Omkara, Maur bollywoodzki

by 22.4.12 5 komentarze

(Sama się sobie dziwię, że na tego bloga nie trafiła jeszcze żadna pisanina mojego autorstwa opiewająca uroki któregokolwiek rodzaju azjatyckiej popkultury. Na początek bollywoody, ale mam poważne podejrzenia, że k-dramom też się kiedyś dostanie. Wychodząc z założenia, że lepiej późno niż wcale zapraszam do czytania).


Jedną z większych radości taplania się w urokach popkultur niepochodzących z szeroko pojętego zachodu (no co, podoba mi się to zestawienie wyrazów) jest dla mnie to, że można trafić zarówno na fabuły, które są całkowicie zrozumiałe dla laików jak i na takie, które nawet przy średniawej znajomości danej kultury są szalone i niejasne. Oczywiście najwięcej produkcji (filmów, książek, seriali itp.) plasuje się na tej skali gdzieś pomiędzy - podstawowe elementy są zrozumiałe, ale gubi się wiele smaczków i niuansów (taki jest np. pierwszy bollywodzki film, jaki widziałam - "Main Hoon Na" - bardzo przyjemnie się od niego zaczyna bollywoodzenie, ale dopiero obejrzenie kilku(set) filmów pozwala wychwycić chociaż część nawiązań i dodatkowych znaczeń; zapewne można też dotrzeć do poziomu, który pozwala wychwycić wszystko, dam znać, kiedy mi się uda).  Świetnym przykładem mogą być tutaj  produkcje Bollywood, Kollywood czy Tollywood (kolly i tolly to produkcje z południa Indii, może kiedyś napiszę o nich coś więcej); większość tych filmów można oglądać bez większej znajomości kultury (zwłaszcza odkąd, ha, postępuje amerykanizacja) tracąc jedynie naprawdę smakowite szczegóły. Ale są utwory dużo bardziej osadzone w lokalnym kontekście kulturowym – w tym przypadku nieznajomość pewnych faktów dla mieszkańca Indii oczywistych może powodować, że ze zdumieniem wpatrujemy się w ekran, zupełnie nie rozumiejąc postępowania bohaterów. Tego typu przygodom w moim przypadku (bo teraz wiem już więcej, ha, ale do wiedzy chociaż częściowo kompletnej ciągle daleko) najczęściej towarzyszyła silna irytacja i rozmaite wyzwiska opisująca wszystkie wątpliwe przymioty inteligencji bohaterów.
Obiecywane piękne pejzaże, a na ich tle Langda

Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, kiedy obydwie wizje świata udaje się połączyć, przetworzyć i wszystko naprawdę dokładnie wymieszać, bo Indie lubują się w braniu zachodniego i przerabianiu na własne (najczęściej bez zachowania praw autorskich, ale takie są uroki kultury podobnej, a zarazem odmiennej) (jeżeli ktoś nie widział „Ghajni”, czyli przeróbki „Memento”, to sugeruję się zapoznać).
Po wujka Szekspira też im się zdarzało sięgać, chociaż najczęściej do tej inspiracji nikt się oficjalnie nie przyznawał (tak na marginesie: czy o tym, jak myślałam, że pewien bollywoodzki film jest zrzynką z „ET”, a potem odkryłam, że samo „ET” bierze swoje nieoficjalne początki w pewnym hollywoodzkim projekcie z lat sześćdziesiątych indyjskiego reżysera już pisałam?). Ciche i nieoficjalne inspirowanie głośno postanowił przerwać m.in. scenarzysta i reżyser wyprodukowanego w  2006 roku filmu „Omkara” Vishal Bhardwaj, który miał już wtedy za sobą jeden projekt oparty na "Makbecie". Jego wersja "Otella" jest naprawdę warta obejrzenia. Powodów jest jak zwykle wiele, ale przede wszystkim należy podkreślić, że jest to bardzo dobry film, który doskonale wykorzystuje wszystkie możliwości drzemiące w swoim literackim pierwowzorze, jednocześnie nad wyraz trafnie umieszczając je we współczesnych Indiach, świetnie przedstawia rosnące napięcie oraz relacje pomiędzy postaciami, a dzięki dwóm (świetnie wpasowanym w akcję) piosenkom, ma również bardziej dynamiczną i radosną stronę.
A powyżej wszystkie główne osoby dramatu
Film zaczynałam oglądać dzięki uprzejmości polskiego wydawcy bollywoodów i któregoś sklepu wyzbywającego się tanio nierentownych DVDków, nie mając większego pojęcia, co znajdę w środku (poza obsadą, która jest b. gwiazdorska). Tym ciekawsze jest to, że mimo zmienionych imion, różnic w opowiedzianej historii, a przede wszystkim odmiennych realiów, dosyć szybko zorientowałam się, że chyba znam już tą historię... Relacje pomiędzy postaciami, zmiany w zachowaniu i wzrastające napięcie pozostały bowiem prawie całkowicie niezmienione, co tylko pozwala nam jeszcze raz przyjrzeć się temu, jak uniwersalna i prawdziwa jest oryginalna opowieść. Zamiast Otella mamy Omkarę, Iago Langdę, a Desdemona nosi jakże wdzięczne imię Dolly (co nie jest takie znowu nieprawdopodobne, kiedy spojrzy się na rodzime Dżessiki czy innych Kewinów; najbardziej oryginał przypomina chyba Kesu, czyli Cassio)... Każda z postaci zyskała zdecydowanie bardziej indyjsko-brzmiące imię, co dodatkowo podkreśla dopasowanie opowieści do tamtejszych realiów.

Ze wspominanej w tekście piosenki "Beedi"

Sam reżyser podkreślał zresztą, że o ile ekranizując "Makbeta" mógł sobie pozwolić na dosyć duże zmiany niektórych relacji pomiędzy postaciami, to przy tworzeniu "Omkary" chciał pozostawić dokładnie ten sam zestaw zachowań i powiązań, gdyż to właśnie one do dnia dzisiejszego są najważniejszym i najciekawszym elementem dramatu. W tym przypadku rozbudowane i dopasowane do innych realiów zostało zatem tło kulturowe. Akcja dzieje się współcześnie, zarówno Omkara, jak i jego podwładni są częścią nieoficjalnej bojówki pewnego lokalnego polityka ze stanu Uttar Pradesh. Podobny jest też status tytułowego bohatera, który osiąga wiele dzięki swoim zasługom, ale ze względu na pochodzenie (jego matka wywodziła się z niższej kasty) jest nazywany mieszańcem i z pewnością jest ostatnim kandydatem na zięcia dla wyjątkowo poważanego lokalnego adwokata. Negatywnie wyróżniający jest też ciemniejszy odcień skóry, który dalej uważany bywa (podobnie jak w wielu częściach Azji) za symbol niższego, bardziej plebejskiego pochodzenia (warto tu zauważyć, że bielutka skóra grającej Dolly Kareeny Kapoor to zasługa kosmetyków i makijażu, bo z natury jej karnacja jest ciemniejsza). 

A polska policja nie bawi się tak nawet w filmach...
Sama sztuka albo jej bardziej klasyczne adaptacje często wiążą się z ryzykiem przytłumienia pierwotnego znaczenia i relacji w nieco archaicznym słownictwie czy scenografii, ale z drugiej strony i uwspółcześnione adaptacje często "gubią" to, czego warto szukać w oryginale. Jedną z przyczyn, dla których "Omkara" niezwykle mi się podoba, jest to, że egzotyczne dla większości zachodnich widzów miejsce akcji nie dominuje, a wręcz podkreśla samą opowieść. Narastające napięcie i tragizm sytuacji wydają się być nawet bardziej widoczne na tle przepięknych pejzaży i kolorowych ubrań. Tragizm zresztą wpasowuje się w standardy indyjskich filmów, bo to, że ktoś tańczy i śpiewa nie znaczy wcale, że wszystko skończy się miło i wesoło, a wiele niewinnych z pozoru decyzji może prowadzić do nader nieprzyjemnych konsekwencji, których okrutny reżyser nie omieszka przedstawić nam we wszystkich paskudnych detalach.
Jak na tym tle wypadają wspomniane wcześniej dynamiczne piosenki? Bardzo dobrze, bo jedną z piękniejszych stron indyjskich filmów jest to, że pokazują wiele aspektów kultury, bez względu na to, w stronę jakiego gatunku (gatunków) zwraca się aktualnie oglądany przez nas film. Jest to nawet całkiem rozsądne powiązanie - jeżeli jest większa skłonność do uczuciowości, to przejawi się ona zarówno większą ekspresją w tańcu czy śpiewie, jak i bardziej skrajnymi zachowaniami. Wrzucone w linku poniżej "Beedi" jest zresztą o tyle interesujące, że jest częścią większej sceny pokazującej, jak Langda wykorzystuje słabą głowę Kesu, by sprowokować go do źle widzianych przez Omkarę zachowań. A poza tym jest absolutniecudownowspaniałogeniualną piosenką (ale to tak na marginesie).


Film naprawdę warto obejrzeć, bez względu na stopień zaawansowania w bollywoodyźmie, czy szekspiryźmie, bo dobrze zrobione są zarówno elementy czyniące z niego historię miłosną, nieco brutalną sensację, coś egzotycznego, odmiennego i kolorowego, dramatyczny opis relacji międzyludzkich, jak i popis naprawdę porządnej gry aktorskiej. Każda z głównych postaci zagrana jest naprawdę świetnie, bez względu na to, czy jest to bardziej poważany pod tym względem Ajay Devgan (Omkara), czy znana z wielu nienajlepszych popisów Kareena Kapoor (Dolly). Saif Ali Khan (Langda) jest bardziej evil macho niż kiedykolwiek (aż się łezka w oku kręci kiedy sobie pomyślę np. o tym) i jest w tym bardzo dobry, Vivek Oberoi (Kesu) wypada na pół słodko/pół macho, Bipasha (Billo) w zasadzie głównie pięknie, a Konkona (Indu) również pokazuje co potrafi, grając słodko-gorzki odpowiednik Emilii.

Zazwyczaj zakładam też, że moje gusta nie wychodzą poza rzeczy albo bardzo lekkie i wesołe, albo drastycznie zabarwione absurdem (często wynikającym z różnic kulturowych), a "Omkara" z pewnością do takich filmów nie należy (tzn. jest całkiem "lekko" do momentu, w którym nie zorientujesz się, że oglądasz "Otella", a szczęśliwe zakończenie to niestety pod innym adresem), a mimo to przypadła mi do gustu. Przypuszczam, że mogę przeceniać siłę mojego uwielbienia dla szczęśliwych zakończeń, bo nie jest to jedyny tego typu przypadek. A może po prostu lubię dobre filmy? Hm...


PS. Czy ktoś poza nami i Ninedin przeczyta*, krótką relację z buszowania waszych ulubionych fangirlic po Krakowie? 
*(czytaj: czy warto pisać)



 Omkara (2006)
Reżyser:  Vishal Bhardwaj
Scenariusz: Vishal Bhardwaj,  Robin Bhatt i Abhishek Chaubey
Obsada: Ajay Devgan, Vivek Oberoi, Saif Ali Khan, Kareena Kapoor, Konkona Sen Sharma, Bipasha Basu (jeżeli ktoś nie wie to lecimy tu gwiazdorsko, że ho ho)

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.