Falkonowo

by 1.12.11 4 komentarze
Czasami bywa tak, że niektóre rzeczy planujemy z wyprzedzeniem, a odnośnie innych decyzję podejmujemy praktycznie w ostatnim momencie. Wyjazd na tegoroczny Falkon zaliczał się dla mnie do obydwu powyższych kategorii, bo wprawdzie planowałam go od dawna (głównie ze względu na fantastyczną, boską kampanię reklamową), ale na tydzień przed wyjazdem, za sprawą odległości dzielącej Lublin od Śląska oraz drastycznego niewyspania, kilkadziesiąt razy zmieniałam zdanie. Ostatecznie wybrać się wybrałam, dojechałam i świetnie się bawiłam, mimo że bóstwa publicznego transportu oraz spokojnego przejazdu najwyraźniej mają mi coś za złe.

Skoro już o bogach mowa to przyznam, że właśnie owe byty najbardziej przyczyniły się do tego, że na Falkon trafić chciałam. Świetnie zrobiona i bardzo rozsądnie zaplanowana strona plus genialnie zrealizowany pomysł dotyczący zareklamowania zarówno konwentu, jak i jego boskiej tematyki wystarczyły, żeby przekonać do wyjazdu nawet mnie. Stopniowo pojawiające się bóstwa ze swoimi banerami i filmikami są zrobione naprawdę elegancko i prezentują się niezwykle estetycznie (trafiłam też na rewelacyjny punkt programu opowiadający o powstawaniu boskich filmików i zdjęć, ale o tym będzie później). Troszeczkę szkoda było mi tylko, że same bóstwa nie grasowały w swoich przebraniach po konwencie, ale były też inne atrakcje z nimi związane, więc jakoś udało mi się z tym pogodzić.

Na teren imprezy dotarłam po dosyć złożonych i nieco przerażających przebojach dojazdowych, a tym samym to, że mam o całości bardzo pozytywną opinię jest podwójnie, potrójnie, poczwórnie znaczące. Mówiąc krótko - podróży pociągiem na trasie Katowice-Lublin raczej nie polecam, a już zwłaszcza osobom, które, tak jak ja, samą swoją obecnością generują chaos i przyciągają klątwy. Początek dojazdu był nawet całkiem sympatyczny, bo przebudowano budynek z kasami i tym razem (patrz Grojkon 2011) nie udało mi się wrzucić całych moich pieniędzy za dziwnie zbudowany kaloryfer, a tym samym uniknęłam konieczności klęczenia na podłodze i grzebania pod owym kaloryferem linijką. Początkową radość i ulgę spowodowaną brakiem wydarzeń negatywnych przebił jednak szybko cudowny pociąg oferujący swoim pasażerom około 30 minut dodatkowego czekania na zimnie, nachalne gołębie i komfortowe miejsca stojące z cudzą walizką wbitą w biodro gratis.

Nie do końca zrażona dotychczasowymi przeszkodami do Lublina dotarłam w raczej optymistycznym nastroju spowodowanym naprawdę śliczną słoneczną pogodą i przepięknymi krajobrazami mijanymi po drodze. Moja radość skończyła się jednak relatywnie szybko, kiedy odkryłam, że wprawdzie numer autobusu, w którym siedzę, zgadza się z falkonową stroną, ale kierunek jazdy i koniec Lublina już niestety nie. A trasa autobusu linii 17, kiedy pokonuje się ją najpierw w połowie, a następnie prawie w całości w drugą stronę jest niezwykle długa i nie do końca malownicza. W międzyczasie zdążyła już zresztą zapaść noc, ale na tym na szczęście zakończyłam przymusowe krajoznawstwo zwłaszcza, że przy wysiadaniu z autobusu spotkałam przemiłą rudą istotę, która upewniła mnie co do poprawności miejsca wysiadania.

Mimo tych perypetii transportowych bawiłam się świetnie, a z wyjazdu jestem niezwykle zadowolona i z pewnością będę chciała wrócić za rok. Nie powiem, żeby przyczyniły się do tego noclegi na sali wspólnej i kąpielowa ekwilibrystyka umywalkowa (nie trzeba było skąpić i wybrać pokój), czy też różne atrakcje notorycznie zaczynające i kończące się po czasie, ale wszystkie te cechy zdołały przeważyć świetne punkty programu, genialni ludzie mniej lub bardziej znajomi oraz bardzo pozytywne cenowo blisko położone miejsca dostarczające smaczne jedzenie i całkiem przyzwoitą kawę.

Dodatkowo mogę też powiedzieć, że podobał mi się absolutnie każdy punkt programu, na który dotarłam. Poziom plasował się od dobrych do absolutnie świetnych, a przyznam, że takie oceny nie zdarzają mi się jakoś szczególnie często. Dodam też, że przez większość czasu byłam totalnie zaspana, a tym samym marudna, a mimo to z wszystkiego, na co poszłam, jestem zadowolona.

Na Falkon dotarłam w piątek w okolicach 18:00, co niestety uniemożliwiło mi pójście na "Marvel vs. DC, czyli filmowe imperium wydawców komiksowych atakuje wyobraźnię widzów", a czym byłam mocno zainteresowana (chociażby ze względu na to, że po konwencie chodziłam przebrana za kobiecą wersję Kapitana Ameryki). Dojście do siebie po ciężkich przeżyciach i znaczącym wygłodzeniu pozwoliło mi trafić w towarzystwie Robo dopiero na dwa zaczynające się o 20:00 koncerty. Przy pierwszym sporo się nakomentowaliśmy odnośnie tego, że skrzypaczka jest śliczna, a zespół ma potencjał i problemy z dźwiękiem (które sprawiały, że główny wokalista brzmiał jak koza). Dużo byliśmy skłonni wybaczyć, bo wiadomo - sala niekoncertowa, a siedzenie w ławkach z pulpitami raczej klimatu nie dodaje. Dlatego też strasznie pozytywnym zaskoczeniem był drugi w kolejności zespół - Lia Fail. Nawet półgodzinna próba dźwięku przeprowadzana przed występem była ciekawa, bo wokalistka co jakiś czas zwracała się do publiczności i rzucała żartobliwe uwagi (plus tu też była prześliczna skrzypaczka). A sam występ był fantastyczny - dźwięk, wokale i same utwory na naprawdę profesjonalnym poziomie.

fot. Jacek Babicz
Ponieważ po występach pierwszych dwóch zespołów i dojazdowych perypetiach byłam koszmarnie zaspana, trafiłam do sali wspólnej, w której nawet moja umiejętność spania w każdych warunkach napotkała na poważne przeszkody. Dodatkowo odkryłam też, że przejściowe napady oszczędzania przejściowymi napadami oszczędzania, ale ja na karimacie nie zamierzam więcej spać, bo jestem dzieckiem cywilizacji i sprężynowych materacy. Zamiast snu dostałam za to część dalszą koncertu, tym razem w wykonaniu amatorskim z towarzyszeniem gitary. Śpiewanie wychodziło towarzystwu w większości wywodzącemu się z forum Mirriel naprawdę dobrze, dobór piosenek też był raczej ciekawy (wystarczy powiedzieć, że znalazło się wśród nich moje ukochane "Gay Pirates" Cosmo Jarvisa). Udało mi się też zahennować (odpowiedzi na pytania o to, czym jest henna znajdziecie tu) obydwa swoje przedramiona w ramach przygotowań do założenia mojego sobotniego kostiumu zgodnego z boską tematyką imprezy (zamierzałam przebrać się za Durgę, ale ostatecznie pozostałam jednak Kapitan Ameryką, wszystko to z miłości do tarczy).

Dzięki wielkiemu wysiłkowi udało mi się bladym świtem (o 11:00) w sobotę dotrzeć na "Wampir i wampiryzm w mitach, legendach, wierzeniach i demonologii ludowej: od tradycji do współczesności" dr Anity Has-Tokarz. Wykład był poprowadzony naprawdę profesjonalnie, choć informacje były bardziej przeznaczone dla osób, które całą swoją wiedzę dotyczącą wampirzych zagadnień czerpią z "Buffy" (prowadząca zresztą sama pod koniec wyjaśniała, że nie była pewna, jaka będzie widownia i dlatego starała się, by pewne informacje były bardziej ogólne). To, jak postrzeganie wampirów zmieniało się i w dalszym ciągu zmienia było jednak przedstawione w bardzo ciekawy sposób, z pokazaniem kolejnych przykładów zaczerpniętych z podań lub literatury, pokazujących jak udało nam się dotrzeć, do ozdabiającego obecnie ekrany kin, niebezpiecznego dla parapetów, zabójczego, brokatowe demona seksu Edwarda Cullena. Cała ta wampiryczna historia ma raczej smutny epilog, ale pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości brokat i wampiry nie będą już tożsame.

Potem próbowałam trafić na coś innego, ale ostatecznie dotarłam tylko na "Hipokryzję Jedi", która zapowiadała się naprawdę ciekawie. Prowadzący postawił sobie za cel pokazanie, że dżedaje wcale tacy święci nie byliTemat okazał się interesujący, a przykładów, również tych filmowych (czyli zrozumiałych dla osób, które starwarsowe książki czytały wieki temu i wyrywkowo) było sporo. Jedynym zarzutem, jaki mam w stosunku do całego spotkania, jest niewrażliwość prowadzącego na kontrargumenty padające ze strony publiczności w związku z tym, że np. kwestia przekazywania komuś dzieci posiadających określony talent jest rażąca jedynie przy współczesnym zachodnim sposobie myślenia i postrzegania pewnych zależności. Miałam nadzieję na jakąś żywszą dyskusję w tym momencie, a tymczasem inne opinie zostały bardziej pominięte niż podważone.

Dotarłam też na "1812: Serce Zimy - prezentacja pierwszego interaktywnego audiobooka", które okazało się być nie tyle audiobookiem, co grą, w której elementy graficzne nie mają jakiegoś specjalnie większego znaczenia, bo istotne są komunikaty głosowe i podejmowanie na ich podstawie decyzji wpływających na przebieg gry. Cała prezentacja była poprowadzona bardzo sprawnie, ale trzeba przyznać, że dłuższe wypowiedzi lepiej wychodziły tylko pierwszemu prowadzącemu.

"Kostiumy w filmach fantasy" Agnieszki "Aeth" Jędrzejczyk odbywały się zaraz potem w niezbyt dużej i zatłoczonej sali, ale warto było podpierać ścianę plecami przez godzinkę, żeby posłuchać. Po ogólnym wprowadzeniu, które udowodniło nam, że ważny jest nie tyle reżyser, aktorzy, czy nawet scenarzyści, a właśnie projektanci kostiumów pojawiły się konkretne przykłady z filmów takich, jak „Władca Pierścieni”, „Gwiezdne Wojny”, „Piraci z Karaibów” czy „Gwiezdny Pył”. Informacje były dosyć ogólne, przede wszystkim dotyczące tego, jaka była koncepcja kostiumu i jakimi dokładnie środkami została ona zrealizowana. Część tych szczegółów, zwłaszcza tych dotyczących kostiumów z „Władcy” i „Gwiezdnych Wojen”, znałam już wcześniej, ale z ciekawością słuchałam o strojach z innych filmów i z chęcią przyjdę jeszcze na coś autorstwa Aeth dotyczących tego tematu.

Z małym spóźnieniem trafiłam na „Rosyjskich dynamitardów” Andrzeja Pilipiuka, który to wybór okazał się jak najbardziej trafiony, bo perypetie nieszczęsnych zamachowców podejmujących wielokrotne i raczej smutne próby wysadzenia wielkiego księcia, były nader rozrywkowe. Jakoś po drodze trafiła mi się też okazja do rysowania i zamęczania kogoś hennowymi tematami, dodam, że nie jedyna tego dnia. Ponieważ rysowało mi się naprawdę dobrze, snułam się potem ze szkicownikiem, za towarzystwo mając głównie hektolitry kawy i bardzo sympatycznych, mniej lub bardziej przygodnie zaczepionych ludzi. Jakoś w międzyczasie odbywały się „Legendy Dzikiego Zachodu: Rewolwerowcy” Aleksandra „Alexa” Daukszewicza, na które poszłam przyciągnięta tematem, bo troszkę się tego typu tematami interesuję, ale po dziecięcym rozczarowaniu związanym z Karolem Mayem jakoś nigdy nie miałam serca bardziej się w prawdziwy czy fikcyjny Dziki Zachód wciągać. Prelekcja poprowadzona była naprawdę świetnie – i to zarówno pod względem merytorycznym jak i każdym innym, bo przyjemnie trafić na prowadzącego, który wie jak i o czym chce mówić. Zresztą praktycznie wszyscy falkonowi prelegenci, których miałam okazję posłuchać całkiem zgrabnie formułowali swoje wypowiedzi, choć trzeba przyznać, że niektórzy mogliby się jeszcze trochę podszkolić umiejętności z zakresu retoryki i tym podobnych zagadnień.

fot. Jędrzej Chojnacki
Moje sobotnio-wieczorowe zajęcia miały być bardziej konkretne, ale odkryłam, że człowiek nie może sobie spokojnie do Lublina na konwent pojechać, bo nawet i tam czają się ludzie znani z miejsc dziwnych, szalonych i niefandomowych, którzy podstępnie wciągają w jakieś niemożliwie długie rozmowy. Tym samym trafiłam tylko na konkurs strojów, na który zostałam zgarnięta z korytarza ze względu na to, że najwyraźniej było palące zapotrzebowanie na uczestników, bo do boskiej konwencji konkursu, jako Pani Kapitan, jakoś tak średnio pasowałam. Zresztą w całości zagadnienia podejrzewam jakiś spisek, bo kazali przyjść wcześniej, a potem przetrzymali aż do zamknięcia wszystkich blisko położonych miejsc zawierających jadalne jedzenie. Sam konkurs przebiegał sprawnie, choć większość publiczności nie przetrwała czasu oczekiwania i sobie gdzieś poszła (samo oczekiwanie umilali mi za to znacząco współuczestnicy, z którymi się bardzo przyjemnie rozmawiało). Jak zwykle nie zgadzam się z wynikiem, chociaż tym razem typowana przeze mnie Morrigan przebiła się przynajmniej do finałowej trójki. Kostium zrobiony naprawdę świetnie, dobrze dopasowany do figury i jeszcze elegancko wykończony makijażem – aż przyjemnie było popatrzeć.

Półprzypadkowo i pod niejakim przymusem trafiłam też na bardzo późnowieczorną, ale za to naprawdę świetną prelekcję pokazującą, jak dokładnie falkonowe bóstwa i ich filmiki powstawały. Na temat szczegółów trzeba by pisać dużo, a i tak nie udałoby się powiedzieć wszystkiego. Przeurocze były zwłaszcza nieudane, niedokończone i wielokrotnie powtarzane sceny powstałe podczas nagrywania filmików z Apollem grającym na wykałaczkach, Dionizosem konsumującym jakieś straszne ilości winogron czy Quetzalcoatlem z jego wątróbką udającą serce (vid poniżej, ale jakoś dalej nie chce mi się wierzyć, że bardziej od mięska niesmaczna była sztuczna krew).


Całą sobotnią noc przegadałam, więc z niedzielnych atrakcji zaliczyłam jedynie latte w McDonaldzie mimo, iż wybrać się chciałam m.in. na konkurs potterowy. Na tym właśnie zakończyłam moje falkonowanie i podsumowując wszystkie plusy i minusy muszę przyznać, że konwent był zdecydowanie na plus. Największe zarzuty mam odnośnie opóźnień w rozpoczynaniu i kończeniu punktów programu, bo do nieszczęsnych plastikowych opasek na nadgarstek zaczynam się już przyzwyczajać, choć muszę przyznać, że neonowa żółć paskudnie gryzie się z każdym kostiumem, a konieczność noszenia czegoś na nadgarstku niepomiernie mnie irytuje. Z pozostałych kwestii jestem jednak bardzo zadowolona, bo i stoiska, i prelekcje i dodatkowe atrakcje były naprawdę interesujące i fajnie zrobione, bo pod tym względem spisali się zarówno prowadzący jak i organizatorzy. Wrażenia mam więc jak najbardziej pozytywne, bo mimo kilku detali, z większości rozwiązań i samej imprezy jestem zadowolona. Prawdę mówiąc zwłaszcza tematyki większości punktów programu się obawiałam, ale bardzo przyjemnie się zaskoczyłam. A do Lublina na pewno wracam za rok (i czekam na następną kampanię reklamową w podobnym stylu).


 (P.S. A porządne zdjęcie mojego kostiumu to sobie sama zrobię albo znajdę, o.)

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.