Jak to jest z tym mesjanizmem Sherlocka

by 16.1.12 16 komentarze
Ninedin edytowała wczoraj swoją recenzję ostatniego odcinka drugiej serii "Sherlocka" BBC,  a ja nie zdążyłam się do tej edycji odnieść. Może to i lepiej, i tak nie mogłam zasnąć, a jakoś lepiej mi się w łóżku myśli i mam nadzieję, że to wpłynie na spójność moich przemyśleń. Cytuję z pamięci, więc proszę o wybaczenie, jeśli nie robię tego verbatim.

Cytat: "Mesjańskie aluzje, śmierć za przyjaciół i walka dobra ze złem, anyone?"

Zacznijmy od początku. Z tym mesjanizmem to bym nie przesadzała. Mesjaszem był Oswald Danes, w pewnym sensie Moses z "Attack the Block", ale Sherlock nie bardzo mi do tej roli pasuje - on nie ratuje świata, tylko ten niezbędny dla jego funkcjonowania jako aspergerowca fragmencik, znajome twarze, troje przyjaciół (do niedawna miał tylko jednego), przy czym jednego nawet pomimo jego zwątpienia (przywołałabym tu niewiernego Tomasza, ale naprawdę, pisząc o mitologii chrześcijańskiej miałam na myśli anioły i diabły). I owszem, Sherlock "umarł", by nie musieli umierać John, Lestrade i pani Hudson, ale dobrze wiemy, jak to się skończyło. On umiera mniej więcej tak jak Jedenasty Doktor (niech ktoś napisze analizę porównawczą Amy Pond i Johna Watsona, ja nie czuję się na siłach), by się ukryć, przestać przyciągać do siebie uwagę mediów i opinii publicznej, zacząć ponownie wykonywać swoją pracę, a.k.a. rozpracować szajkę Moriarty'ego. Cena jest, no cóż, wysoka, i płaci ją głównie John. Myślę, że tego Sherlock do końca nie przewidział, całkowicie pozbawiony empatii na początku pierwszej serii (słynne "Not good?", gdy nie pojmował, dlaczego kobieta miałaby wspominać swoje zmarłe dziecko po 14 latach), mający zaczątki uczuć w "The Great Game" ("I've been told I haven't got one [heart]." "Well, we both know it ain't true.") i właściwie stający się coraz bardziej człowiekiem przez całą drugą serię, co, jak już kilkukrotnie wspominałam, jest dla mnie jej leitmotivem (cała przemowa Johna nad grobem Sherlocka "I wasn't sure you were human at all."). To jest główna przyczyna, dla której Moriarty stawia się w opozycji do Sherlocka, bo jego cechuje całkowity brak człowieczeństwa ("He isn't a man - he's a spider") - o czym więcej poniżej. Obaj są identyczni ("You're me"), ale gdy jeden z nich postanowił wzniecić jak najwięcej chaosu (bo tu nie chodzi o władzę, to ważne) - a chyba tylko wojna lepiej by się do tego celu nadawała niż konsorcjum zbrodni; drugi za punkt honoru postawił sobie rozwiązywanie zagadek kryminalnych, choć właściwie ma w nosie prawa ustanowione przez ludzi oraz ofiary wraz z ich uczuciami - choć początkowo chciał zostać piratem ("And what might we deduce about his heart?" - no właśnie to, gdyby nie spotkał Johna, "przepowiednia" Sally  z pierwszego odcinka pewnie by się w końcu spełniła).


Jeszcze gorzej jest w mojej opinii z tym dualizmem dobro/zło, promowanym bardzo mocno przez symbolikę baśni wspomnianych w odcinku. Moriarty podczas herbatki z Sherlockiem obsadza się własnymi słowami w roli "tego złego" ("All fairy tales need a good villain" czy jakoś tak, piszę z pamięci) i my mamy mu uwierzyć na słowo. I znowu, to nie jest prawda, tylko sprytna zasłona dymna. To, czy stoisz po stronie dobra czy zła, to tylko twój wybór, twoja wolna wola. Nie jest to też tak naprawdę dyskurs moralny - jeśli mogę się odwołać do gier RPG i ich nomenklatury, to charakter Moriarty'ego byłby chaotyczny zły (z naciskiem na pierwszą część), a Sherlocka neutralny, ewentualnie neutralny dobry, ale raczej pod wpływem Johna niż jego osobistych inklinacji. Więc ta walka dobra ze złem też tu nie pasuje. Gdy pisałam wczoraj (właściwie już dzisiaj) recenzję "The Reichenbach Fall", wykasowałam po namyśle zdanie o dwóch stronach tej samej monety, bo nie było prawdziwe w odniesieniu do tych dwóch postaci.



Co więc byłoby w odniesieniu do Sherlocka i Moriarty'ego prawdziwe? Ano to, że ja tę historię już widziałam, rozpisaną na Dziesiątego Doktora, Mastera oraz Marthę Jones. Oto mamy bowiem dwóch Time Lordów, którzy nie są przyjaciółmi, stoją po dwóch stronach barykady (a jednocześnie ponad barykadą, jeśli ma to jakiś sens, jako nie-ludzie), ale równocześnie bardzo, bardzo nie chcą być samotni. To jest właśnie ten "ostateczny problem" Moriarty'ego - on chciał, by Sherlock okazał się być taki jak on, niezwykły. A gdy Holmes to potwierdził, Jim odebrał sobie życie - zupełnie jak Master odmawiający regeneracji - przy czym Dziesiątka miał żyć ze świadomością, że jest ostatni, a Sherlock musiał podjąć decyzję, która pewnie byłaby zupełnie inna, gdyby do całej tej sytuacji doszło powiedzmy, pod koniec "A Study in Pink". W ten sposób zaprzeczył czynem swoim słowom i ostatecznie się zdefiniował. John zaś jest Marthą Jones - on ciągle w swojego współlokatora wierzy i obwieszcza to całemu światu ("No one will ever convince me that you told a lie."). I tyle. Trochę to w ostatecznym rachunku rozczarowujące, taki recycling pomysłów pomiędzy serialami.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.