"Wielki Gatsby" zawiódł wielkie nadzieje

by 16.3.12 0 komentarze
(Tytuł posta i cytaty "pożyczyłam" ze znakomitej recenzji Michaliny Łubeckiej)

Byłam wczoraj w teatrze. Zdarza się, ostatnio częściej niż zwykle. Tym razem doświadczenie było o tyle oryginalne, że na widowni razem ze mną siedzieli aktorzy Teatru Rozrywki, czujnie sprawdzający konkurencję w ramach dorocznego festiwalu spektakli teatralnych "Interpretacje" - co przełożyło się na ogromną frekwencję oraz tłumy studentów kulturoznawstwa, z podziwem patrzących na zgromadzonych w teatrze artystów.

Ustalmy sobie jednak parę kwestii na początku, by nie było nieporozumień. Nie znam się na teatrze. Nie widziałam żadnej innej sztuki pokazywanej w ramach festiwalu, nawet "tubylczych" "Położnic ze szpitala św. Zofii". Nie wiem też, na jakich zasadach wybiera się spektakle biorące udział w festiwalu. Wybrałam się na ten konkretny tytuł, bo F. Scott Fitzgerald jest moim idolem, choć "Wielki Gatsby" nie jest bynajmniej moją ulubioną książką tego autora.

Obawiałam się jednak, że powieść jest nie do przeniesienia na deski sceniczne. Trudno oddać bogaty język Fitzgeralda, który w mowie może brzmieć egzaltowanie, czy zrozumieć skomplikowane motywacje postaci w trakcie najdłuższego nawet spektaklu. Oczywiście problemy poruszane w książce (klasowość, życie w bogactwie/ubóstwie, idealizacja przeszłości) są nadal aktualne, ale czy mogą być nadal interesujące?

Michał Zadara, reżyser spektaklu, człowiek renesansu, wydaje się być przekonany, że nie, bowiem w przedziwny sposób postanowił uwspółcześnić fabułę (o czym więcej poniżej), jednak z jego wizji wyziera jedna cecha ponad innymi: młody wiek i wynikający z niego brak doświadczenia. Jestem przeświadczona, że błędy, których nagromadzenie w efekcie pogrąża posiadający spory potencjał spektakl, mogły zostać wyeliminowane na etapie prób - dziwnym się jednak wydaje, że nikt ich nie spostrzegł i nie skorygował w odpowiednim czasie.

1. Dłużyzny.
Trzy godziny to zdecydowanie zbyt długi czas trwania sztuki, zwłaszcza, że przydałoby się wyciąć dłużyzny i sceny powtarzane po trzy razy, w różnych konfiguracjach, jakby Zadara nie mógł się zdecydować, która wersja jest najlepsza, więc postanowił włączyć do sztuki wszystkie opcje - dotyczy to zwłaszcza scen przyjęć, pardon, imprez. Pomysły, które błyszczą (goście stojący na schodach w pozach manekinów na sklepowych wystawach) giną w natłoku hałasu i bieganiny rodem z Benny Hilla - poza tym za każdym kolejnym powtórzeniem męczą, aż widz zaczyna się zastanawiać nad umknięciem z teatru. A przecież u Fitzgeralda przyjęcia do była okazja do pokazania całej parady interesujących postaci - u Zadary zaś widzimy tylko karykaturalne, zmanierowane sylwetki, wygrywane w tle na jednym geście czy zdaniu. Były oczywiście w sztuce momenty bardzo dobre, ale reżyser chyba nie zdawał sobie sprawy z ich potencjału, np. flapperka (posługuję się terminem Fitzgeralda) dopytująca o przyjęcie i popadająca w coraz bardziej histeryczne tony błyszczała chyba najjaśniej (zwłaszcza w scenie, gdy samym głosem grała cztery różne postaci) - ale co za dużo, to niezdrowo, i za ostatnim razem tylko męczyła widzów wysokimi tonami.

2. Kwestie językowe.
Problemem jest również adaptacja tekstu stricte literackiego na potrzeby dramatu scenicznego - brak czwartej ściany jest cudownym narzędziem, ale nie wtedy, gdy postać wygłasza trwający 10 minut, retrospektywny monolog. Zupełnie osobną sprawą są wyraźnie słyszalne w kwestiach postaci kalki z języka angielskiego: część z nich mogła być zamierzona, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Zadara chciał ośmieszyć środowisko polskich "celebrytów", ale większość wyraźnie pochodzi z prywatnego języka autora przekładu i jest powszechnie uznawana za błędy językowe - niestety nie każdy nadaje się na tłumacza, zwłaszcza literatury pięknej, nawet jeśli perfekcyjnie zna język oryginału.

Co zabawne, Zadara ma ucho do kwestii. Do wyświetlania na telebimach wybrał naprawdę świetne zdania, wyciągnięte wprost z tekstu powieści. Nie przekłada się to jednak na jego umiejętność pisania dialogów; w miejscach, gdzie nie korzystał z oryginału, są one albo drętwe, albo sztucznie brzmiące. Najgorzej jest jednak w momentach, gdy stara się łączyć język Fitzgeralda ze swoim własnym - style po prostu nie pasują do siebie i zgrzytają w uszach. Wielkim minusem jest też wprowadzenie polskiego slangu do wypowiedzi bohaterów: najgorsze jest chyba "łysku", które pija Tom.

3. Przekaz emocji.
Po wielu miesiącach przygotowań do premiery – publikacji felietonów oddających na bieżąco przemyślenia reżysera, nowego przekładu tekstu, wreszcie prób, Zadara zapowiedział, że spektakl ma niekoniecznie skłonić widzów do przemyśleń o formie, ale bardziej – wzruszyć ma ich dramat bohaterów. Pomysł niby prosty, ale jak wiadomo uwagę publiczności czasem trudno skupić na scenicznej akcji. Nie powinno być to kłopotliwe, jeśli ma się – jak Zadara - do dyspozycji obrotówkę, doskonałą scenografię i jeszcze kamery porozstawiane w innych niż główna scena pomieszczeniach teatru.
(źródło)

Zadara po prostu bezczelnie kłamie, bo dramat bohaterów nie wzrusza ani trochę. Co bardziej zblazowani widzowie ziewali ostentacyjnie, ale nawet oni nie zdołali się zbliżyć do poziomu blazy Daisy Buchanan. Ze sceny wiało nudą, co reżyser ratował groteskowymi przyjęciami, mającymi chyba spełniać rolę scen akcji. Trudno również było uwierzyć w płomienny romans pomiędzy dwójką głównych bohaterów - przy czym Gatsby byłby do uratowania, gdyby tylko stał i "wyglądał". A przecież książka właśnie na emocjach się opiera - to historia tragiczna człowieka usiłującego odwrócić bieg czasu i nie zdającego sobie sprawy z niemożności swojego planu, niepasującego do ludzi, których postanawia udawać. A tego dramatu na scenie nie ma, chyba że to miała mi przekazać scena, gdy w podkoszulku pije drinka, opierając się o balustradę i tłumacząc Nickowi koleje swojego życia. A przecież Gatsby ma potencjał, wystarczyło chociaż umiejętnie rozegrać odkrywanie prawdy o jego kłamstwach. Takich zaprzepaszczonych momentów jest więcej,  np. scena konfrontacji w hotelu pomiędzy Gatsbym a Tomem Buchananem, w której niestety widz koncentruje się na kelnerce szorującej szmatą po podłodze.

4. Gra aktorska.

Nie sposób jednak odnieść wrażenia, że zespół miota się pomiędzy dramatem i groteską, nie mogąc obrać jednej, przemyślanej drogi.
  (źródło)

Może bardziej doświadczony reżyser (wyuczony formalnie w swoim fachu) byłby w stanie lepiej poprowadzić aktorów (bo to nie był jednak żywiołowy performance i jakieś wskazówki aktorzy musieli otrzymać, prawda?) - a tak po scenie plącze się cała plejada antypatycznych postaci, które w dodatku niebezpiecznie przypominają polskich "celebrytów". Michał Czachor grający Gatsby'ego wygląda jak Borys Szyc po operacji plastycznej, a sposób, w jaki wypowiada kwestie swojego bohatera, doprowadzał mnie do szału. Mateusz Łasowski (Tom Buchanan) wypada na jego tle lepiej, choć też dziwnie przypomina co poniektóre kreacje Tomasza Kota. Najgorzej jest jednak z Daisy (Barbara Wysocka) - ja nie wiem, kto powiedział tej aktorce, że potrafi grać, okłamując ją wierutnie. Trochę lepiej wypadają postaci z drugiego planu, choć i tam większość aktorów na problemy z opanowaniem własnej gestykulacji (co, jak rozumiem, ma oznaczać ekspresję sceniczną), a czasami i głosu. Na wyróżnienie zasługuje Artur Krajewski (Nick), choć na początku nie byłam do niego przekonana - na szczęście potem się rozkręcił.

5. Nagromadzenie środków formalnych.

Scena obrotowa, doskonale zaprojektowana scenografia, kamery przekazujące obraz na telebimy, umieszczenie scen w holu i na zewnątrz teatru, wcześniej nagrane filmy (szkoda, że w ten sposób nie załatwiono wszystkich retrospektywnych scen...), sporo głośnej muzyki, brak czwartej ściany, długie monologi, meta-spektakl, krytyka sztuki, to wszystko  w "Wielkim Gatsbym" jest - co znowu pokazuje, że Zadara mija się z prawdą, bo postawił na bogactwo form zamiast na emocje. Trzeba mu przyznać, że potrafił je maksymalnie wykorzystać, niestety wolałabym, że przedstawienie było skromniejsze, a "pełniejsze". Obawiam się, że brakuje młodemu reżyserowi jeszcze wyczucia, zachłysnął się otrzymanymi środkami i efekt nie dorósł nawet do pięt jego wizji.

6. Chaos i niezamierzona groteskowość.

Oto video z próby drugiego aktu:



Na filmiku nie widać dwóch wielkich i dwóch małych telebimów umieszczonych parami po obu stronach sceny, które dodatkowo potęgowały wrażenie chaosu - a to była trzecia taka scena (nie zmyślam). Czasami miałam wrażenie, że zamiast sztuki obserwuję bardzo intensywny mecz tenisowy, w którym piłka przelatuje nad siatką z prędkością błyskawicy. Trudno w tym natłoku wizji skupić się na samych bohaterach - co jest główną siłą nośną historii Gatsby'ego.

Nie mam nic przeciwko uwspółcześnianiu sztuk, ale należy to robić z głową, a tu Tom jest bysiem, żona Wilsona to blachara, a bohaterowie nadal się upierają, że mieszkają na Long Island - tyle dobrze, że już nie w pierwszej połowie XX wieku, tylko prawie sto lat później. Co nie zmienia faktu, że przez większość czasu miałam wrażenie, jakbym oglądała polski serial produkcji TVN.

Były oczywiście plusy: świetne kostiumy i projekt sceny, wykorzystanie multimediów i drewniany pomost wychodzący w głąb widowni, aktor grający Wolfhiema (ale tylko do momentu wyciągnięcia noża, po co ten nóż?), pomysł na herbatkę w deszczu i fortepian ukryty w ścianie. Za mało tego jednak, by uratować spektakl. A szkoda.

P.S. Czy ktoś z czytelników bloga miał okazję zobaczyć "Hamleta obnażonego" Radosława Rychcika (Teatr im. Stefana Żeromskiego z Kielc)? Podobno Rosencrantz i Guilderstern są tam prostytutkami świadczącymi usługi seksualne tytułowemu bohaterowi, co jest o tyle dziwne, ze podobno motywem przewodnim tej konkretnej adaptacji jest konflikt pokoleń, a Hamlet nigdy nie dorósł. Ja chyba nie ogarniam współczesnego teatru. Inna sprawa, że wersja Stopparda też ma swoich krytyków.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.