Producentów dwóch

by 29.12.11 0 komentarze
Jak już wspominałam, zakupiłam w zeszłym miesiącu, po rewelacyjnym "Przebudzeniu wiosny" bilety na "Producentów". Wszyscy znajomi ten spektakl polecali, podobno bardzo zabawny, świetnie wyreżyserowany, no to się skusiłam w ramach dawania drugiej szansy Teatrowi Rozrywki, w dodatku zaciągnęłam na przedstawienie męża. Właściwie wszystko to, co usłyszałam, okazało się prawdą, ale ja jestem dziwnym człowiekiem i bynajmniej tym, co zobaczyłam, zachwycona nie jestem. Ale może po kolei.

"Producenci" to musical sceniczny oparty na filmie Mela Brooksa, jego debiucie, za który został nagrodzony Oskarem i przeniesiony na deski sceniczne w 2001, zdobywając 12 nagród Tony. Wydawałoby się więc, że historia o dwóch broadwayowskich producentach planujących wystawić najgorszą sztukę w historii teatru, czyli "Wiosnę Hitlera", by zgarnąć pieniądze po nieuniknionej klapie i wyjechać do Rio de Janeiro na niekończące się wakacje jest murowanym hitem, który musi spodobać się wszystkim, zwłaszcza, że zawiera w sobie żarty z nazistów, homoseksualistów, Żydów, ponętnych Szwedek oraz jurnych staruszek, okraszonych sporą dawką muzyki. Oczywiście są też nieprzewidziane problemy - sztuka odnosi sukces, bohaterom grozi śmierć z rąk autora skryptu oraz więzienie za defraudację, a wszystko to upchnięte w prawie trzygodzinnym spektaklu. Jeśli wygląda to wam na niekontrolowany chaos, to macie rację - faktycznie można odnieść takie wrażenie, choć jest ono pozorne; reżyser doskonale zapanował nad materiałem i nie można nic zarzucić jego wizji. No, prawie nic - osobiście uważam, że moment, gdy policjant zaczyna zaciągać gwarą rodem z żartów o Masztalskim jest mocno przegięty, ale to moja odosobniona opinia - widowni, sądząc po żywiołowej reakcji, bardzo się to podobało, podobnie jak kreacja w kształcie katowickiego Spodka, zwieńczona nakryciem głowy mocno wzorowanym na pomniku Powstań Śląskich. Podobnie Violetta Villas i Maryla Rodowicz pojawiające się w jednej ze scen.

Wracając do samej treści: widzowie myślą, że to "Wiosna Hitlera" to satyra - może widzowie w teatrze też powinni sądzić, że "Producenci" to nie jest sztuka całkiem na serio, ale niestety przedstawienie za bardzo przypomina farsę jak na mój gust. Pewnie jest to zamierzone - nie mam zastrzeżeń do wizji reżysera, gry aktorskiej czy innych elementów, ale całość sprawia wrażenie mocno chaotyczne i myślę, że jest to wina tekstu. Ja ogólnie lubię Mela Brooksa, zwłaszcza "Kosmiczne jaja", ale "Producenci" mi jakoś nie podeszli - może miałam gorszy dzień, może oczekiwałam czegoś innego? Nie podobał mi się również żart z długim nazwiskiem Ulli - za pierwszym razem był nawet zabawny, za każdym kolejnym coraz mniej śmieszny. Co jeszcze? Ach, tłumacz nie do końca poradził sobie z przekładem piosenki "Keep It Gay" - ale też ja nie mam na nią lepszego pomysłu, więc wypominam mu to tylko z kronikarskiego obowiązku. Piosenki są słabe, może oprócz "Wiosny Hitlera", co w przypadku musicalu jest dosyć niewybaczalną słabością materiału wyjściowego.

Żeby jednak oddać autorowi sprawiedliwość, dialogi aż skrzą się od ukrytych dowcipów. Do moich ulubionych należą tytuł przedstawienia o Hamlecie "Funny Boy", czyli oczywista parafraza "Funny Girl", imię i nazwisko jednego z głównych bohaterów, czyli Leopolda Blooma (który nawet śpiewa w jednym momencie o Bloomsday!) oraz czytanie początku jednej ze sztuk, który szedł mniej więcej tak: "Gdy Gregor Samsa obudził się pewnego rana z niespokojnych snów, stwierdził, że zmienił się w łóżku w potwornego robaka" - chociaż wraz z upływem czasu sądzę, iż fakt, że wybuchłam w tym momencie niekontrolowanym śmiechem, a reszta widowni popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, powinien dać mi do myślenia. Bardzo ładnie zainscenizowana była scena w biurze rachunkowym, gdy Bloom postanawia porzucić swoją dotychczasową profesję i przekwalifikować się na producenta.

Genialny był oczywiście Jacenty Jędrusik w roli Maksa Bialystoka, ucharakteryzowany na Mela Brooksa. Innym niestety zabrakło charyzmy scenicznej, zwłaszcza słabo wypada Sebastian Ziomek grający Blooma. Całkiem nieźle poradził sobie Dominik Koralewski jako Violetka V, już trochę gorzej, choć nadal brawurowo wypadł w roli policjanta; w kilku epizodycznych rólkach można zobaczyć też inne znajome twarze, Izabellę Malik, Andrzeja Kowalczyka czy Jakuba Lewandowskiego. Podobno też Ullę gra od czasu do czasu Barbara Ducka, która szczerze mówiąc chciałabym w tej roli zobaczyć, bo jest moją ulubioną członkinią baletu.

Całość do obejrzenia i zapomnienia. Na ten spektakl nie zamierzam wrócić, ale kiedyś na pewno obejrzę oryginalny film zwłaszcza, że kupiłam go wieki temu, pewnie porównując ją z nową wersją z Matthew Broderickiem, Umą Thurman i Johnem Barrowmanem.

P.S. Zapomniałam o Adolfie Elżbiecie Hitler, które to nazwisko momentalnie skojarzyło mi się z Kurtem Elizabeth Hummel. Dobry żart.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.