Świąteczny odcinek "Glee"

by 16.12.11 7 komentarze
Zwierz na swoim blogu serialowym opisała wrażenia po "Extraordinary Merry Christmas", czyli tegorocznym świątecznym odcinku Glee, i poczułam się trochę wywołana do tablicy, a to dlatego, że mnie się odcinek, jako jeden z bodajże dwóch w trzecim sezonie mojego kiedyś ulubionego serialu, bardzo podobał.

Oczywiście Glee to nie Doctor Who i jego odcinki świąteczne są na dużo niższym poziomie - dość powiedzieć, że zgadzam się ze zwierzem w sprawie całkowitego braku fabuły i ogromnego nagromadzenia moralizatorskich wstawek o prawdziwym duchu świąt Bożego Narodzenia i Marti Noxon, czyli scenarzystka tego konkretnego odcinka, mogłaby się sporo nauczyć nie tylko od Moffata, ale i od RTD. To powiedziawszy, chciałabym zwrócić uwagę, że zeszłoroczny odcinek był dużo gorszy: Brittany, która w liceum ciągle wierzy w Świętego Mikołaja czy Sue Sylvester przebierająca się z Grincha i niszcząca choinkę Glee Clubu? Wisienką na torcie była oczywiście trener Beiste przebierająca się za Mikołaja i fundująca Artiemu cybernetyczne nogi (tegoroczny odcinek wyjaśnił na szczęście, czemu Artie nigdy więcej ich nie użył).

Co więc zwierzowi nie podobało się w tegorocznym odcinku? Po pierwsze, i tu cytuję:
Otóż w obliczu nadchodzącego wydania świątecznej płyty Glee zrezygnowali oni właściwie z jakiegokolwiek odcinka zamiast tego racząc widownię 45 minutową reklamą  świątecznego albumu.
Album przesłuchałam w dniu premiery, czyli 11 listopada, i szybko o nim zapomniałam, bowiem wśród 12 zamieszczonych na płycie piosenek tylko dwie nadają się do słuchani: rewelacyjny cover "River" Joni Mitchell w wykonaniu Lei Michele oraz "Do You Hear What I Hear?" piosenka, która w serialu się nie znalazła, a wykonana została przez zwycięzców (no, dwóch z czterech) reality show "The Glee Project" Lindsay Pierce i Aleksa Newela - co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że są zdecydowanie lepszymi wokalistami niż Damian McGinty. Jego na płycie też możemy usłyszeć, śpiewającego "Blue Christmas", ale nie jest to miłe doświadczenie i lepiej je sobie podarować.

Dziwi mnie natomiast, że zwierza zaskoczył fakt, iż twórcy Glee robią coś dla pieniędzy. Nie od dziś wiadomo, że serial, który jest jednym z droższych, jeśli chodzi o koszt produkcji jednego odcinka, mimo że nie ma w nim ani grama efektów specjalnych, generuje zyski przede wszystkim ze sprzedaży piosenek na serwisie iTunes. Decyzja, by w odcinku świątecznym umieścić aż 8 utworów z albumu jest więc przede wszystkim marketingowa. A że ucierpiała na tym fabuła?* Któż o to dba, gdy konta producentów zasilane są strumieniem zielonych banknotów?

Drugi zarzut zwierza jest nieco poważniejszy:
Stąd też długa sekwencja nakręconego w czerni i bieli programu telewizyjnego wzorowanego na specjalnych świątecznych programach z lat 60. Zwierza ten fragment zirytował bo co innego oglądać taki program a co innego oglądać aktorów którzy takie program udają – może w amerykańskiej widowni wzbudza to jakieś sentymentalne odczucia ale zdaniem zwierza w ostatecznym rozrachunku dostajemy piętnaście minut czarno białej telewizji w której nie ma dobrych dialogów i wszyscy grają ze sztucznymi minami i zdaniami które nigdy nie brzmiały naturalnie.  Może zwierz jest cyniczny ale to trochę nie jego bajka.
i naprawdę chciałabym się do niego porządnie ustosunkować, ale jest mi trudno, bowiem dla mnie ta sekwencja ratuje odcinek i jest objawem scenopisarkiego geniuszu Noxon (który rehabilituje jej wszystkie jej faux pas w "kolorowej" części epizodu). Jak zwierz sama zauważyła, trudno jest napisać dobry świąteczny odcinek i naprawdę trzeba się napracować, by znudzony widz nie przewijał scen. A czarno-biała sekwencja jest w mojej opinii absolutnie genialna i napchana cudownymi smaczkami. Po pierwsze więc, aktorzy grają nienaturalnie, ale to taka konwencja. Nie trzeba sięgać aż do lat 60-tych ubiegłego wieku, by zobaczyć sztucznie uśmiechniętych prowadzących program, wystarczy włączyć talk show Regisa i Kelly i  obejrzeć choć 10 minut - tych dwoje garściami czerpie z z tej stylistyki. Po drugie, na widok strojów (białe rękawiczki Rachel!) i fryzur vintage po prostu oszalałam z zachwytu! Choć z dwóch autorek tego bloga to raczej Cyd ubiera się i czesze w stylu retro, to ja również chętnie oglądam zdjęcia z epoki i kopiuję niektóre elementy w swoim stroju - dlatego poczułam się w  pełni usatysfakcjonowana. Po trzecie, jako zagorzała czytelniczka magazynów i blogów wnętrzarskich przeżyłam coś w rodzaju osobistej nirwany na widok studia, które udawało bachelor chalet w szwajcarskich Alpach, inspirowanego domami z połowu zeszłego wieku. Po czwarte, Finn i Puck przebrani za Luke'a Skywalkera i Hana Solo mówiący jednocześnie, że wcale nie są bohaterami Star Wars, bo byłoby to poważne i karalne naruszenie praw autorskich - bezcenne i jakże prawdziwe! Co prawda Lucasart to nie Apple, ale też potrafią walczyć o swoje. Po piąte, jakże bolesne pokazanie, że amerykańskiej telewizji publicznej nie ma gejów - są tylko bliscy przyjaciele. Homoseksualiści mają prawo pojawiać się na wizji tylko w telewizji kablowej, która, jak wiadomo nie od dziś, jest siedliskiem rozpusty i rozpasania. Po szóste, wiara w to, że skąpo ubrane panienki w dużych ilościach są w stanie poprawić najgorszy nawet program telewizyjny. Po siódme wreszcie, całość przypomniała mi moją ulubioną piosenkę świąteczną:



i po prostu nie mogłam nie pokochać tej czarno-białej sekwencji.

Obawiam się więc, że zwierz i ja wspólnego stanowiska w sprawie tegorocznego świątecznego odcinka Glee nie wypracujemy, chyba że w tylko w jednej kwestii. Tak samo bowiem jak ona uważam, że śpiewanie piosenki o głodującej Afryce na spotkaniu z bezdomnymi to lekki nietakt. Inna sprawa, że im dłużej wsłuchuję się w słowa Boba Geldofa, tym bardziej uważam, że cała piosenka, mimo iż stworzona w słusznym celu, jest co najmniej niesmaczna w treści. Spójrzcie poniżej:

Well tonight thank God it's them instead of you

And there won't be snow in Africa this christmas time
The greatest gift they'll get this year is life

Where nothing ever grows
No rain or rivers flow

Do they know it's christmas time at all?

Here's to you
Raise your glass for everyone
Here's to them
Underneath that burning sun

Do they know it's christmas time at all?


W tej jednej zwrotce autor cieszy się, że innym powodzi się gorzej niż jemu i dziękuje za to Bogu, zauważa, że w Afryce w tym roku nie będzie śniegu (nawet w wysokich górach Semien w Etiopii, której dotyczy ta piosenka, nigdy nie on pada) jako podarunku (jestem pewna, że każdy kierowca chętnie wyjaśniłby Geldofowi swoje stanowisko w tej sprawie), wykazuje się dalszą ignorancją geograficzną (nawet ja wiem, że Etiopia jest bardzo zielonym krajem) oraz całkowicie ignoruje istnienie nie-chrześcijan w Afryce, których Boże Narodzenie zupełnie nie obchodzi. Na koniec zaś wznosi toast za głodujących. Trudno o większy fail.

Glee natomiast faila nie zaliczyło. Zobaczymy jednak, czy będzie kontynuować trend zwyżkowy w nowym roku.

* Dodałabym również, że fabuła w trzecim sezonie rwie się prześcieradło popularnej prostytutki...

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.