Bunraku, czyli wchodzi samuraj do saloonu i zamawia whisky. Jakąkolwiek.

by 27.12.11 2 komentarze
Nie pamiętam, gdzie po raz pierwszy usłyszałam o "Bunraku" (2010), czy od kolegi-kinomaniaka, czy zobaczywszy na tej czy innej stronie trailer, dość, że od razu wiedziałam, iż muszę ten film zobaczyć, choćby dla samej strony wizualnej - choć i doborową obsadą trudno by było pogardzić. Okazja do seansu nadarzyła się nawet dosyć prędko, ale okoliczności życiowe sprawiły, że film zobaczyłam dopiero wczoraj. 

I z miejsca się w nim zakochałam.

Muszę jednak wyjaśnić, na samym początku, że nie jest to film dla wszystkich. Pełen przemocy jak obrazy Quentina Tarantino i przestylizowany jak "300", opowiada historię bardzo męską i właściwie pozbawioną morału. Jest też nadmiernie długi i napchany wizualnymi aluzjami, postaci są w nim sztampowe, zarysowane grubą kreską; dość rzec, że Barman jest najbardziej typowym barmanem na świecie, a Kowboj mógłby zagrać w dowolnym spaghetti westernie. Jeśli więc bardziej jako widzów interesują was psychologiczna głębia czy oryginalna historia, warto się zastanowić nad oglądaniem; żeby pomóc wam podjąć decyzję, zalinkuję do początku filmu - jeśli ta sekwencja wam się podoba, śmiało oglądajcie dalej.

Zaczyna się typowo: do miasta w post-apokaliptycznym świecie, gdzie posiadanie broni palnej jest karane śmiercią, rządzonego przez mafię z okrutnym, na wpół legendarnym Nicolem (Ron Perlman), najpotężniejszym człowiekiem po wschodniej stronie Atlantyku, na czele, w którego kieszeni siedzą absolutnie wszyscy patrycjusze, a nawet najdrobniejsi handlarze płacą mu haracz, przyjeżdżają dwaj tajemniczy nieznajomi. Kowboj o szybkich dłoniach (Josh Hartnett) chce zagrać w karty, samuraj bez miecza (Gackt) odzyskać rodzinną pamiątkę. Motywy obu nie są jednak do końca znane nawet wszechwiedzącemu Narratorowi (Mike Patton, wokalista legendarnej formacji Faith No More), który z offu komentuje ich poczynania w nieco kwiecistym stylu. Tylko Barman (Woody Harrelson) zdaje sobie sprawę z tego, jaki potencjał do zmian niosą ze sobą ci dwaj mężczyźni - ale żeby powiał "wiatr odnowy", muszą się najpierw spotkać. Czy jednak dwóch samotnych wilków będzie w stanie ze sobą współpracować, by osiągnąć cele? No cóż, ja jako widz o to nie dbałam, chłonęłam za to wizualną ucztę, jaką zafundował widzom reżyser Guy Moshe, zastanawiając się przy tym mocno, jak udało mu się do niezależnego filmu fantastycznego zaprosić taką plejadę gwiazd.


Bo tak naprawdę nie chodzi o opowiadaną historię. Chodzi o to, co widzimy na ekranie, stylistycznie spójny, przemyślany do najmniejszego szczegółu obraz składający się w setek zdawałoby się nieprzystających elementów: fascynacji "Mechaniczną pomarańczą", modą rodem z tokijskiej Harajuku, filmami Kurosawy, aktorstwem Johna Wayne'a, origami, Spidermanem, książkami typu pop-up, niemieckimi impresjonistami, starymi grami na automaty, steampunkiem, Jamesem Bondem, spotkaniami Wschodu i Zachodu, filmami noir, rosyjską rewolucją, cyrkową akrobacją oraz tańcem Gene'a Kelly'ego. A jednak, chciałoby się zakrzyknąć parafrazując doktora Frankensteina, "It works!" Duża w tym zasługa Guya Moshe'a, który filmowi poświęcił kawał życia, szukając inwestorów, kręcąc film w rumuńskim studio czy przez prawie dwa lata nadzorując prace ekip tworzących efekty specjalne - a gwarantuje wam, ze czegoś takiego jeszcze w kinie nie widzieliście. CGI odgrywają tu sporą rolę, ale nie jest to przepych w rodzaju "Avatara", a raczej zrobione z papier mache teatralne dekoracje, które mają służyć jako tło dla gry aktorskiej (która stoi na naprawdę wysokim poziomie). "Papier" jest zresztą tu słowem-kluczem, podobnie jak tytułowe "bunraku", czyli rodzaj mocno sformalizowanego, japońskiego teatru kukiełkowego, z którego zaczerpnięto przede wszystkim tayu, czyli narratora opowiadającego czy komentującego oglądaną na ekranie historię. Moshe podporządkował cytatowi z Szekspira "All world's a stage" całą wizję reżyserską - nigdy wcześniej nie widziałam filmu tak bardzo scenicznego, najbliżej stylistycznie chyba są napisy końcowe do "Sucker Puncha".
Mnóstwo recenzentów porównuje "Bunraku" do zdecydowanie wcześniejszego "Sin City", zapewne z uwagi na Josha Hartnetta, który grał w obu produkcjach, ale jest to moim zdaniem spore nadużycie. W "Sin City" zarówno treść, jak i forma zostały podyktowane oryginalnym medium, czyli komiksem, a w "Bunraku" historia jest oryginalna (przynajmniej na tyle, na ile pozwalają na to jej poszczególne elementy składowe), a wizualna strona inspirowana wieloma elementami z kultury nie tylko dalekowschodniej, np. główny plac miasteczka wygląda jak żywcem przeniesiony z dowolnej sceny "Gabinetu doktora Caligari".

Wspomniałam o grze aktorskiej. O tym, że Hartnett, Harrelson czy Perlman potrafią zagrać role charakterystyczne, wiedziałam od dawna, ale prawdziwym zaskoczeniem był Gackt, kultowy (nie bójmy się tego słowa), lekko sfeminizowany gwiazdor j-rocka, który wypadł znakomicie nie tylko w scenach walki. Jego drobny Samuraj stanowi znakomitą przeciwwagę dla wysokiego Kowboja. Malutkie zastrzeżenie mam do obsadzenia Kevina McKidda jako Zabójcy numer 2, osobiście wzięłabym do tej roli kogoś, kto rusza się z większą gracją. Najsłabszym elementem fabuły jest grająca moją imienniczkę Demi Moore i przyznam szczerze, że film mógłby wiele zyskać, gdyby wątek zgorzkniałej prostytutki po prostu wyciąć. Moshe bardzo precyzyjnie prowadzi aktorów, liczy się każdy gest, spojrzenie czy uniesienie brwi - dokładnie jak w teatrze.

Pewnie zastanawiacie się teraz, dlaczego o "Bunraku" wcześniej nie słyszeliście, skoro ja mu taką laurkę tą notką blogową wystawiam. Odpowiedź jest prosta, nieco gorzka: filmy produkowane poza wielkimi studiami filmowymi nie mają dostatecznie rozwiniętej sieci dystrybucji. Trochę szkoda, bo jest to film, który warto by zobaczyć na dużym ekranie kinowym, a pewnie trafi od razu na DVD i Blu-Raya. Jeśli jednak będziecie mieli okazję, dajcie mu szansę, bo na nią zasługuje - ponad dwie godziny seansu wypełnionego walkami wręcz mijają jak z bicza trzasnął.

Bunraku (2010)
Reżyser: Guy Moshe
Scenariusz: Boaz Davidson, Guy Moshe
Gwiazdy: Josh Hartnett, Gackt, Woody Harrelson, Ron Perlman, Demi Moore
Więcej informacji: IMDB

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.