Bruno Schulz żyje i pozdrawia z Besławii

by 9.12.11 0 komentarze
Napisałam całkiem niedawno o Chinie Mieville'u następujące zdanie:
Mieville nigdy nie był łatwy do czytania, albo pełen makabry, albo prostacki językowo - osobiście uważam, że jest on pisarzem obdarzonym nieprzeciętną wyobraźnią i niewielkim talentem literackim, rzemieślnikiem, który pisze powieści wypełnione po brzegi oryginalnymi pomysłami w warstwie kreacji światów; światy te niestety są zaludnione przez sztampowych bohaterów, odgrywających swe role w miałkich, pretekstowych fabułach.
Rynek w Drohobyczu
Nadal tak uważam, ale sprawiedliwości musi stać się zadość i w związku z tym powinnam opowiedzieć o książce, w której Mieville błyszczy, choć co poniektórzy zarzucają mu nadal płaskich bohaterów. Rzadko bowiem się zdarza, że autor spoza danego kręgu kulturowego jest w zdanie dostatecznie dobrze opisać obce sobie miejsce tak, by "poczuli" je ludzie w nim mieszkający. Mam na myśli "Miasto i miasto", które uważam za najlepszą książkę Mieville'a, w której autor realizuje karkołomny pomysł dwóch miast istniejących jednocześnie w tym samym czasie i w tej samej przestrzeni: Besźel, które jest na pewno post-socjalistyczne (każdy, kto kiedykolwiek żył w socrealizmie, od razu rozpozna ten klimat), lekko rumuńsko-węgierskie, może bałkańskie; oraz Ul Quoma, miasto może muzułmańskie, tureckie, a może też bałkańskie, jedna z tych po-jugosłowiańskich republik-tyglów? Trudno jednak określić dokładne położenie tych miast na mapie współczesnej Europy. Ważny jest sam fakt ich istnienia, jako metafory wielokulturowości, która co prawda nie powoduje konfliktów zbrojnych, ale jedynie dlatego, że życiem mieszkańców rządzą surowe zasady: mieszkaniec Besźel nie może zauważyć mieszkańca Ul Quomy (i vice versa) - jest to czyn karalny, a winowajcą zajmuje się specjalna komórka tajnych służb. Najtrudniej jest turystom - tubylcy od dzieciństwa ćwiczą (są ćwiczeni?) w umiejętności ignorowania ulic, budynków i osób z "drugiego" miasta. Kontakt jest dozwolony tylko przez dyplomatyczne kanały, z zachowaniem wszelkich wymaganych procedur. W takich warunkach trudno jest prowadzić śledztwo w sprawie morderstwa, o czym przekonuje się główny bohater powieści, inspektor Tyador Borlú. Zdradzać fabuły książki nie będę - jest zresztą, jak to zwykle u Mieville'a bywa, nieco pretekstowa - ale warto się z nią zapoznać.
Autoportret Brunona Schulza
Żeby jednak nie było, że ja tylko zagranicznych autorów chwalę, przywołam nazwisko z naszego podwórka, które ostatnio bardzo miło mnie zaskoczyło: Jewgienij T. Olejniczak. Nie znam innej jego twórczości i zupełnie mnie do niej nie ciągnie, ale zamieszczone w jednym z archiwalnym numerów "F&ST" opowiadanie zatytułowane "Księga Besławii" (nominowane do nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 2010) jest fenomenalne. Po tytule spodziewałabym się raczej durnego fantasy (nie mam wielkich oczekiwań wobec polskich autorów z kręgu fantastyki, ok?), a dostałam cudowną (acz pozbawioną fabuły) historię o kraju formalnie nieistniejącym (a położonym chyba gdzieś na terenie Galicji) i ignorowanym przez Stwórcę na mocy stareńkiego układu z mieszkańcami. Na myśl od razu przychodzi czytelnikowi schulzowski Drohobycz - miasteczko, które znam tak naprawdę tylko z jego książek, wypaczone przez wyobraźnię tego jakże wyjątkowego artysty, pełne ludzi, definiowanych przez wyolbrzymione cechy i jednocześnie umykających definicji. Mieville zdawał sobie sprawę z długu, jaki jego powieść zaciągnęła wobec "Sklepów cynamonowych" i w ramach motta zamieścił ten oto cytat: „Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne”, który doskonale oddaje klimat międzywojennej Galicji.

Olejniczak też nawiązuje dialog z Schulzem - a to poprzez samą kreację Besławii, tygla wielu religii i narodowości, z których każda jest beznadziejna, a to poprzez postać Stwórcy, który jest Bogiem, ale jednocześnie (a może przede wszystkim) jest artystą, tworzącym światy ku uciesze zastępów anielskich i pokazującym je na scenie w jakimś zapadłym teatroklubie na peryferiach wszechświata. Czyż nie jest to oczywiste nawiązanie do całej filozofii literatury, która leżała u podstaw twórczości Schulza i znalazła ucieleśnienie w postaci Jakuba?
"Demiurgos - mówił ojciec - nie posiadał monopolu na tworzenie - tworzenie jest przywilejem wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodność, niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy [...]. Demiurgos był w posiadaniu ważnych i ciekawych recept twórczych. Dzięki nim stworzył mnogość rodzajów, odnawiających się własną siłą. Nie wiadomo czy recepty te kiedykolwiek zostaną zrekonstruowane. Ale jest to niepotrzebne, gdyż jeśliby nawet te klasyczne metody kreacji okazały się raz na zawsze niedostępne, pozostają pewne metody illegalne, cały bezmiar metod heretyckich i występnych."
Podsumowania nie ma - nie jestem krytykiem literackim, ja tylko zauważam wpływy i zapożyczenia, komentarz pozostawiam ludziom lepiej ode mnie w tej materii wykształconym. Mogę jedynie polecić zapoznanie się z obiema pozycjami.

"Księga Besławii"

Autor: Jewgienij T. Olejniczak
Wydał: Powergraph
Rok wydania: 2010
"Miasto i miasto"
Autor: China Miéville
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok polskiego wydania: 2010

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.