Dlaczego "Blizna" Chiny Mieville'a jest antyfeministyczna

by 18.2.12 4 komentarze
1. Spójrzmy najpierw na bohaterów. Co prawda większość fabuły jest opowiedziana z punktu widzenia Bellis Coldwine, która kobietą niewątpliwie jest, ale im dalej w las, tym mniej zaufania czytelnik ma co do jej wersji wydarzeń, bo się orientuje, że każdy robi Bellis tak, jak chce, wykorzystując ją na lewo i prawo, manipulując nią z chirurgiczną precyzją (do ciebie mówię, Uther!), a Bellis nie zdaje sobie z tego sprawy. Jest to tym bardziej bolesne, że Bellis wydaje się być apoteozą nowoczesnej kobiety: jest wykształcona, posiada unikalne zdolności i wiedzę lingwistyczną, opublikowała szeroko cenione w świecie naukowym dzieła. Jej styl życia wydaje się być przemyślany i świadomy. A potem dowiadujemy się, że Bellis publikowała swoje książki jako B. Coldwine, by ukryć swoją płeć, by jej praca była bardziej szanowana. W końcu okazuje się, że Bellis była tylko marionetką w rękach mężczyzn, co stawia w wątpliwym świetle jej wspomnienia z Nowego Crobuzon.

W powieści jest jeszcze jedna silna kobieta, Kochanka, o której właściwie niewiele wiadomo, oprócz tego, że zdecydowanie ma cel w życiu i dość mocy, by kształtować nie tylko siebie, ale i swojego partnera, nie wspominając już o wyznaczaniu kursu dla całego miasta. Zdołała się wybić z pozycji służebnej, dodatkowo pochodząc ze społeczeństwa, w którym szacunek dla kobiet polega na ich okaleczaniu. Ona swe rodzime rytuały zamieniła na narzędzie do osiągnięcia celu, do nadanie sensu swojemu życiu. Mimo to i ona zostaje "ukarana" i opuszcza Armadę na prawie pewną śmierć, zdając sobie sprawę z faktu, że pewnie nie osiągnie celu. Nie poddaje się w wysiłku, ale zostaje skazana na społeczny ostracyzm. W dodatku przeżywa prywatny dramat, gdy okazuje się, że Kochanek nie jest jej bratnią duszą, a tylko konformistycznym głupcem. Jednocześnie to on pozostaje w Armadzie i sądząc z tego, co sugeruje Mieville, nadal kieruje Niszczukowodami.

Druga z kobiet u władzy, władczyni Czasów, ginie w czasie jednego z buntów i jej tron dziedziczy po niej brat, co sprawia, że u sterów Armady stoją sami mężczyźni (świadomie pomijam tutaj Radę Demokratyczną Bud, gdzie najsilniejszą osobowością wydaje się być kolejna kobieta - Mieville jako socjalista ma na temat demokracji mniej więcej takie samo zdanie, jakie wyraził Nolan w najnowszym Batmanie...)

Żeby nie było, reszta kobiet jest pod tym względem w jeszcze gorszej sytuacji. Angevine musi polegać na Tannerze Sacku i jego inżynieryjnych umiejętnościach, by pracować wydajniej. Carrianne cierpi podatek posoczny w zamian za bezpieczeństwo. Siostra Meriope kończy w zakładzie dla obłąkanych.

2. Istnieje taka koncepcja stworzona przez którąś z feministek, że słowo HIStory jest antyfeministyczne. Scena poniżej "The History Boys" ładnie podsumowuje całą koncepcję:


Mieville nieświadomie podąża za schematem. W "Bliźnie" opisuje dwa upadłe imperia: Imperium Widmowców oraz Malaryczną Reginokrację. Pierwsze z nich przybyło do tego świata z zewnątrz, a ich przybycie rozerwało materię świata (innymi słowy, bezpowrotnie go popsuło). Jednak tego Mieville nie potępia, wręcz przeciwnie, czyni z tego narzędzie napędzające fabułę. Malaryczna Reginokracja natomiast jest przedstawiona jako zło ostateczne: gdy rządziły kobiety z rasy anopheliusów, nikt, kto miał w sobie krew, nie był bezpieczny. To Mieville potępia, jednocześnie pozwalając Bellis rozważać, do czego anopheliusowie mogliby dojść, gdyby nie ciągły głód trapiący ich kobiety i sprawiający, że nie są w stanie nawet pomyśleć o używaniu języka do komunikacji. A gdyby były syte, czy byłyby w stanie wykazać tak samo wielką chęć do nauki jak wcale nie krwiożercze samce? Co byłyby w stanie osiągnąć? Mieville zdaje się sugerować, że właściwym postępowaniem wydaje się być przetrzebienie populacji i sprowadzenie całej rasy do roli naukowych niewolników za grzechy tylko jednej płci.

3. Jeśli przeczytaliście "Bliznę", to wiecie, że powieść kończy się zawróceniem przed samiutkim osiągnięciem celu, do którego prowadzą wszelkie działania opisane w książce (inspirowane przez Kochankę), co właściwie prowadzi do pytanie WTF? To na cholerę to wszystko było? Mój mąż (!), zapytany przeze mnie o opinię na temat książki, zdaje się sugerować, że "Bliznę" można odczytywać na drugim poziomie: jako testosteronową walkę o pokazanie temu drugiemu jego miejsca, rozgrywającą się pomiędzy Utherem Doulem a Brucolakiem, co właściwie ma dużo sensu, jeśli weźmie się pod uwagę napięcie seksualne unoszące się w powietrzu przy każdym spotkaniu tych dwóch bohaterów. Flirt pomiędzy Utherem i Bellis nawet się nie zbliża poziomem napięcia do zwykłej rozmowy pomiędzy tymi dwoma mężczyznami. Jeśli tak, to "Bliznę" można podsumować jako powieść, gdzie kobiety są tylko narzędziami do osiągnięciu celu i jako takie nie liczą się w ogólnym rozrachunku.

4. Bardzo chętnie wysłucham wszelkich komentarzy na temat tego, co wypisałam na górze, ale proszę zapoznać się najpierw z treścią "Blizny".

Notka została opublikowana dwa lata temu na moim prywatnym blogu. Dziś inauguruje cykl "Powtórka z rozrywki", czyli przenoszenie tekstów tutaj. Nie mam nowego wpisu, a już mnie irytuje wklejony w poprzednim poście filmik, zachodzący na prawy panel. Owszem, cierpię z uwagi na lekką formę OCD. :D

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.