Exegi monumentum, czyli automaton "Hugo"

by 20.2.12 2 komentarze
SPOILERY JAK STĄD DO PARYŻA

Wybrałam się na seans "Hugo" z przekonaniem, że obejrzę przygodowy film dla dzieci w 3D z elementami steampunku - trochę mi co prawda do tej wizji nie pasowało nazwisko reżysera, Martina Scorsese, oraz 11 nominacji do Oscarów (co jest ilością mocno zastanawiającą...), ale postanowiłam zignorować rozsądek na rzecz robienia "Squee!" z uwagi na fakt, iż wreszcie udało mi się wyrwać z domu, chociażby do tłumnego kina w weekend (nie znoszę) na film 3D  (którego nie cierpię, bo bilety są drogie, a obraz ciemny) z dubbingiem (dubbingu nie było, co było kolejną wskazówką, ale że czytam napisy, zorientowałam się dopiero w ostatnich dziesięciu minutach filmu - magia kina normalnie).

Choć przez pierwsze 20 minut było ciężko. Scorsese zawsze ma taki sposób przedstawiania bohaterów, który mnie nudzi, a tu dodatkowo każda osoba z tła dostała swoją historię (najmniej rozbudowaną chyba antykwariusz grany przez Christophera Lee - w ogóle przedziwne jest nagromadzenie fantastycznych aktorów w rolach trzecioplanowych...) - na szczęście potem film wciąga. Nie jest bynajmniej to obraz adresowany do dzieci - nie jestem pewna, czy ten reżyser potrafiłby zrobić film dla dzieci - choć dwójka dzieci jest jego głównymi bohaterami. A przynajmniej tak się może wydawać, bo moim zdaniem historia Hugo, osieroconego chłopca mieszkającego w zapomnianych pomieszczeniach na paryskim Gare du Nord i zajmującego się konserwacją dworcowych zegarów, to po prostu pretekst, by pokazać, jak samotni mogą być ludzie - pewnie w książce, adresowanej do młodych czytelników, akcenty rozłożone są inaczej. Scorsese zdaje się sugerować w zakończeniu filmu, gdzie nawet psy znajdują swoje drugie połówki, że nie musi tak być i wystarczy tylko impuls, by sytuację zmienić - skoro nawet dworcowy żandarm (absolutnie cudownie zagrany przez Cohena) okazuje się mieć serce we właściwym miejscu. Nie wiem, czy pomysłem Scorsese czy Selznicka (autora książki, na podstawie której powstał scenariusz) było umieszczenie akcji w tak wielkim stopniu na dworcu, ale bardzo mi się on podobał, bo przypomniał mi scenę z "Love Actually", która działa się na lotnisku i miała wręcz przeciwną wymowę: że to miejsce spotkań, pełne miłości. Ale to tylko jedna strona medalu - to również miejsce rozstań, samotności i bólu. Sam dworzec został "zbudowany" z elementów kilku różnych stacji, między innymi nieprzypadkowo wybranej Gare Montparnasse, gdzie w 1895 miała miejsce słynna katastrofa: wykolejony pociąg wypadł przez frontową fasadę dworca (scenę tę można zobaczyć w sekwencji snu). Jednak i tu symbol nakłada się na symbol i wypadająca z dworca lokomotywa przywołuje na myśl inny pociąg, ten nakręcony przez braci Lumière i pokazany w paryskiej Grand Café również w 1895 (to był dobry rok również w Londynie, złote lata Holmesa i Watsona), który wystraszył widownię nie mniej już w następnym stuleciu pewna audycja radiowa. Ale jest to też film o czasie i przeszłości - nieprzypadkowo mechanizmy zegarowe  odgrywają w nim tak wielką rolę i są, nomen omen, kluczem do całej historii. Hugo to mały zegarmistrz, tak jak jego ojciec, i konserwator zegarów, tak jak jego wuj, ale również konstruktor, tak jak starszy pan z dworcowego sklepiku z zabawkami - który kiedyś, w innym świecie, trudnił się konstruowaniem robotów i kamer filmowych oraz tworzeniem coraz to nowych sztuczek magicznych, ale potem przyszła wojna i ludzie widzieli tak wiele zła, że trudno im było wierzyć w fantazje na ekranie; a celuloidowa taśma okazała się być świetnym materiałem na obcasy trzewików. Nie wiem, jak dobrze znacie historię Georges'a Meliès (bo ja akurat wiedziałam, że trudnił się konstruowaniem zegarów i sztuczkami magicznymi z lektury bardzo złej książki pt. "Mechanizm serca" Matthieu Malzieu), ale jestem pewna, że widzieliście co najmniej jeden jego film, tutaj pięknie sparafrazowany w teledysku zespołu Smashing Pumpkins:


(Inne teledyski Smashing Pumpkins, które korzystają z dziedzictwa starych filmów, to oczywiście "Stand Inside Your Love" oraz "Ava Adore", w którym nie trzeba specjalnie wysilać wzroku, by dostrzec Belę Lugosiego.)

Bo tak naprawdę jest to film o tym, jak po I wojnie światowej na nowo odkryto twórczość Melièsa - historia jest jak najbardziej prawdziwa, choć oryginalnie nie ma w niej ani Hugo Cabreta, ani profesora Tabarda, wychowanica jest tak naprawdę wnuczką, a żona przez wiele lat kochanką (ach, ci Francuzi!), nie wspomina się też o filmach erotycznych. Jest za to automaton, w co trudno mi było uwierzyć, ale okazało się, że szwajcarskie muzeum CIMA ma w swoich zbiorach mechanicznych ludzi z XVII wieku, które potrafią pisać lub rysować bardzo skomplikowane rysunki, takie jak w filmie, jest wielka gala, przypominające szklarnię studio filmowe w Montreuil, jest wreszcie spalenie w szale dekoracji i kostiumów - choć z nieco innych powodów.

W ten sposób dostajemy również wyjaśnienie zagadki, dlaczego "Hugo" nominowany jest do Oscarów aż w 11 kategoriach (choć raczej tych mniej ważnych)  - Akademia uwielbia filmy o filmach. Żeby nie sięgać daleko, nominowany w tym roku "Artysta", pochwała kina niemego, czy "Awiator" Scorsese, opowiadający o Howardzie Hughesie.

Ben Kingsley, którego uwielbiam, nawet jeśli ostatnio gra role samych złych, powiedział w nieco miałkim wywiadzie dla "Polityki":
Przesiedziałem w paryskiej filmotece sporo godzin, zapoznając się z dorobkiem wspaniałego artysty. Zbiór odrestaurowanych cyfrowo filmów podarował mi Scorsese. Jednak niewiele to dało. Nie dowiedziałem się, jakim był człowiekiem. Kiedy obserwowałem pracę innego geniusza, nagle mnie olśniło. Mój Méliès będzie Martinem Scorsese! Podziwiałem jego kreatywność, bezgraniczne oddanie pracy, wielką radość, jaką czerpie z filmowania. Ta sama energia musiała napędzać sztukmistrza Mélièsa.
Scorsese zafascynowany jest starymi filmami - co całkowicie rozumiem - fragmenty kronik z czasów wojny wykorzystał w filmie, a sekwencje pokazujące kręcenie filmów Melièsa są najlepszymi w "Hugo", przynajmniej w mojej opinii. Podobnie zresztą było w "Awiatorze" - najlepiej zapamiętałam scenę nagrywaną przy użyciu wielu (jak na tamte czasy) kamer. To był dla historii kina moment przełomowy, podobnie jak Melies tnący klatki czy ręcznie kolorujący celuloidową taśmę. W pewnym sensie Scorsese stara się wystawić mu (jak wcześniej Howardowi) "pomnik trwalszy niż ze spiżu", ale gdy weźmie się pod uwagę wypowiedź Kingsleya i fakt, iż sam Scorsese Oscara dostał dopiero za "Infiltrację", to właściwie trudno jest jednoznacznie stwierdzić, czy przypadkiem ten pomnik nie jest wystawiany samemu sobie. Nikt nie chce być pomijany jak Leonardo DiCaprio, ale jeszcze gorzej jest być zapomnianym jak Meliès. W dodatku Scorsese postanowił zmierzyć się z 3D  - bo skoro to jest przyszłość kina, to on nie zamierza pozostać w tyle mimo siedemdziesiątki na karku. Efekt został bardzo pozytywnie oceniony przez samego Jamesa Camerona, ja osobiście jestem mniej entuzjastyczna, ale jak już wspomniałam, fanką techniki nie jestem.

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o aktorach. Bardzo dobry Asa Butterfield (granie mimiką opanował perfekcyjnie i będzie świetnym Enderem, jeśli tylko popracuje nad opanowaniem ciała - jest jednak w wieku, w którym chłopcy zaczynają zachowywać się jak słonie w skaldzie porcelany, więc jest to zrozumiałe). Na marginesie: trochę martwi mnie Gavin Hood jako reżyser "Ender's Game" - choć podobał mi się "Wolverine: Origin" nawet bardzo - i Harrison Ford jako pułkownik Graff; z drugiej strony Ben Kingsley jako Mazer Rackham jest "dream come true", jeśli chodzi o casting, trudno wyobrazić sobie kogoś innego w tej roli), świetnie poprowadzony Sacha Baron Cohen, którego postać świetnie łączy w sobie elementy komiczne i tragiczne - moment, w którym beznamiętnie komentuje swoje kalectwo jest jednym z najlepszych w filmie (drugi to oczywiście ten, w którym Hugo tłumaczy Isabelli swoją teorię wszechświata jako wielkiego mechanizmu).

Właściwie powinnam przeprosić za chaotyczną formę tego wpisu: chciałam poruszyć kilka tematów i mam wrażenie, że tylko nabałaganiłam. Po seansie nie zamierzałam pisać recenzji - film nie podobał mi się aż tak bardzo, ale z biegiem czasu (i wyszukiwaniem coraz to nowych informacji, zwłaszcza dotyczących Melièsa) okazało się, że zebrało mi się kilka uwag na jego temat. Następnym razem będziecie mogli poczytać bardziej zwięzły i monotematyczny wpis o jednym z moich ulubionych filmów. :D


Hugo (2011)
Reżyser: Martin Scorsese 
Scenariusz: John Logan, Brian Selznick
Gwiazdy: Asa Butterfield, Ben Kingsley, Chloe Grace Moretz, Helen McCrory, Sacha Baron Cohen, Richard Griffiths, Emily Mortimer, Frances de la Tour, Christopher Lee, Jude Law
Więcej informacji: IMDB



Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.