Wstyd, panie McQueen

by 10.3.12 8 komentarze
Recenzji z "Wstydu" nie zamierzałam pisać, zakładając, że ujawni ona więcej o mnie niż bym sobie tego życzyła. Ale nie mogę się powstrzymać, bo film wzbudził we mnie trochę emocji, choć chyba nie takich, na jakie liczył Steve McQueen.

Nie jest to, jak sugerują materiały prasowe, film o uzależnieniu od seksu. W ogóle nie jest to film o nałogu, jeśli takiego oczekujecie, to polecam niezawodny "Trainspotting" albo ten teledysk The Smashing Pumpkins. Seksoholizm nie niszczy ciała, człowiek z sukcesem może funkcjonować w społeczeństwie, mieć przynoszącą spore dochody pracę, wyglądać jak młody bóg i czerpać z życia pełnymi garściami - bo jeśli uda mu się w Nowym Jorku, to uda mu się wszędzie, a uczucia są tylko zbędnym balastem. Seksoholizm jest tylko jednym z aspektów oderwania Brandona (Michael Fassbender, którego na ekranie nie widziałam ani przez chwilę, taki był rewelacyjnie "schowany" w roli) od emocji, jak rodzaj słuchanej muzyki, doskonale skrojone ubrania, ascetyczny wystrój mieszkania, dystans do kolegów z pracy - niestety na niego położono nacisk w filmie, co chyba nie jest zbyt fortunną decyzją z czysto artystycznego punktu widzenia; ale, jak wiadomo nie od dziś, byle cień sugestii seksu zwiększa statystyki sprzedaży. Jest więc Brandon i jego skromny żywot wiedziony w pozbawionym blichtru Nowym Jorku, przedstawiony widzowi przez pryzmat buzującego libido. Przez tę "soczewkę" oglądamy również jego relacje z zdecydowanie zbyt emocjonalną, jakby egzystującą na drugim końcu skali siostrą (źle obsadzona Carey Mulligan - wolałabym trochę bardziej "wymiętą" aktorkę - poza tym "amerykański" akcent przyprawiał mnie o ból zębów), przez co stają się one zabarwione kazirodztwem; przy czym to siostra "uwodzi" brata, począwszy od sugestywnie nagranych na automatyczną sekretarkę "Pick up... pick up...", poprzez całkowity brak prywatności w sypialni, sieci i pod prysznicem, po pytanie "Do you think I'm fat?" - można to interpretować jako brak pewności siebie, ale jest to też zdanie wypowiadane przez kobiety zabiegające o uwagę mężczyzn. A ja bym chciała jednak zobaczyć historię tego biednego człowieka, próbującego odciąć się od przeszłości, usiłującego praktykować stoicyzm, a wciąż zbaczającego w kierunku hedonizmu niż to, co zaserwował nam na ekranie McQueen. Człowiek już, już osiągnął w tej materii sukces, a tu zła siostra wciąga go z powrotem w bagno, eksponując swoje czerwone, miękkie, oślizgłe wnętrze - to częściowo wyjaśnia bardzo "wilgotną" scenę płaczu w deszczu, która może miałaby rację bytu w "Śniadaniu u Tiffany'ego", oh wait, ale nie we "Wstydzie" (za to kilka łez uronionych w barze podczas źle zaśpiewanej piosenki, o, to miało moc). Drażni mnie zwłaszcza brak oceny jakiejkolwiek z postaw - "We're not bad people. We just come from a bad place" jest po prostu pójściem na łatwiznę, tak samo otwarte zakończenie, jakby reżyser bał się, że film sam w sobie nie wywrze na widzu odpowiedniego wrażenia - rozumiem, że to dopiero drugi jego pełnometrażowy film, ten, po którym potencjał twórcy poddaje się re-ewaluacji, ale może trochę wiary we własne dzieło? Historię "robi" Fassbender, który tak cudownie uzależnienie oddał, że sama zastanawiałam się wraz z jego bohaterem, czy niewinna kwestia "So you like sugar?" zawiera podtekst seksualny czy nie, ale jego grę aktorską wspaniale podkreślają bardzo konsekwentnie stosowana kolorystyka oraz stonowana garderoba jako zbroja, z której Brandon powoli się wyślizguje w dresiki. Świetnie podsumowujące problem ujęcie kamery pokazujące bandaż na nadgarstku Sissy, przez który przecieka krew - tak właśnie wygląda życie, przesącza się niespostrzeżenie, mokre i obrzydliwe, trudno od niego całkiem uciec. Bardzo mocna scena biegania przez miasto nocą, widać talent, widać wyczucie, szkoda tylko, że nie we wszystkich ujęciach w filmie. Co prawda miło sobie popatrzeć na kopulującego Fassbendera, w całkowitym oderwaniu od jakichkolwiek erotycznych doznań, ale mam problem z faktem, iż najgorsza degeneracja w oczach McQueena to kolejno ekshibicjonistyczny seks z prostytutką, włożenie nieznajomej kobiecie w barze ręki w majtki i namówienie jej na seks analny, BJ od przystojnego geja oraz trójkącik z dwoma prostytutkami (jedna jest Azjatką, może to ważne?).

Czytam więc kolejną laurkową recenzję, chwalącą aktorstwo Fassbendera (faktycznie rewelacyjny), artystyczność obrazu (owszem, wizja na ekranie jest spójna), obwołującą obraz McQueena filmem roku (widziałam lepsze w 2011) i pomstującą na "ślepych" członków Akademii (nominacja dla Fassy'ego jednak by się przydała, ale ogólnie rzecz biorąc zgadzam się z brakiem nominacji dla "Wstydu") i dziwię się światu. Bo jeśli wyciągniemy z filmu seks, to naprawdę zostaje miałka opowieść, wystarczająca może na studencką etiudę. Meh.

A jeśli chcecie spójnej recenzji, to polecam tę autorstwa VN.

EDIT: Zgadnijcie, kto pomylił przycisk "Zapisz" z "Opublikuj"? Recenzja została umieszczona na blogu przed jej ukończeniem, za co najmocniej przepraszam. Mogłabym ją poprawić, ale tego nie zrobię - jest to trzecia wersja, najsurowsza wobec filmu. I chaotyczna. Oh well. Następnym razem będę bardziej uważna.

Shame (2011)
Reżyseria: Steve McQueen
Scenariusz:
Abi Morgan, Steve McQueen
Gwiazdy:
Michael Fassbender, Carey Mulligan
Więcej informacji:
IMDB

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.