Anioł, diabeł i królowa brytyjska

by 16.1.12 29 komentarze
Brzmi jak tytuł baśni? Powinno, choć na pewno nie takiej o Jasiu i Małgosi. (Ups, spoiler! Od tej pory aż do końca tekstu będą tylko spoilery).


Więc po pierwsze: mnie nie porwało. Obejrzę sobie jutro ponownie, na spokojnie, zwłaszcza scenę na dachu i portrety zabójców mieszkających na Baker Street, ale nie udało mi się zawiesić niewiary w Mycrofta i jego zdolności, tak kluczowe dla Korony, ani na chwilę - on musiał wystawić swojego brata "for greater good", ale na pewno miał plan, jak go uratować (nawet teraz, gdy wiem, że to nie do końca tak się odbyło, że mnóstwo innych osób też było w to wszystko zamieszanych). Po drugie, scenarzyści dobrze wiedząc, że w śmierć Sherlocka nie uwierzy nikt, kto kiedykolwiek czytał "The Empty House", poszli w dosyć ciekawym, choć jednocześnie oczywistym, kierunku i kazali Moriarty'emu zrujnować doszczętnie reputację detektywa. Fajny pomysł, o ile tylko się nie oglądało "Without A Clue" z Benem Kingsleyem i Michaelem Caine'm, bo wtedy pomysł z Richardem Brookiem (autonawiązanie, najs, najs) wywoływał tylko frustrację; choć fakt, że Moran jest kobietą, bardzo mi się podoba, zwłaszcza że Kitty Reilly przypomina mi jako żywo ulubioną postać z "Torchwood: Miracle Gay". Po trzecie, kod komputerowy, który działa jak klucz otwierający wszystko? U mnie ten pomysł powodował tylko zgrzytanie zębami: osiem znaków kodu zero-jedynkowego przekazuje jedną literę, to jeden bajt - jak długo ten biedny Moriarty pił tę herbatę z mlekiem i stukał paluszkiem, by go przekazać Sherlockowi? Możemy chyba dodać programowanie do listy rzeczy, na których Sherlock się nie zna.

Ale żeby nie było, to niezły odcinek jest, przynajmniej emocjonalnie, i jeśli Martin Freeman nie dostanie za niego drugiej BAFTY, to stracę wiarę w suwerenność nagród filmowych :>. To tylko ja mam z nim problemy. Podobały mi się części składowe, w całość trudno mi uwierzyć. Żal mi Johna, ale nie bardziej niż w książce. Za to jestem bardziej wkurzona na Sherlocka za numer, który wykręcił swojemu jedynemu przyjacielowi, bo był smutny już od pewnego czasu, gdy na niego patrzył - to musi coś znaczyć, prawda? Od kiedy wiedział, że będzie musiał umrzeć? I dlaczego Molly, ta łagodna, poczciwa Molly, nie powiedziała nic Johnowi, hę, skoro najwyraźniej maczała w tym palce? Na miejscu Johna na początku trzeciej serii, po usłyszeniu wyjaśnień, zaciągnęłabym się chyba ponownie do wojska, bo wszyscy jego "przyjaciele" to banda podłych manipulatorów i Moriarty przy nich wypada całkiem niewinnie - minus oczywiście choroba psychiczna i poleganie na iPhonowych aplikacjach. :>


Co jeszcze? Kompulsywne oglądanie "The Good Wife" również mi się nie opłacało, bo scena z przysięgłymi w sądzie i aresztowaniem Sherlocka trochę za bardzo mnie rozśmieszyła. Potem rozweselił mnie krawat w paski, który nosił John. Trochę wymuszone były zabawy z kanonem "Reichenbach Fall" i "the final problem", choć Klub Diogenesa wymiatał, tak samo jak jego członkowie. Miło, że wrócili Sally i Anderson ze swoją niechęcią do "ulubionego socjopaty" i całego jego CSI Baker Street, miło, że gdy Sherlock nie chce być sobą, to za radą Johna po prostu nie podnosi kołnierza płaszcza. Nawiązanie do "Incepcji" ("You can't kill an idea") było mocno naciągane i na miejscu Nolana przygotowywałabym już pozew. Swoje zrobił też "Doktor Who" - Sherlock stojący po stronie aniołów, ale nie będący jednym z nich, "Don't blink!", czasami nie lubię swojego umysłu - przy okazji, czy ktoś wie, co to za piosenka o diable była użyta jako motyw Jima? (EDIT: "Sinnerman" Niny Simone) Lubię dualizmy, lubię również baśnie, ale tutaj napchano ich zbyt wiele: król Artur i rycerze Okrągłego Stołu, baśnie braci Grimm, mitologia chrześcijańska, może warto by było zdecydować się na jeden motyw i konsekwentnie go realizować? Proponowałabym ten, który prowadzony był przez cały sezon, człowieczeństwo lub jego brak, nie tylko u Sherlocka, ale i u Moriarty'ego-pająka.

Jak wspomniała Ninedin, z oryginalnego (słabego, od razu widać, że ACD przy jego pisaniu myślał głównie: "Die, Holmes, die!!!") tekstu trudno zrobić dobrą ekranizację i panowie Moffat i Gatiss na szczęście wybrnęli z jego najgorszej pułapki, wprowadzając Moriarty'ego już w pierwszym sezonie. To niestety również zadziałało na ich niekorzyść - zakończenie "The Great Game" powinno być zawarte w każdym słowniku jako definicja "cliffhangera" i nie dało się stworzyć nic lepszego.

Więcej będzie, gdy już dostanę w swoje łapki DVD i obejrzę całość z komentarzem. Ale jak na razie wolę "Psy z Baskerville" - choć będę bardzo wdzięczna za wyjaśnienie, co w tym odcinku jest takiego genialnego, bo tumblr oszalał, a ja czuję się, jakby coś mnie ominęło.

P.S. Ha, czytanie LJa pomogło na moje zniesmaczenie zbiorową histerią na tumblrze, już pojawiło się wyjaśnienie, kto, co i w jaki sposób. Dziękuję za logiczne rozumowanie ludzi, którzy nie oglądali tnącego się streama.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.