Prufrock to moja mantra, czyli "O północy w Paryżu"

by 10.12.11 5 komentarze
Obejrzałam niedawno film zaiste przedziwny: z jednej strony laurkę wystawioną przez reżysera Paryżowi lat 20 ubiegłego wieku, z drugiej obraz, w którym otoczone dziś legendą postaci sportretowane są jakby przez krzywe zwierciadło, lekko karykaturalne (aż dziw, że Gertruda Stein nie powiedziała ani słowa o róży...). Co więcej, główny bohater był niejako karykaturą reżysera, a przynajmniej obaj przejawiali te same manieryzmy w mowie i zachowaniu. Brzmi znajomo?

Jeśli widzieliście najnowszy film Woody'ego Allena, to powinno. "O północy w Paryżu" zachwalany był zarówno przez krytyków, jak i zwykłych widzów jako arcydzieło, film wybitny. Od razu wyjaśnijmy sobie dwie sprawy: po pierwsze, nie lubię dzieł Woody'ego Allena. Do tej pory widziałam trzy, "Jej wysokość Afrodytę", z której zapamiętałam chór grecki oraz z jakiegoś powodu będącą dla mnie nie do przejścia i niestety pogłębioną przez upływ czasu oraz moją wadliwą pamięć, dysproporcję pomiędzy malutkim Allenem a potężną Mirą Sorvino, "Scoop", z którego w mojej, jak już wspomniałam, wadliwej pamięci pozostała tylko Scarlett Johansson oraz łódka na stawie (udało mi się np. całkowicie zapomnieć, że występował w tym filmie Hugh Jackman, co samo w sobie jest imponującym wyczynem) oraz właśnie najnowsze dzieło. Allen i ja nie nadajemy na tych samych falach, jeśli chodzi o filmografię, bo już jego opowiadania lubię całkiem, całkiem. Po drugie zaś, zanim całkiem zatracę się w dygresjach, nigdy nie byłam w Paryżu. Te dwa czynniki prawdopodobnie mogły wpłynąć na mój odbiór filmu - trudno mi jednak określić, czy byłam dzięki temu bardziej subiektywna czy obiektywna. Nie ma to zresztą większego znaczenia.

Film mi się podobał, chyba najbardziej z tego, co Allena dotychczas widziałam, choć, jak rozumiem, nie był jego szczytowym osiągnięciem (kiedyś nastąpi ten moment, choć jeszcze nie dziś, kiedy obejrzę "Annie Hall" lub "Hannę i jej siostry"), choć sporo rzeczy mnie w nim irytowało. Może nie znam się na Paryżu o północy ani żadnej innej porze, nie bardzo interesują mnie wewnętrzne przeżycia neurotycznych manhattańczyków (chyba że oglądam "Madagaskar"), ale akurat całkiem nieźle znam się na lost generation; skupiłam się na postaciach Hemingwaya, Stein i T.S. Eliota zdaje się trzecim roku moich studiów, dlatego pod tym względem film mi się bardzo podobał, np. fakt, że na ścianach domu Gertrudy Stein wisiały obrazy (podobno aż do samego wysokiego sufitu), albo że kupowała tanio prace Matisse'a, były miłymi smaczkami. Jednocześnie ta sama wiedza była dla mnie źródłem katuszy podczas seansu; miałam ochotę krzyczeć z frustracji, gdy tylko z ust Hemingwaya padało słowo "dzielny" lub gdy wspominał o "moveable feast" (choć już sposób, w jaki grający go Corey Stoll wypowiadał swoje kwestie, to było fascynujące, faktycznie jakbym czytała prozę Hemingwaya), Gil oferujący Zeldzie Fitzgerald valium też był troszeczkę nieteges, biorąc pod uwagę jej historię z tabletkami na sen, choć wisienką na torcie był Adrien Brody grający Dalego - nieco przeszarżował z obsesją na punkcie nosorożców, choć mimikę oddał jak należy. Najlepiej chyba wypadła Kathy Bates jako Stein (choć zdecydowanie za niska do roli) - miłym akcentem był wiszący za jej plecami portret pędzla Picassa. Sam Picasso już taki sobie, podobnie Bunuel - ale nie mogę wymagać zbyt wiele od tych epizodycznych w gruncie rzeczy postaci. Całkiem niezły był również Owen Wilson grający Woody'ego Allena. :D

Sam temat, nostalgii za dawnymi, "lepszymi" czasami jednak nie do końca nie przekonuje, zwłaszcza gdy rozważy się fakt, że nasze czasy mogą być kiedyś tą mityczną "złotą erą", a Allen Touluse-Lautrec'iem. Fajnie było zobaczyć na ekranie ożywioną fantazję literaturoznawcy we mnie, ale mój wewnętrzny miłośnik kina uważa, że fabularnie o wiele lepiej wypada ta część filmu, która dzieje się współcześnie i wyśmiewa Amerykanów w Paryżu. Sceny, w których Inez (Rachel McAdams) i Carol spijają słowa "mądrości" z usta Paula (Michael Sheen) są cudownie sarkastyczne w swojej wymowie - co Sheen podkreśla werbalnymi manieryzmami. Podobał mi się również Kurt Fuller w roli ojca Inez i wiecznie niezadowolona matka. Nie wiem co prawda, czy zdołałabym obejrzeć cały film o perypetiach bogatej kalifornijskiej rodziny w stolicy Francji, ale to, co nakręcono, bardzo mi się podobało. Myślę, że spodobałoby się również Hemingwayowi - było prawdziwe aż do bólu.

Podsumowując: jest to film godny polecenia, ciepły, w sam raz na zimowy wieczór. I zawiera w sobie spore ilości Toma Hiddlestona, co zawsze należy zapisać na plus.

Midnight in Paris
Reżyser: Woody Allen
Scenariusz: Woody Allen
Gwiazdy: Owen Wilson, Marion Cotillard, Rachel McAdams, Adrien Brody, Kathy Bates, Tom Hiddleston
Więcej informacji: IMDB

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.