Intertekstualny kod Szekspira

by 9.4.12 5 komentarze
Jak ja lubię, gdy za przeróbki i interpretacje Szekspira zabierają się ludzie, którzy faktycznie wiedzą, o co chodzi (o panach mówię, panie Stoppard, panie Branagh!), oczytani erudyci, zafascynowani intertekstualnością - efekt jest wtedy piorunujący. Do takich ludzi z pewnością należy Gareth Roberts: fani "Doctora Who" zawdzięczają mu nie tylko postać Mickeya Smitha (umieścił go po raz pierwszy w jednym z komiksów), ale również jeden z najlepszych odcinków z Marthą Jones - jak wszyscy wiemy, w trzecim sezonie w ogóle są najlepsze odcinki.

"The Shakespeare Code" już nazywa się intertekstualnie, odwołując się do bestselleru Dana Browna z da Vincim w tytule (czy Doktor spotkał kiedyś da Vinciego?) - a to dopiero początek pełnej nawiązań jazdy bez trzymanki. Dwa razy dostaje się pani Rowling: po raz pierwszy, gdy Doktor wspomina o siódmy tomie przygód Harry'ego Pottera (czytając płakał, ale czy nie my wszyscy?), a Martha używa zaklęcia "Expelliarmus!", by pomóc Szekspirowi dokończyć inkantację odsyłającą Karionitów tam, skąd przyszli (a dokładniej tam, gdzie ich uwięziono). Martha dopytując o paradoksy podróży w czasie wspomina jedno z opowiadań Raya Bradbury'ego, a Doktor rozwiewa jej wątpliwości, cytując Doca Browna (brzmi to prawie tak dobrze jak "it's timey-wimey, wibbly-wobbly stuff", które serwuje potem Sally Sparrow - to podpowiedź konkursowa jak się patrzy).

Ale najbardziej dostaje się samemu Szekspirowi. Punktem wyjścia fabuły jest zaginiona komedia Szekspira, sequel "Love's Labour's Lost". Jej znalezienie jest chyba marzeniem każdego szekspirologa (a przecież takie przypadki się zdarzają - nie dalej jak dwa lata temu syn Mervyna Peake'a odnalazł na strychu kolejną książkę o Tytusie). Roberts stara się na modłę DW wyjaśnić, co stało się z manuskryptem, co u mnie owocuje przekonaniem, że żadna z tych sztuk ("Love's Labour's Lost" i "Love's Labour's Won") nigdy nie została przez Szekspira napisana. Well, Thursday Next też ma z tym przekonaniem coś wspólnego, ale to chyba temat na osobną notkę.

Dialogi naszpikowane są cytatami z sztuk Szekspira; tak jak w "Tooth and Claw" Rose usiłowała w ramach zakładu zmusić królową Wiktorię do powiedzenia "We are not amused", tak tu Dziesiątka bawi się w podrzucanie dramatopisarzowi jego własnych linijek: wyłapałam "Hey nonny nonny!", słynne "To be or not to be...", imię matki Kalibana (czyli Sycorax, która to nazwa jest jednocześnie nazwą rasy obcych, atakujących Ziemię w "The Christmas Invasion") z "Burzy". Doktor raz też cytuje Dylana Thomasa (który był "posh Welsh", nieodróżnialny od Anglika*...); szczerze mówiąc, chciałabym zobaczyć odcinek, w którym Doktor spotyka Thomasa i inspiruje go np. do napisania "Under Milk Wood", pokazując mu inne światy, zwłaszcza że w celu nakręcenia go nawet nie trzeba by było nawet opuszczać Walii... Trudno powiedzieć, na ile Roberts przy pisaniu scenariusza inspirował się kreacją Josepha Fiennesa w "Zakochanym Szekspirze", który od czasu do czasu rzucał "Good name", z widoczną intencją użycia go w następnej sztuce.
Wracając jednak do "The Shakespeare Code", mamy trzy wiedźmy z "Makbeta" jako przeciwników Doktora. Karionici to obca rasa, używająca słów i krwi do uprawiania czarnej magii, dlatego Szekspir i jego słowotwórczy geniusz są idealnymi narzędziami, by uwolnić pozostałe siostrzyce z więzienia - a jeśli przez to końcowy monolog jego zaginionej sztuki wydaje się pozbawiony sensu, no cóż, nie jest to pierwszy taki przypadek i z pewnością nie ostatni. Ale archetyp sięga głębiej: wiedźmy są trzy, jak Mojry, Norny czy Parki, reprezentują przyszłość, teraźniejszość i przeszłość, są dziewicą, matką i staruchą. Ich magia związana jest z krwią i ciałem, oraz z nadawaniem imion (warto tu przybliżyć "Czarnoksiężnika z archipelagu" Ursuli LeGuin, zwłaszcza w kontekście pogrzebanego imienia Doktora), i trochę przypomina voodoo. Lilith, najmłodsza Karionitka, używa bowiem laleczek z doczepionym do nich włosem ofiary. Doktor wyjaśnia jednak cały proces kontroli nad cudzym ciałem jako replikację DNA, co zbyt dużego sensu nie ma, ale pozwala powołać się na kolejnego autora SF, czyli Arthura C. Clarke'a, który pisał, że odpowiednio zaawansowana technika wydaje się być równoznaczna z magią.

Porzućmy jednak technikę i zajmijmy się miłością, co ma sens, jeśli przywoła się tytuły obu sztuk Szekspira, tej istniejącej i tej zaginionej. Bard z Avonu flirtuje ze wszystkim, co chodzi na dwóch nogach: usiłuje poderwać Doktora (co ten kwituje, z właściwym sobie geniuszem, kwestią "57 academics just punched the air" - odnosząc się do 57 sonetu, który, jak uważa wielu szekspirologów, adresowany jest do mężczyzny, a może nawet do Time Lorda, jeśli wziąć pod uwagę linijki od 3 do 6...), Marthę zaś nazywa "królową z Afryki", "Blackamoor lady", zgodnie z tekstami 26 ze swoich sonetów, ale niestety nie jest zaznajomiony z realiami XXI wieku, w którym takie wyrażenia są nieco obraźliwe - a przynajmniej Marta je takimi znajduje. Co nie znaczy, że zainteresowanie Szekspira jej nie odpowiada, zwłaszcza, gdy jej starania, by zwrócić na siebie uwagę Doktora spełzają na niczym (serio, Doktor+bedtalk=katastrofa) i wraca temat Rose (ach, utracona Rose, czyż pod innym imieniem... zresztą nieważne). Jej imię dodaje dodaje Dziesiątce energii do walki (swoją drogą, czy tylko mnie dziwi, że uczucie Dziewiątki do Rose przeszło na Dziesiątkę, ale już nie na Jedenastkę?), nawet gdy jedno z jego serc przestaje bić.
Dla mnie jednak jednym z najbardziej zapadających w pamięć momentów odcinka jest ten, w którym Doktor wyjaśnia, jak Szekspir wpadł w depresję po śmierci swojego syna Hamneta. Scena odbywa się w miejscuy przygnębiającym, jednym z najsłynniejszych szpitali dla obłąkanych. Bardzo ładny motyw, jak zwykle w DW świetnie łączący humor z powagą - choć oczywiście najlepszy z odcinków DW o depresji dopiero zostanie nakręcony. Co ciekawe, w nim również główną postacią będzie artysta-geniusz, choć posługujący się pędzlem, a nie piórem.

Na koniec dostajemy jeszcze dobrą królową Bess, która nazywa Doktora swoim "zaprzysięgłym wrogiem" i każe go skrócić o głowę (jak inna, okrutna królową z pewnej książki) - a ten nie wie za co, ale na szczęście instynkt bierze górę i oboje z Marthą biegną (...awful lot of running...) schronić się w TARDIS. Tajemnicze zachowanie królowej wyjaśnione zostaje znacznie później, gdy w "The End of Time" Doktor wspomina, że dziewicza królowa nie jest już dziewicza - choć trudno powiedzieć, ile w tym prawdy, skoro w "The Wedding of River Song" twierdzi, że Elizabeth ciągle czeka na ożenek, co by wyjaśniało jej zły humor w "The Shakespeare Code", bo nikt nie lubi być porzucany przed ołtarzem.

I tyle. Jedna słynna postać, sporo nawiązań intertekstualnych i dostajemy cudowny odcinek, do którego z przyjemnością się wraca. Sukcesu niestety nie udało się Robertsowi powtórzyć z innym literackim epizodem, czyli "The Unicorn and the Wasp".

P.S. Przypominam o konkursie.

* OK, najmocniej przepraszam, nie mogłam się powstrzymać, John Finnemore jest moim nowym idolem, a Rogera Allama uważam za posiadacza najpiękniejszego głosu na świecie. Nawet na tym świecie, na którym żyją Benedict Cumberbatch i Alan Rickman, "Cabin Pressure" słucham w kółko.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.