Czarne lustro (2011), czyli zwycięstwa pyrrusowe

by 30.1.12 13 komentarze
Miało być o "Misfits", o "Sherlocku", miałam pisać o opowiadaniach Joe Hilla, jak zwykle skończyło się na zapowiedziach, a ja dziś na tapetę biorę serial brytyjski, który mimo minimalnej akcji reklamowej staje się powoli sieciowym fenomenem. Trzy odcinki wyemitowano pod koniec zeszłego roku na Channel 4; są to właściwie trzy odrębne godzinne filmy, każdy osadzony w innej, niedalekiej przyszłości (czystej wody SF, ale gatunkowo każdy inny), które mają dwie cechy wspólne:

1. pokazują wpływ technologii na społeczeństwo i jednostkę;

2. zostały stworzone przez Charliego Brookera, jednego z tych brytyjskich scenarzystów-mutantów, którzy czego się nie dotkną, to zamieniają w złoto.


 
Fascynacja Brookera technologiami datuje się wiele lat wstecz. Co prawda nie pozwolono mu obronić pracy magisterskiej poświęconej grom komputerowym, twierdząc, że jest to zbyt miałki temat na rozprawę akademicką, ale Brooker i tak poświęcił swoje życie zawodowe analizowaniu ich wpływu na ludzi: najpierw tworząc dokument "How TV Ruined Your Life" dla BBC2, a potem płynnie i w pięknym stylu przechodząc do fikcji.
 
Tak jak Brooker został zainspirowany do stworzenia serialu przez rozmowę z Siri (jeśli nie wiecie, kim jest Siri, polecam obejrzenie 14 epizodu 5 serii "The Big Bang Theory", tego, gdzie Sheldon Cooper wypowiada wielce znaczącą kwestię:  "Well done, Dr. Koothrappali. You've taken a great evolutionary leap by abandoning human interaction and allowing yourself to romantically bond with a soulless machine. Kudos." - jestem prawie pewna, że twórcy pisząc te kilka zdań chcieli po prostu zażartować sobie z nerdów, ale zrobili to kilka lat po np. "Chobitsach" - a więc zdecydowanie za późno), tak mnie do napisania notki zainspirowało kilka rzeczy, które wydarzyły się w ostatnich tygodniach.

 
Po pierwsze więc, przez 24 godziny posiadałam konto na Twitterze (potem uznałam, że A) nie mam aż tylu genialnych, zawieralnych w 140 znakach myśli, B) nie zamierzam tweetować o swoim prywatnym życiu), uznawszy mylnie, że pozwoli mi na większe interakcje z moimi ulubieńcami ze świata mediów. Zwierz kiedyś o tym pisała, o tym, jak internet zmienił relację fan/idol i pozwolił każdemu z nas poczuć się bliżej gwiazd; to wszystko prawda, ale na szczęście działa to też w drugą stronę, co świetnie zilustrują trzy poniższe przykłady.

 
Przykład 1
Jak zapewne wiecie, internet ogarnęła mania na punkcie "Sherlocka" (o pewnym specyficznym elemencie tej manii rewelacyjny artykuł popełniła Meghan O'Keefe na Huffington Post), ale gwiazdy serialu również trzymają rękę na pulsie i  przyznają się do przeglądania fanfików (cytuję za The Sunday Times):

The series has inspired cultish devotion that easily outstrips its short first run. Hardcore Sherlock fans have taken to sites such as Tumblr in order to imagine what Holmes and Watson might get up to once the deduction is done for the day. Cue much nervous giggling between Freeman and Cumberbatch. “There is weird fan fiction out there — weird,” Cumberbatch says. “They write stories and do manga cartoons of what they think you get up to behind closed doors. Some of it’s funny. Some of it’s full-on sex. Get Martin to show you some.”

Freeman, who hasn’t had a laptop for long, and is thus new to the wonders of slash fiction, suggests that I look it up myself, but is happy to précis: “There are a lot of people hoping that our characters and ourselves are rampantly at it most of the time.”
Przy czym zwróćcie uprzejmie uwagę na fakt, że "nervous giggling" jest właściwie jedyną reakcją - nikt nikomu nie grozi procesem za naruszenie praw autorskich ani nie żąda usunięcia fanowskiej twórczości z internetu, aktorzy nie czują się również urażeni.
 
Przykład 2
Nie tylko Martin Freeman buszuje w internecie, robi to również grający Moriarty'ego Andrew Scott, który za pomocą serwisu tumblr dziękuje swoim fanom - choć sam częścią społeczności nie jest. Milutko.

Przykład 3
Żeby nie było, że tendencyjnie przykłady czerpię tylko z "Sherlocka", dla odmiany posłużę się moim ulubionym "probation workerem" z "Misfitsów": Craig Parkinson używa teraz fanartu jako swojego awatara na Twitterze.

Po drugie, jeden z moich 10-letnich uczniów napisał w wypracowaniu, że jego najlepszym przyjacielem jest creeper_master. Oto nowe pokolenie: ja osobiście lubię spotykać ludzi poznanych w internecie w RL (pozdrawiam Ninedin i Fabulitas! :D), bo cenię sobie interakcje z żywym człowiekiem, ale ci dwaj chłopcy przyjaźnią się za pomocą gry sieciowej, jednocześnie nie przedkładając swoich wirtualnych relacji ponad te realne.

Po trzecie zaś, odzyskałam po ponad miesiącu mojego smartphone'a i choć nie brakowało mi zbyt bardzo w pierwszych dniach naprawy, to już potem bardzo doskwierał mi brak stałego dostępu do internetu czy możliwości robienia zdjęć, kiedy tylko przyszła mi na to ochota - nie mówiąc już o tym, że utraciłam prawie wszystkie kontakty z mojej listy.[1]
 
Po czwarte zaś, sprowokowani groźbą SOPA/PIPA oraz, bardziej globalnie, ACTA internauci nie tylko oflagowali swoje strony www i reblogowali miliony postów informujących o tych ustawach, ale też po raz pierwszy wyszli protestować na ulice miast w obronie wolnego internetu. Nie tylko zresztą oni; w Polsce grupa polityków, która postanowiła wzbogacić na "rewolucji" swój kapitał wyborczy jest całkiem spora, co mnie osobiście mocno zniesmacza.

 
W świetle tego wszystkiego bardzo cieszy mnie temat tegorocznego Seminarium Literackiego Śląskiego Klubu Fantastyki, czyli "Naukowe labirynty fantastyki - czy postęp zabija science fiction?" (8-10 czerwca w Chorzowie, więcej informacji na stronie ŚKFu, jest w naszych linkach po lewej stronie), bo świetnie wpisuje się w nurtującą mnie ostatnio tematykę.

Wracając jednak do głównego tematu posta, już sam tytuł serii jest znamienny: "Black Mirror" to czarny ekran telewizora, monitora, telefonu, czyli właściwie stałego elementu naszego dnia. Brooker bierze pod lupę wpływ gadżetów i mediów na nasze życie codzienne, za każdym razem z innej perspektywy, ale wynik jest zawsze taki sam: mamy przerąbane. Pozwólcie więc, że opowiem wam co nieco o każdym z epizodów, i choć będę starać się nie spoilerować, czytajcie dalej z ostrożnością.

 
"The National Anthem"


Pierwszy epizod dzieje się właściwie w naszych czasach. Premier Wielkiej Brytanii, Michael Callow (Rory Kinnear), zostaje obudzony w nocy z uwagi na sytuację kryzysową; porwana została księżniczka Susannah, a jej porywacze mają tylko jedno żądanie: premier ma odbyć stosunek seksualny ze świnią, emitowany na wszystkich kanałach - inaczej arystokratka zginie. Sztab, w tym Alex (Lindsay Duncan), robi wszystko, co w ich mocy, by i wilk był syty, i owca cała, manipulując przy tym mediami aż miło. Ale i media mają kilka sztuczek w zanadrzu, co prowadzi do tragedii. Puenta powala na kolana, ale warto również zwrócić uwagę na fakt, jak szybko zmienia się opinia publiczna, zwłaszcza w dobie, gdy mamy błyskawiczny dostęp do informacji i za bardzo na nich polegamy - w "Doktorze Who" Cybermeni mogli dzięki implantom apgrejdować ludzi, co jest czystej wody fantastyką. W "The National Anthem" fantastyki nie ma [2]: jest Twitter, youtube.com, są sondaże i komentatorzy na serwisach informacyjnych - co właściwie jest bardziej przerażające. W takich czasach żyjemy, że częściej niż przez okno spoglądamy na ekran komputera - scena z wyludnionym w godzinach szczytu Londynem jest zresztą jedną  z najmocniejszych w tym odcinku.
 
"15 Million Merits"



Facebook jak się patrzy.
Drugi odcinek na tapetę bierze programy typu "X-Factor" w bardzo dystopijnych warunkach. Oto świat, w którym w wieku 21 lat wszyscy ludzie zamykani są w specjalnych ośrodkach, gdzie pedałując na rowerkach stacjonarnych zarabiają tzw. merity i produkują prąd. Ich "pieniądze", czysto wirtualne, wydawane są na równie prawdziwe rzeczy: przetworzoną żywność, nieoglądanie obowiązkowych reklam, programy telewizyjne czy ubrania dla swoich awatarów: Brooker twierdzi, że inspiracją była orwellowska dystopia oparta na systemach Apple'a, ale Facebook też pasuje jak ulał. Bing (Daniel Kaluuya), mimo posiadania odziedziczonych po zmarłym bracie 15 milionów meritów, wiedzie skromne życie, a  posiadane środki zużywa głównie na omijanie reklam. Wszystko zmienia się, gdy słyszy śpiewającą Abi (Jessica Brown-Findlay); namawia dziewczynę na udział w "Hot Shots", programie poszukującym nowych talentów, którego zwycięzcy już nigdy nie muszą pedałować, i nawet płaci za nią bardzo wysoką opłatę wstępną. Niestety sędziowie (wśród nich rewelacyjnie parodiujący Simona Cowella Rupert Everett, którego nie poznałam) nie szukają kolejnej piosenkarki - mają za to inną propozycję nie do odrzucenia...
 
Gdybym miała szukać innych analogii, porównałabym odcinek do "Big Brothera", nomen omen ciągle bardzo popularnego w Wielkiej Brytanii programu telewizyjnego, choć nie chodzi mi o stałe "paczenie", tylko o determinację zawodników, którzy zrobią absolutnie wszystko, by pozostać w programie, w myśl zasady, że wszystko jest na sprzedaż w imię sławy - nawet prawda (bo już dawno przeszliśmy fazę sprzedaży intymności).

"The Entire History of You"

Mój ulubiony odcinek, osadzony w niedalekiej przyszłości, gdzie ludzie mogą zapisywać i odtwarzać (np. na ekranie) swoje wspomnienia za pomocą specjalnego wszczepu. W takiej rzeczywistości przyszło żyć Liamowi (Toby Kebbell), bezrobotnemu, pesymistycznemu prawnikowi, który zaczyna podejrzewać żonę (Jodie Whittaker) o romans. Żeby udowodnić swoje podejrzenia, zaczyna obsesyjnie analizować nagrania z przeszłości, popadając przy tym w zgoła dickowską paranoję i ostatecznie się staczając. To mój ulubiony odcinek: nie jest ani zbyt bliski (jak pierwszy), ani zbyt daleki (jak drugi) w możliwości wystąpienia, poza tym pokazuje destrukcyjny wpływ technologii nie tylko na życie jednostki, ale i innych codziennych rzeczy (np. oficerowie na lotnisku odtwarzają zapisy, by wyłapać terrorystów - jak dla mnie jest to spore naruszenie prywatności, ale w tym świecie nikt nie protestuje). Podoba mi się też klimat paranoi oraz gra aktorska - podejrzewam, że można by prowadzić długie dyskusje na temat tego, kto lepiej popisał się aktorsko w "Black Mirror", Rory Kinnear czy Toby Kebbell, ale ja wybieram tego drugiego.

 
Czy więc polecam "Black Mirror"? Owszem, w ciemno. Brytyjczycy po raz kolejny pokazali, jak robi się dobrą, kontestującą telewizję, która podejmuje bieżące problemy i nie cacka się w ich omawianiu - a u nas nadal najwyższą oglądalność mają opery mydlane, czyli coś, co pokolenia internetowych rewolucjonistów nie bardzo interesuje.


 
[1] Możecie sobie mówić, że Google to zło wcielone, ale synchronizacja kont uchroniła mnie przed załamaniem nerwowym...
[2] Naciągnęłam fakty: jest to bardzo ładna polityczna SF, zgrabnie połączona z AU.


 
Black Mirror (2011)
Reżyseria: Otto Bathurst, Euros Lyn, Brian Welsh
Scenariusz: Charlie Brooker, Kanaq Huq, Jesse Armstrong
Gwiazdy: Rory Kinnear, Lindsay Duncan, Daniel Kaluuya, Jessica Brown-Findlay,  Toby Kebbell, Jodie Whittaker
Więcej informacji: IMDB

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.