O postaciach drugoplanowych, czyli ile da się wyciągnąć z prozy ACD

by 8.1.12 19 komentarze
 SPOILERY do "Sherlocka" BBC, "Game of Shadows" oraz kanonu

Tego wpisu miało nie być. Miała być zwykła recenzja "Game of Shadows", nie do końca pochlebna, "Sherlocka" BBC zamierzałam omawiać po zakończeniu emisji całej drugiej serii. Taki był plan.

W międzyczasie jednak rozpętała się afera o Irene Adler (tu), której ładnie i mądrze odpowiedź dała ninedin. Właściwie nic dodać w tej konkretnej sprawie nie trzeba. Przyszło mi jednak na myśl, głównie po pobieżnej lekturze artykułu Jacka Szczerby w DF (któremu się drugi film o Sherlocku Guya Ritchie podobał, surprise, surprise) oraz przerażającym zwiastunie "Tajemniczej wyspy" z całkiem niezłą obsadą, który zaserwowano nam wczoraj przed seansem, że mnóstwo twórców prozę ACD bastardyzuje sobie niemożebnie na ekranie dużym i małym (re: "Doktor House" czy kreacja Spocka). Jeszcze pal licho postać samego Sherlocka Holmesa, o którym z kanonu dowiadujemy się całkiem sporo (inna sprawa, że ten kanon został nam częściowo wpojony przez wizerunki stworzone przez Sidneya Pageta oraz co poniektóre ekranizacje), ale już taka Irene Adler? Pojawia się ona w jednym, jedynym opowiadaniu ("A Scandal in Bohemia"), wyprowadza detektywa w pole (przy czym mamy w tej kwestii uwierzyć ACD na słowo honoru), ale już na ekranie bryluje jako godna przeciwniczka slash love interest Sherlocka, co mnie osobiście jako osobę przywiązaną do kanonu irytuje - stąd moja chłodna ocena osiągnięć Rachel MacAdams w tej materii. Dziwi mnie jednak fakt, że Moffat zebrał bęcki od feministek, a Ritchiemu, choć moim zdaniem popełnił o wiele gorsze faux pas, się upiekło. Irene Adler Moffata jest bowiem jedyną, w którą jestem w stanie uwierzyć: kobieta, która gra w tą samą grę co Holmes i Moriarty i w dodatku jest godnym przeciwnikiem, bo potrafi użyć wszystkich swoich atutów, czyli przede wszystkim wybujałej, acz poskromionej seksualności. A u Ritchiego, podobnie jak u ACD, widz musi w geniusz Adler uwierzyć twórcy na słowo - co jest trudne zwłaszcza w "Game of Shadows".

Podobnie John Watson - obsadzony w tej roli Nigel Bruce ustalił na długie lata, jak ma wyglądać poczciwy doktor opisujący przygody detektywa. Tu Ritchiemu należą się pochwały - zatrudniając do roli Jude'a Lawa w łatwy sposób odrestaurował jego postać. Watson jest znowu równoważnym partnerem Holmesa, a nie tylko tłuściutkim fanboyem wykrzykującym "To fenomenalne, drogi Holmesie!" (na co ten z wyższością odpowiada, nawet nie starając się ukryć promieniującego  z niego zadowolenia "Ależ to elementarne, mój drogi Watsonie!" Cieszę się również, że w tym samym kierunku podążyli Moffat i Gatiss, czytając kanon pomiędzy wersami i wyciągając podobne wnioski - choć w "Skandalu w Belgravii" nie jest to może aż tak widoczne jak w "Studium w różu" - wspominałam już nie raz, że choć Cumberbatcha w roli Sherlocka cenię, to zdecydowanie wolę postać Johna - zgadzają się ze mną w tej materii również jurorzy nagród BAFTA.

W kanonie ACD właściwie wszystkie postaci (oprócz samego Holmesa) rysowane są grubą kreską, co pozwala na sporą dowolność interpretacji: i tak zarówno Watson-safanduła, jak i John-"I had bad days!" są zgodni z treścią opowiadań, których zakres czasowy to lata 1880-1914 - młody weteran to jednak inna osoba niż szanowany dżentelmen z własną praktyką lekarską.

Największe pole do popisu daje jednak postać profesora Moriarty'ego. Wprowadzone przez ACD do opowiadania "The Final Problem" w celu wykończenia znienawidzonego już przez autora Holmesa, okazał się być postacią bardzo inspirującą popkulturowo ("Studium w szmaragdzie" Neila Gaimana) i pozwalającą na dowolną reinterpretację - bo cóż właściwie oznacza określenie "Napoleon zbrodni"? Dla Moffata i Gatissa złośliwego gnoma, consulting criminal, któremu najbardziej zależy na kreowaniu bałaganu, pokazaniu, kto tu tak naprawdę rządzi niż na wymiernych profitach. Lubiłam Jima from IT, nawet jak szarżował zmieniając akcenty w scenie na basenie ("I'll burn a heart out of you!"), ale tak naprawdę dopiero scena z "Game of Shadows" z Sherlockiem wiszącym na haku pokazuje całkowity brak jego moralności oraz maniakalizm. Wolę też jego finansową motywację od siania chaosu, ma zdecydowanie więcej sensu i nie sugeruje odbiorcy choroby psychicznej. Kolejna sprawa to fakt, że we współczesnej wersji BBC trudno przewidzieć następny ruch Moriarty'ego - jak sam wspomina, jest "so changeable", co posługującego się dedukcją Sherlocka powinno doprowadzać do szewskiej pasji. Moriarty u Ritchiego jest natomiast podobny do swojego adwersarza (to profesor matematyki), co dobitnie pokazuje scena zapalania fajki na tarasie twierdzy Reichenbach, acz całkowicie niemoralny.

No dobrze, więc może jeszcze kilka zdań o "Game of Shadows", żeby temat wyczerpać. Co mi się w filmie nie podoba? Brak nawiązań do opowiadań (ja naprawdę jestem fanką kanonu), które dla mnie stanowiły ogromny plus pierwszej części. Są dwa (które wyłapałam): eksploatowany wodospad Reichenbach (który wspominany jest ze trzy razy, zanim pojawia się na ekranie, a czyż nie lepsza byłaby wersja, w której Sherlock przy posiłku z Mycroftem już na politycznym szczycie pyta "A właściwie jak się ten zamek nazywa?", na co ten odpowiada z właściwą sobie flegmą "Reichenbach" i wtedy następuje najazd kamery przez okno na ryczący wodospad) oraz "Come if convenient. If inconvenient, come anyway", który to cytat właściwie doprowadza mnie w tej chwili do pasji, bo nie  wiem, z którego opowiadania pochodzi. Brak tego czegoś, co sprawiało, że pierwszą część mogę oglądać właściwie w kółko. Lubię twórczość ACD i chciałabym oglądać grę z literackim pierwowzorem na ekranie, a dostaję właściwie film, gdzie z oryginałów wzięte są tylko nazwiska i imiona bohaterów. Zdecydowanie gorszy scenariusz, co perfekcyjnie ubrał w słowa mrw: "O pierwszej części pisałem kiedyś - o ile miała formę klasycznego kryminału (tajemnicze zgony, śledztwo odkrywające spisek), to druga jedzie formułą bondową - znamy arcywroga, nie wiemy ino co knuje i jak udowodnić, że knuje." Nieco pretekstowa Noomi Rapace, którą lubiłam jako Lisbeth Salander - nie jestem pewna, czy Rooney Mara w tej roli mnie przekonuje (przy czym chciałabym zauważyć, że kanon ACD to są bardzo męskie historie i poprawność polityczna przy przenoszeniu na ekran zwykle im nie służy). Zbyt oczywiste żarty z seksualności: "beard", "Lie with me, dear Watson" - w pierwszej części relacji głównych bohaterów mogły być właściwie dowolnie interpretowane. Nie przeszkadzały mi natomiast, tak jak zwierzowi, anachronizmy: dla mnie to czystej wody steampunk, więc soczewki kontaktowe czy inhalator ładnie się w konwencję wpisują.

Ale są też pewne usprawnienia w stosunku do pierwszej części. Ciekawsza muzyka - co prawda nadal nie pobrzmiewają w niej bałkańskie nuty, lecz cygańskie i temat przewodni zagrany na romskie skrzypce pod koniec napisów doprawdy powala na kolana. Nagi Mycroft jest lepszy niż naga Irene Adler, choć rozumiem jej motywację do poruszania się w stroju Ewy, a jego nie - zapewne miał to być akcent komiczny, świadczący o jego ekscentryzmie, ale do mnie osobiście nie trafił. Ładne zagrania ze scenami walki, które Holmes "przewiduje" - raz nie wziął pod uwagę ingerencji madame Simzy, a raz trafił na godnego siebie adwersarza (tylko dlaczego szachy? motyw tak ograny, że aż żal patrzeć).

Sądząc po reakcjach na tumblrze, druga część nie zachwyciła również innych fanów. Jest to poprawne kino przygodowe i niestety nic więcej. Na szczęście dziś jest druga niedziela stycznia i Moffat zapewni mi odtrutkę na to gorzkie rozczarowanie. Czego i wam życzę.

P.S. Na deser ładnie poskładany w całość "Skandal w Belgravii".

Sherlock Holmes: The Game of Shadows (2011)
Reżyser: Guy Ritchie
Scenariusz: Michele Mulroney, Kieran Mulroney
Gwiazdy: Robert Downey Jr, Jude Law, Noomi Rapace
Więcej informacji: IMDB

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.