ORWO, czyli WTF?

by 3.2.12 7 komentarze
Wrocławiowi, z perspektywy mieszkanki Greater Silesia, zazdroszczę jednego: jest to miasto, w którym na niespotykaną w tym smutnym kraju skalę samorząd łoży na kulturę, i to nie tylko wysoką (festiwal Nowe Horyzonty, Przegląd Piosenki Aktorskiej, Wratislavia Cantans), ale i niską (Festiwal Kryminału czy moje ulubione Dni Fantastyki), widząc w tym ciekawą formę reklamowania miasta na ogólnopolską skalę, zwłaszcza wśród ludzi młodych. I powoduje powstawanie tak kuriozalnych tworów jak Festiwal Opowiadania.

To znaczy, kuriozalnych z mojej perspektywy. Cała moja wiedza o opowiadaniach zawiera następujące zagadnienia: jest to forma literacka zdecydowanie krótsza od powieści, do moich ulubionych przedstawicieli należą "Przemiana" Kafki, "Pani domu miłości" Angeli Carter oraz "Pop Art" Joe Hilla, Ted Chiang tworzy tylko opowiadania, jest to jedna z dwóch kategorii, w których corocznie przyznawana jest nagroda im. Janusza A. Zajdla. Posiadam też mnóstwo antologii i zbiorów opowiadań, więc można powiedzieć, że jestem ich fanką. Ale żeby od razu poświęcać tej formie cały festiwal? Jakoś mi się to w głowie nie mieści, zwłaszcza gdy jego organizatorzy postanawiają wydać wątpliwej jakości antologię.

Cały mój problem z ORWO prawdopodobnie bierze się z mojego niezrozumienia tematu. Po raz pierwszy o planowanej antologii przeczytałam na portalu Polska Ilustracja dla Dzieci, więc błędnie, jak się potem w dosyć niefortunnych okolicznościach okazało, założyłam, że jej adresatami są najmłodsi - choć do myślenia powinna mi dać już okładka, na której znajdują się co prawda nazwiska autorów i ilustratorów, ale są zupełnie na pierwszy rzut oka niezauważalne. Drugi dzwonek alarmowy powinien się rozlec w mojej głowie przy przejrzeniu wstępu do całości, który jest jednym z najbardziej przeintelektualizowanych tekstów, jakie zdarzyło mi się czytać w życiu, łącznie z analizą użycia ironii w "Tristamie Shandym" autorstwa niedoszłego promotora mojej pracy magisterskiej. Zresztą zobaczcie sami:
To ja, twoja antologia. Twój nowy portal społecznościowy. Mitologia twoja. Napisałaś mnie sama, wywołałeś mnie sam. Tamten ty. O której zapomniałaś. Z którego wyszedłeś, nie domykając na szczęście drzwi. Tak, opowiadam o bohaterach nie z tego świata, wyświetlonych na kineskopach 2d, które lubiły wybuchnąć (tak, nie znano wtedy innych efektów specjalnych). Jestem ze świata książek z papieru, kin bez klimy. Jestem linkiem, którego nie klikałaś od lat. Prowadzę do strony z niedopisaną puentą, bo na niej się wszystko dopiero zaczyna. Teraz już wiesz. Ciąg dalszy nastąpił. Przypomnij sobie, co było prawdziwe.
Konia z rzędem temu, kto nie zazgrzytał zębami przy lekturze.

Niefortunne okoliczności zaś sprawiły, że antologię kupiłam. To znaczy rozważałam jej zakup, odkąd zobaczyłam ilustrację Emilii Dziubak, tę z Buką, ale nie był to żaden must-have, dopóki nie zostałam wrobiona przez panią prezes w prowadzenie dyskusji panelowej na temat różnic pomiędzy literaturą dla dzieci i dorosłych na zeszłorocznych Targach Książki w Katowicach, której z jednym uczestników był Łukasz Orbitowski - autor książek zdecydowanie nie dla dzieci. Kupiłam więc ORWO w nadziei, że zamieszczone w niej opowiadanie będzie skierowane do młodszych czytelników. Cytując Radka Teklaka: "Ależ byłam naiwnym łosiem".

Ale skoro stałam się właścicielką tego "cuda", postanowiłam zapoznać się z całą jego treścią, byście wy nie musieli. Antologia składa się z 12 opowiadań, ilustrowanych przez 12 artystów - bardzo apostolsko. W warstwie wizualnej jest zdecydowanie ciekawsza niż w tekstowej. Tu disklejmer: znam się na ilustracjach zdecydowanie lepiej niż na współczesnej prozie polskiej, w związku z tym nazwiska pisarzy nie mówią mi zbyt wiele; kojarzę Anię Brzezińską, w której towarzystwie dokonałam zakupu, Orbitowskiego, Zytę Rudzką z jakiegoś powodu, Jakuba Żulczyka, którego ostatnio wszyscy chwalą i to właściwie tyle, bo jestem prawie pewna, że Janusza Rudnickiego z kimś mylę. Prawdopodobnie oznacza to, że jestem ostatnią osobą, która powinna się zabierać za recenzję zbiorku, ale ja naprawdę chciałabym wszystkich ostrzec przed popełnieniem mojego błędu, więc powiem tylko tyle: potrafię całkiem nieźle rozróżnić złą literaturę od dobrej i większość opowiadań w ORWO zalicza się niestety do tej pierwszej kategorii.

Palmę zwycięstwa w kategorii najbardziej niestrawnego tekstu dzierży "Kapitanka Pączucha" Zyty Rudzkiej, pseudo-feministyczny, mocno osadzony w kulcie ciała tekst o tłuściutkiej, zajadającej się pączkami dziewczynce z rozbitej rodziny, której mama żywi się sałatą i wodą, w związku z tym tatuś zostawił ją dla pulchniejszej pani. Przy czym pewnego dnia dziewczynka zakłada strój kąpielowy i idzie na basen, by pozbyć się nadwagi. Koniec opowiadania. Jeśli był w tym jakiś głębszy przekaz, to ja go nie zauważyłam.

aut. Emilia Dziubak
Drugi najgorszy tekst antologii nie zasługuje nawet na miano opowiadania: to po prostu felieton Huberta Klimko-Dobrzanieckiego o panu Maluśkiewiczu i wielorybie, który może nawet byłby się w stanie obronić w swoim gatunku, ale nie tutaj, w antologii poświęconej opowiadaniu. Na trzeciej pozycji zmuszona jestem umieścić tekst "Po tej stronie tęczy" Julii Fiedorczuk, infantylny tekst, w którym Pinokio (będąca dziewczynką) przechodzi do krainy, w której wszyscy są drewniani i w związku z tym wreszcie czuje się kochana (jeżeli jest to metafora tego, że "birds of feather flock together", to przysłowie wyraża to w zdecydowanie lepszy, bo zwięzły, sposób).

Jednak największym problemem antologii jest to, że teksty nie zapadają w pamięć. Po miesiącu od zakończenia lektury nie pamiętam już ich treści. Wyjątki są cztery. Ania Brzezińska, której opowiadaniu przydałaby się puenta, bo każdy, kogo dzieciństwo przypadało na dwie ostatnie dekady PRLu i mieszkał na blokowisku, pamięta zabawy na nieuprzątniętych pozostałościach budowy, ale oprócz wartości sentymentalnej tekst sam w sobie broni się z trudnością. Jakub Żulczyk z "Górą Szarika" - faktycznie jest coś w jego stylu, co warte jest bliższego przyjrzenia się. Mocny emocjonalnie, pełen niejednoznacznych postaci "Strzał" Orbitowskiego, ale ten człowiek chyba w życiu nie popełnił słabego tekstu i choć nie jestem fanką horrorów, to potrafię docenić jego talent. Oraz najlepszy tekst antologii, czyli "Niewinność" Adama Wiedemanna, które mnie osobiście zachwyciło. Jest bardzo w stylu opowiadań Hemigwaya, z pierwszoosobową narracją samotnego, mocno związanego z rodzicami, dobrze wychowanego chłopca, który odkrywa pączkującą w sobie seksualność, choć sam nie do końca jest świadomy tego procesu i w żadnym momencie nie analizuje swojej fascynacji starszym ministrantem czy aktorem odtwarzającym postać młodego Hindusa w filmie; są to zresztą z jego punktu widzenia sprawy poboczne. Więcej powiem, jest to prawdopodobnie najlepszy tekst polskiego mainstreamu od lat - ale nawet dla niego nie warto kupować całego ORWO, lepiej poszukać go w bibliotece. Dziwi mnie jednak, że takie teksty powstają w dobie gloryfikowania brutalnej prozy Kuczoka, Masłowskiej czy Gretkowskiej - choć z mojego punktu widzenia są pożądaną odmianą i  jedynym sensownym powodem dla takich przedsięwzięć jak ORWO.



Antologia ORWO (2011)

Autorzy: Justyna Bargielska, Anna Brzezińska, Julia Fiedorczuk, Inga Iwasiów, Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Anna Nasiłowska, Łukasz Orbitowski, Małgorzata Rejmer, Janusz Rudnicki, Zyta Rudzka, Adam Wiedemann, Jakub Żulczyk


Wydawnictwo Format i CK ZAMEK

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.