a siedziałam w miejscu, z którego widziałam je bardzo dokładnie - były pewnym szokiem*), na szczęście z pomocą przyszedł im siedzący na widowni dres, który w niezręcznej ciszy, która zapadła, głośno krzyknął: "Dawaj, Melchior!") 

Po trzecie zaś, w pewnym momencie schwytało mnie za serce odniesienie do rzeczywistości pozateatralnej w postaci nawiązania do epidemii samobójstw wśród nastolatków - jedna kwestia, w dodatku wypowiedziana chyba w najbardziej humorystycznej scenie spektaklu, czyli dyskusji nauczycieli nad losem Melchiora - ale jakże ważna. I znów: trochę szkoda, że reżyser nie wyczuł jej ważkości i bez chwili przerwy rozpoczyna się power song, czyli grupowy śpiew o tym, jak wszyscy młodzi ludzie mają "totalnie przejebane" (trudno zresztą inaczej przetłumaczyć "Totally Fucked"...) - i znów kłania się Larkin. Na szczęście jest w programie spektaklu krótki tekst na ten temat, choć w moim odczuciu nie rozwiązuje on sprawy.

Podsumowując: ostatni raz byłam w Teatrze Rozrywki jeszcze w czasie trwającego remontu, mocno obrażona za zaprzestanie wystawiania mojego ulubionego musicalu oraz drastyczną podwyżkę cen biletów, w dodatku trafiłam na jakiś słaby spektakl. Miło było się przekonać, że nadal potrafią zadziwiać. W efekcie postanowiłam odnowić swój z tym teatrem "romans" i w grudniu idę na "Producentów" - a może kiedyś, przy sprzyjającej okazji zobaczę znowu "Przebudzenie wiosny". Bowiem udało się temu przedstawieniu zmienić moje negatywne do niego nastawienie o 180 stopni i właściwie mogę je z czystym sumieniem polecić. Miło było się tak drastycznie rozczarować, choć przyznaję, że największa w tym zasługa Kamila Franczaka - zamierzam zresztą obserwować karierę tego niezwykle utalentowanego młodego człowieka.

*Nie chciałabym wyjść na pruderyjną osobę (bardzo podobała mi się scena w przedstawieniu "Jekyll i Hyde", w której męski balet tańczy w skórzanych majtach, a ja mogę smyrać mojego ulubionego tancerza po łydkach, albo całe, zdjęte niestety z afisza "RHS"), bo nie o to mi chodzi, ale ta nagła golizna psuła wydźwięk spektaklu.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.