Prawdziwa stal krytyki się nie boi

by 5.2.12 2 komentarze
Dzisiaj będzie króciutko.

Drodzy koleżanki i koledzy!

Zawiodłam się na was srodze. Zwykle uważam, że blogosfera jest najlepszą rzeczą dla harmonijnego rozwoju moich fanowskich fascynacji, jaka wydarzyła się od czasu wynalezienia internetu (z powodu wrodzonego skąpstwa ominęła mnie faza usenetowa - kto łączył się kiedykolwiek za pomocą modemu, ten wie, co mam na myśli), a konglomeratowa świadomość nigdy nie myli się w ocenie danego zjawiska. gdy więc wszyscy jak jeden mąż stwierdziliście, że "Real Steel" jest filmem wybitnie złym, uwierzyłam wam na słowo honoru i nie poszłam do kina (choć dubbing miał również spory udział w podjęciu decyzji na "NIE"), mimo że, jak powszechnie wiadomo, kocham miłością bezwarunkową zarówno wielkie, tłukące się po mordach roboty, jak i Hugh Jackmana.

Chciałam niniejszym stwierdzić, że wierutnie mnie okłamaliście i to jedno wydarzenie zachwiało w posadach całą naszą wzajemną relacją; już nigdy nie będę w stanie w 100 % uwierzyć w wasze opinie. Jak mogliście mi to zrobić, ja się pytam? No jak? Czy nie macie serca? Czy pozwalacie, by anonimowi krytycy oceniający film na imdb.com mieli u mnie większy kredyt zaufania niż wy, których do tej pory uważałam za przyjaciół?


Film bowiem obejrzałam pewnego zimowego popołudnia, świetnie się przy tym bawiąc. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam: zapewniające godziwą rozrywkę kino familijne na przyzwoitym poziomie. A wielkie roboty pokochałam od pojawienia się Midasa (a potem Noisy Boya i oczywiście Zeusa, bo Atom jako główny nieludzki bohater jakoś mi do gustu nie przypadł) i szczerze im kibicowałam. I może Hugh Jackman gra okropnie (co mu się rzadko zdarza, i pierwsza przyznam, że nie jest ci on najlepszym aktorem na  świecie, ale minimalne braki w tej materii rekompensuje wyglądem oraz śpiewem i tańcem - sam jeden jest pod tym względem równie dobry jak cały zespół "Śląsk"), a jego postać trudni się głównie rozbijaniem kolejnych robotów w pył (co ogólnie, o ile dobrze rozumiem, jest celem walk, tylko że on rozbija głównie swoje), a fabuła nie do końca trzyma się kupy (jakie są w końcu zasady tych walk w kwestii kierowania robotem, bo z filmu wynika, że właściwie wszystkie chwyty są dozwolone nawet w ligowych pojedynkach, w co jakoś trudno mi uwierzyć, bo byłaby to jedyna taka liberalna dyscyplina sportu), ale kto by się tym przejmował, gdy ekran zostaje zdominowany przez Taka Mashidę (serio, facet wygląda i zachowuje się tak, jakby urwał się z planu "G.I. Joe"). Scena finałowej walki nie tylko sprawiła, że zwilgotniały mi oczy, ale również skłoniła mnie do obejrzenia całego "Rocky'ego" - do tej pory widziałam tylko fragmenty, a jest to film zasługujący na swoje miejsce w panteonie kinematografii, poza tym w przeciwieństwie do późniejszych filmów Stallone'a pokazuje, że facet potrafi grać (i pisać bardzo dobre scenariusze). "Real Steel" zafundował mi też trip down the memory lane: obejrzałam na YT kilka odcinków bardzo lubianego kiedyś przeze mnie anime "Angelic Layer", bo mi się tak jakoś nasunęło skojarzenie, i nadal jest to milutki serialik!

Jestem więc na was chwilowo zła, koleżanki i koledzy *foch*. Proszę mi na przyszłość takich numerów nie wykręcać.


Pozdrawiam chłodno,


Rusty




P.S. Mój dobry przyjaciel T. zapewnia mnie, że "Immortals" są cudownie campowym i wartym obejrzenia filmem, więc w tej kwestii również was nie posłucham, drodzy blogerzy.




Real Steel (2011)
Reżyseria: Shawn Levy
Scenariusz:
John Gatins, Dan Gilroy, Jeremy Leven, Richard Matheson
Gwiazdy:
Hugh Jackman, Dakota Goyo, Karl Yune
Więcej informacji: IMDB


Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.