Alfabet na półce: A-Z, część pierwsza

by 11.1.12 10 komentarze
 Wpis inspirowany notkami Ninedin i blogiem Cedro.

Ninedin prowadzi na swoim blogu cykl Alfabet na półce, który strasznie mi się podoba, ale u mnie jest nie do zrealizowania, bo musiałabym najpierw skatalogować książki (nie są bynajmniej ustawione alfabetycznie) (chyba że jest tam gdzieś jakaś studentka bibliotekoznawstwa z obszaru Silesii, która chciałaby poćwiczyć tę cenną umiejętność na moim księgozbiorze, wtedy zapraszam serdecznie). Wymyśliłam jednak, że mogę sfotografować półki i omówić je na blogu: taki ekshibicjonizm książkowy innymi słowy sobie pouprawiać. Tylko robię okropne zdjęcia, więc ten pomysł też porzuciłam. Musicie posłużyć się wyobraźnią.

Najpierw jednak kwestie techniczne: księgozbiór powstał z połączenia dwóch różnych treściowo zbiorów, gdy zamieszkałam z przyszłym mężem - co nie zmieniło faktu, że dubletów było mnóstwo. Zostały one usunięte, zapakowane w pudła, a w późniejszym czasie podarowane szwagierce jako flat warming gift. Do wczoraj byłam przekonana, że na półkach mam pod tym względem spokój, ale przy ponownym układaniu książek na półkach (jesteśmy w trakcie montowania drzwiczek) odkryłam trzy kopie pratchettowego "Eryka", dwa tomy "Fireworks" Angeli Carter oraz dwie identyczne "Tigany" Guya Gavriela Kaya, więc całkiem możliwe, że niespodzianek jest więcej. Chwilowo posiadamy nawet wolne półki, ponieważ kilka tygodni temu usunęłam dwa pudła książek do sprzedaży/wyrzucenia, bo nie zamierzam do pewnych tytułów wracać - nigdy. W ogóle postanowiłam kupować mniej książek i robić to w bardziej przemyślany sposób.

Księgozbiór składowany jest w sumie na siedmiu regałach: 5x Billy 80 cm (z dodatkową półką) oraz 2x Billy 60 cm - również z dodatkową półką (te IKEA przestała produkować jakiś czas temu, w związku z tym nie można do nich dokupić drzwiczek, grrr). Część książeczek z obrazkami dla dzieci znajduje się w drugim pokoju, a część książek kucharskich w kuchni, jeśli kogoś bardzo to interesuje, mogę je sfotografować na specjalne życzenie. :D

Dobra, to zaczynamy. Pierwszy regał to 60 cm, stojący koło mojego biurka. Trzy górne półki zajmowane są przez mangi: już ich nie kupuję, ale pewnych tytułów nie zamierzam się pozbywać. Kolekcja zawiera: "Detektywa Kindaichi", "Tu detektyw Jeż", trzy tomy "Uteny" (tego też zamierzam się pozbyć w swoim czasie), komplet "Eden! It's an Endless World" - czyli jednej z najlepszych mang ever. Poniżej od lewej stoi najpierw płyta MIKI (nie mieści się na regale z CD), potem wydania specjalne magazynu "Kawaii" i inne tego typu duperele, których żal mi się pozbywać, następnie "Paradise Kiss", steampunkowy polski artbook, który kupiłam kiedyś  z ciekawości przez deviantArta i który okazał się być bardziej yaoiowy niż steampunkowy oraz ogólnie trochę meh, "DOMU" Katsuhiro Otomu (przerażająca manga, brr, strasznie ją lubię), trzy nigdy nie przeczytane tomy "Cat Shit One" - jest to chyba wygrana w konkursie na jakimś konwencie, cała "Battle Angel Alita" (przy czym jak piszę "cała", to mam na myśli pierwszą, zakończoną serię, oraz "Ashen Victor"), jeden tom "Usagi Yojimbo" z autografem (drugi dawno temu pożyczyła znajoma męża i do tej pory nie oddała...) Stana Sakai - prowadziłam z nim kiedyś spotkanie, bodajże w ramach POPlitu, gdy jeszcze istniał - znaczy się POPlit, nie Sakai), mocno pornograficzne mangi Satoshiego Urushihary, z których najostrzejsze sceny łóżkowe (głównie yuri) wycięto i umieszczono w osobnej książeczce (serio, serio, książeczki też mam) oraz wszystkie trzy tomy "Ghost in the Shell". Jeszcze niżej jest kilka tomików poezji: Grechuta i haiku, "Kot Simona", prezent urodzinowy z tego roku, oraz kolejne mangi: komplet "Cześć, Michael!", czyli bardzo sympatyczne historyjki o pewnych japońskim kocie, dwa tomy "Zetsuai" + dwa tomy "Bronze'a", jeden tom "Tsubasa Reservoir Chronicle", nawet nie pamiętam w jakim języku, bardzo mi ta manga nie podeszła i właściwie w tym momencie rozstałam się z twórczością CLAMPa, samotny tomik "Angelic Layer" - bardzo lubiłam serię TV, a potem już tylko klasyka, czyli "Sailor V" oraz "Sailor Moon".

Poniżej, zasłonięta kubeczkami, głównie Angela Carter, z której twórczości pisałam pracę magisterską (brakuje mi jeszcze kilku pozycji, np. zebranych słuchowisk radiowych, kiedyś widziałam je w księgarni językowej w Gliwicach, a potem księgarnię zamknięto). Obok "Godziny" Cunnighama oraz "Mrs Dalloway" Virginii Woolf. Dwie książki Tracy Chevalier, przy czym "Falling Angels" wolę zdecydowanie bardziej niż "Damę z jednorożcem", poprzedzają "Nie tylko pomarańcze" Jeanette Winterson - kiedyś bardzo lubiłam tę autorkę, ale moja sympatia nie wytrzymała próby czasu i rozstałam się z resztą jej książek. Trzy książki A.S. Byatt, nieprzeczytane (ale zamierzam, zamierzam), które kupiłam pod wpływem zajęć z translatoryki na studiach, zaplątana Sarah Waters, "Julie&Julia" (zdecydowanie nie polecam ani książki, ani filmu), Oscar Wilde oraz "Świat Zofii" Josteina Gaardera.

Potem półka z poezją i klasyką: T.S. Eliota poezje w dwujęzycznym tomie z Wydawnictwa Literackiego z moim ukochanym "Prufrockiem" oraz  "Wiersze o kotach" ("Old Possum's Book of Practical Cats") z ilustracjami Grabińskiego z Naszej Księgarni - książka wymaga renowacji, za którą boję się zabrać. Dwie antologie poezji brytyjskiej, zakupione kiedyś w Massolicie, potem cały lord Tennyson - lubię co prawda tylko fragmenty, ale nie chcieli mi sprzedać tylko części. :D Nie sądzę, by wiele osób znało twórczość Edny St. Vincent Millay, a trochę szkoda, bo naprawdę warto. Następnie Philip Larkin (uwielbiam!), Karol Wojtyła oraz wiersze i opowiastki Rudyarda Kiplinga, na którego kiedyś miałam tak zwaną "fazę", dopóki na studiach nie musiałam przeczytać "Kima" - cudowne otwarcie i nieskończona nuda potem - Emily Dickinson w dwóch różnych wydaniach oraz jeden Robert Frost, z którego nie zamierzam się tłumaczyć. "Pana Tadeusza" mam w dwóch wydaniach, jedno z ilustracjami Szancera, bo strasznie lubię i od czasu do czasu podczytuję. Za Mickiewiczem stare wydanie nursery rhymes oraz "Zwierzydełka" Roberta Stillera, potem Broniewski, i zaczynamy klasykę mocnym uderzeniem, czyli Hemingwayem i Remarque'iem, by zakończyć regał kolekcją Gazety Wyborczej: Eco, Nabokov, Blixen, Capote, Vonnegut, Camus i Golding, z których lubię tylko pierwszego, piątego i ostatniego, ale może mi się kiedyś gust odmieni.

Ostatnia półka zawiera japonalia i przewodniki turystyczne, oraz "Kamasutrę"; potem jest wolna półka, chwilowo zajmowana przez zabawki.


Sąsiedni regał to dalszy ciąg klasyki, ale najpierw na samej górze, znajdują się piękne albumowe wydania całego "Calvina i Hobbesa" oraz kompletne "The Far Side" (owszem, uprawiam book porn, czemu pytacie?). "Trzej muszkieterowie" należą tak naprawdę do mojej mamy, potem książka o Yeatsie (nawet nie wiem, skąd ja mam) i dwa tomy opowiadań Dylana Thomasa, którego cenię zarówno jako prozaika, jak i poetę, ale przyjmować jestem w stanie tylko w niewielkich dawkach. Antologia amerykańskich opowiadań sąsiaduje z E.M. Forsterem, do którego mam uczucia mieszane, ale w gruncie rzeczy go lubię - bardziej go cenię za nostalgię niż za wkład w gay literature. Ondaatje stoi na półce z sentymentu do filmu, opowiadania F. Scotta Fitzgeralda (uwielbiam!) sąsiadują z Laurie Lee z uwagi na wydania. Potem mój ukochany Vonnegut, czyli "The Breakfast of Champions", dwa razy Saint Exupery, Borges (nie przepadam), Conrad (znowu mam uczucia ambiwalentne, czasem lubię, czasem nienawidzę), "Dubliners" Joyce'a (strasznie lubię, bardzo klimatyczne opowiadania) i Jerome Klapka Jerome, którego kupiłam z uwagi na Connie Willis i nieco mnie w związku z tym rozczarował - poza tym to wydanie z Penguina, nie lubię Penguina. "The Melancholy Death of the Oyster Boy" to książka w ramach pocieszenia, że nie stać mnie na album Tima Burtona, potem zbiór opowiadań Woody'ego Allena (niektóre nawet zabawne) oraz książka, przez którą usiłowałam przejść, ale mi nie wyszło, czyli "I kowbojki mogą marzyć" Tima Robbinsa. "Devil Wears Prada" czeka na lepsze czasy, takoż Nick Hornby. Za nimi Apulejusz wespół z Marcjalisem, zagubiony Żeromski, Orwell, Wells oraz "Zemsta" Fredry, a półkę kończy Tołstoj.


Niżej mamy moje zeszyty z języka polskiego z liceum. Kupa ludzi się z nich do matury uczyła, miałam rewelacyjnego profesora z zacięciem historycznym, uwielbiałam go, taki starszy, flegmatyczny dżentelmen. Obok "Żywoty cezarów" i kilka książek otrzymanych z uwagi na dobre wyniki w nauce (w tym zupełnie nietrafiony Coehlo, wiem, że intencje były dobre, ale nawet Rodziewiczówna jest lepszym wyborem) oraz "Masztalski". Potem "Nazywam się czerwień" Pamuka, przeczytam, w końcu przeczytam, chociaż nauczyła mnie ta książka rozsądniej kupować. Dalej "The Slap" Christosa Tsiolkasa, znalezione za 2 PLN w szmateksie, jeden z najlepszych zakupów ever,  "Proces" Kafki sąsiaduje z całością twórczości Brunona Schulza (uwielbiam i często podczytuję fragmenty), "Pigmalionem" (lubię "My Fair Lady"), "Podróżami Guliwera" i "Ostatnim Mohikaninem" (jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa). Potem Makuszyński, którego mogę czytać właściwie w kółko, za wyjątkiem "Bezgrzesznych lat", które mnie męczą. Kilku pozycji mi jeszcze brakuje, a zbieram wydania Wydawnictwa Literackiego w twardej oprawie, te w białych okładkach.


Następna półka przeznaczona jest głównie na pozycje pożyczone, ale zmieścił się na niej Hugh Laurie ze swoim "Sprzedawcą broni", który okazał się lekturą wielce przyjemną, "Azazel" Akunina, antologia ORWO, czekająca na zrecenzowanie oraz dwie książki Joanny Chmielewskiej z jej dobrego okresu.


Niżej "Wielki Gatsby" i zbiór opowiadań Fitzgeralda, zaplątany Somerset Maugham i dwie książki Dickensa. Potem właśnie zakupione Isherwoody, Weltbild miał akurat wyprzedaż, wyszły korzystnie, więc mój rozsądek zakupowy poszedł się kochać. Johna Fowlesa zostawiłam sobie tylko "The French Lieutenant's Woman" oraz "Kolekcjonera", którego bardzo polecam. Marka Twaina mam tylko "Pamiętniki Adam i Ewy". Bardzo lubię "Buszującego w zbożu", stojącego obok "Opowiadań" E.T.A. Hoffmana i jedynego mojego Jonathana Carrola, którego w dużej mierze uważam za przereklamowanego, czyli "Krainę chichów". Potem dwie powieści Iris Murdoch, "Jednorożca" bardzo lubię, ładna przeróbka powieści gotyckiej, "Dzwon" dostałam kiedyś na urodziny i do dzisiaj nie przeczytałam. Potem "The Time Traveller's Wife", które kiedyś zaczęłam, ale mnie nie wciągnęło, dwa tomy wspomnień Samozwaniec, cztery powieści Jane Austen, dwie Helen Fielding o Bridget Jones, Bill Bryson piszący o Szekspirze, więc powinno być zabawnie, "Cień wiatru" Zafona, który podobał mi się bardzo, ale nie na tyle, bym sięgnęła po jego inną twórczość i całość Collette.


Półkę niżej stoi moje jedyne The Folio Society (book porn), czyli "The Pillow Book" Sei Shonagon - czytałam fragmenty na studiach i zostały ze mną na długie lata. Następnie wspominki Simona Pegga, polskie wydania przygód Flawii de Luce Alana Bradleya, trzy powieści Marthy Grimes (lubię je czytać, gorzej z kupowaniem) po polsku, przy czym nie mam mojej ulubionej o Richardzie Jurym, oraz jedna po angielsku. Potem w różnorakich wydaniach (polskich i Chancellor Press) prawie cały Sherlock Holmes (brakuje tylko "Doliny śmierci"). jedna Agatha Christie, "Milczenie owiec" Harrisa, chyba całość przygód Thursday Next Jaspera Fforde i dwie powieści kryminalne znajomej z LJa, Claire M. Johnson - bardzo dobre.


Powoli zbliżamy się do końca drugiego regału. Niżej zaczynamy z przytupem, całością "Baśni" Andersena, tłumaczonych z duńskiego, potem wyborem z onych z ilustracjami Szancera i dwoma tomami tychże w płóciennych okładkach - trochę to dziwne, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nawet za Andersenem nie przepadam. Potem kawał dzieciństwa, czyli całość braci Grimm, wydany po polsku L. Frank Baum i "Opowieści z Narni". "Urodzony matematyk" to przyzwoita książeczka pełna sugestii zabaw dla dzieci; obok "Pan Kleks" Brzechwy, z ilustracjami, wait for it, Szancera oczywiście (mam do niego słabość), całość znanej twórczości Szekspira w jednym tomie (dosyć lubię te ogromne knigi Chancellor Press), "Delta Venus" Anais Nin oraz "Androny" Brzechwy (lubię Brzechwę). Jest też stare wydanie humorystycznych rysunków Peyneta "Zakochani".


Ostatnia półka  tym regale zawiera książki dla dzieci, które kolekcjonuję, udając, że kupuję je dla synka. Są duże, świetnie ilustrowane i bardzo edukacyjne. Pomiędzy nimi znajduje się np. jedna z książek Madonny, jedna opowiastka Beatrix Potter, kontrowersyjne "Z Tango jest nas troje" albo polecone mi kiedyś przez Anię Brzezińską "Gdzie jest moja siostra?" Potem jest sporo kolekcji baśni i bajek z różnych stron świata (między innymi rosyjskich, w tym moje ulubione z ilustracjami Bilibina i śląskich), Brzechwa raz jeszcze oraz Poe dla dzieci, którego nie pojmuję.


A następne regały to już czystej wody fantastyka i niektórzy z moich ulubionych autorów. No, prawie. Ale tym kiedy indziej.


Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.