If we can, we must - czyli o oryginalnej kampanii reklamowej do filmu "Prometheus"

by 19.3.12 9 komentarze
Są ludzie, którzy uważają, że tetralogia "Alienów" jest najlepszą rzeczą, jaka została nakręcona na celuloidowej taśmie - mieszkam z taką osobą od kilku lat, więc wiem, o czym mówię. Można się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, ale trudno dyskutować z tezą, że pierwszy i drugi film w serii stanowią, każdy w swojej kategorii horroru SF i filmu wojskowego SF, kamienie milowe. Potem niestety jest trochę słabiej (choć ja akurat trzeci film lubię najbardziej, z uwagi na warstwę wizualną, Fincher zawsze świetnie konstruował kadry), a całość zarżnął (nie bójmy się mocnych słów) Jean-Pierre Jeunet w części nazwanej, ha ha ha, "Rezurekcją". Kuriozalne twory spod znaku AVP miłosiernie przemilczę.


Zaś w roku 2012 Ridley Scott wraca na fotel reżysera, by po 33 latach ponownie udowodnić nam, że wszechświat nie jest dla ludzi, potwory czyhają na każdej planetoidzie, androidy bynajmniej nie posługują się trzema prawami robotyki Asimova, a korporacje są złe. Ma przy tym zdecydowanie większy budżet niż w 1979 roku, który może wydać na efekty specjalne na wysokim poziomie (za część powinien podziękować swojemu koledze po fachu, Jamesowi Cameronowi, który od lat w coraz to nowych filmach przesuwa granicę tego, co jest możliwe do pokazania na kinowym ekranie), sporą grupę aktorów z pierwszej ligi, utalentowanego scenarzystę i H.R. Gigera jako konsultanta. Właściwie trudno nie zrobić w tym wypadku hitowego filmu.

Pierwsze zwiastuny jednak nie zachwycały - chaotyczne, fragmentaryczne i przede wszystkim ciemne sceny właściwie nic nie pokazywały, a wprowadzały mnóstwo zamętu. Zdecydowanie odstraszała deklaracja Scotta, że inspirował się książkami Ericha von Dänikena przy tworzeniu filmu, drastyczne przesunięcie daty premiery oraz fakt, że film miał w żaden sposób nie być związany z uniwersum alienowym - co na szczęście zostało zmienione i choć ksenomorphów w filmie nie uświadczymy, to pojawi się w nim "space jockey".

Dlaczego na szczęście? Bo pozwoliło na jedną z najciekawszych kampanii reklamowych filmów, jakie widziałam. Oprócz wypuszczania coraz to nowych zwiastunów (ostatni, międzynarodowy trailer mnie osobiście powalił na kolana) oraz zwiastunów do zwiastunów (chyba do podgrzania atmosfery) na oficjalnej stronie TEDTalks pojawiła się przemowa z przyszłości, konkretnie z roku 2023, Petera Weylanda (tego od późniejszej korporacji Weyland/Yutani), opowiadającego o swoich ambicjach związanych z produkcją cybernetycznych ludzi (skądinąd wszyscy wiemy, jak to się skończyło):

Od tego fikcyjnego "talku" możemy przejść do innych, już całkowicie autentycznych (polecam ten z JJ Abramsem); oprócz tego zamiast oficjalnej strony filmu stworzono mu profile na FB i Twitterze. Jakby tego było mało, fani zgromadzeni na WonderConie w Kalifornii 17 marca otrzymali wizytówki z adresem i numerem telefonu do korporacji Weylanda; po zadzwonieniu pod podany numer otrzymywało się smsa z linkiem do kolejnego video, gdzie android David 8 (w tej roli Michael Fassbender) był "wypakowywany" i aktywowany. Fajne wprowadzenie do całości: nowym, potencjalnym na razie fanom daje ładne wprowadzenie do klimatu obrazu, który według słów Scotta ma być bardzo ponurym filmem, a wieloletnim miłośnikom franczyzy ślicznie łączy stare z nowym. Mnie zaś, jako że nie zaliczam się ani do pierwszej, ani do drugiej kategorii, zapewnia o przemyślanej strategii reklamowej i mocno zachęca do niecierpliwego czekania na 20 lipca 2012. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że wreszcie zobaczę idealny film SF, o zwykłych ludziach popełniających błędy, podróżujących w kosmosie ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami, o definicji człowieczeństwa i boskości, z obcymi formami życia, łączący zgrabnie stare z nowym. Czego sobie i wam życzę.

EDIT: Od czasu napisania tej notki w sieci pojawiła się strona www korporacji Weyland.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.