Wiele hałasu o nic, czyli Branagh u steru

by 4.4.12 12 komentarze
Dekadę temu spotkałam parę emerytowanych nauczycieli - on był po siedemdziesiątce, ona niewiele młodsza - z Utah, którzy zgubili się w drodze z czeskiej Pragi do Krakowa i wylądowali na dworcu kolejowym w Katowicach. Oboje mieli na sobie polary z logo towarzystwa szekspirowskiego, a ja pisałam wtedy pracę licencjacką z zapożyczeń z Szekspira w książkach Pratchetta, więc rozmowa zdryfowała w oczywistym kierunku. Zapytali mnie, czy lubię sztuki barda z Avonu, na co zgodnie z prawda odpowiedziałam, że nie. Mężczyzna uśmiechnął się tylko wyrozumiale i odparł: "To nic, jeszcze jesteś młoda, jeszcze masz czas, by do nich dorosnąć".

Przywołuję tę anegdotkę nie bez powodu - dziesięć lat później nadal nie jestem miłośniczką twórczości Szekspira, choć znam ją zdecydowanie lepiej niż wtedy. Dorosłam w tak zwanym międzyczasie do Mickiewicza, ale taki Hamlet nadal mnie irytuje swoją niezbornością, a fabuły większości komedii uważam za autopowtarzalne (że nie wspomnę o tym, jak bardzo przypominają hinduski superhit "Czasem słońce, czasem deszcz", zwłaszcza jeśli chodzi o zachowanie bohaterów). Poza tym Szekspirowi bardzo często zdarzało się bredzić i tracić sens bogatej językowo wypowiedzi. Doceniam jednak jego rolę jako inspiratora: niektóre z moich ulubionych dzieł kultury powstały na bazie jego opowieści lub życiorysu - może nie wszyscy doceniają wielkość "Zakochanego Szekspira", ale osobiście mogę oglądać ten film na okrągło, między innymi dlatego, że bardzo lubię Stopparda, a przetworzony przez niego Szekspir jest dla mnie bardziej strawny, a są przecież jeszcze Terry Pratchett, Neil Gaiman, Jasper Fforde, Angela Carter czy Martha Grimes.

Czy to jest miłość, czy to jest morderstwo?
Podobnie mam zresztą z Kennethem Branaghem. Choć zdecydowanie nie był najlepszym z Hamletów (ten tytuł bezspornie należy do Davida Tennanta, który duńskiego księcia uczynił strawnym), to jako Benedick w "własnoręcznie" zaadaptowanej na potrzeby filmu i wyreżyserowanej wersji "Wiele hałasu o nic" jest rewelacyjny. Nikt (może z wyjątkiem Michaela Keatona jako Dogberry'ego, jeśli lubi się tak przejaskrawione postaci - ja lubię) nie gra w tym filmie tak dobrze jak on, nie wypowiada fraz, nadając im nowe znaczenie, nie bawi się rolą, jednocześnie traktując ją bardzo poważnie. Samodzielnie sprawia, że sztuka, w której dwóch starszych szlachciców wraz z głównymi bohaterami (o których wiemy, że są inteligentni, bo Szekspir przypomina nam o tym w co drugiej linijce) stwierdza, iż rozpowszechnianie plotek o śmierci córki jednego z nich jest bardzo dobrym pomysłem (arrgh!), staje się miłą do oglądania krotochwilą zamiast niestrawnym gniotem. Benedick w interpretacji Branagha to faktycznie błazen i zatwardziały kawaler, ale gdzieś pod tą maską wyczuwalne jest przekonanie bohatera, że właściwie niegodny jest uwielbienia kobiety; jednak gdy je otrzymuje od Beatrice, to zgadza się (w imię miłości) nawet zabić swojego najlepszego przyjaciela. Ja jednak zamiast Benedicka dorastającego wolę tego, który po raz pierwszy, sprowokowany przez spisek przyjaciół, zdaje sobie sprawę z faktu, iż ma serce i to serce bije. Podsłuchujący za żywopłotem, z podkładem w postaci pieśni Balthasara (Patrick Doyle, kompozytor), jeszcze błaznujący, jeszcze niedowierzający, ale już czujący - to tu Branagh wspina się na wyżyny aktorstwa.

The party don't start 'til we walk in...
Z reżyserią niestety już jest różnie. Nie wiem, czy to kwestia tego, że Keanu Reeves nie dał się prowadzić, czy też wina leży po stronie Szekspira, który co prawda zapewnił Don Johnowi świetną motywację (bastard, który właśnie przegrał powstanie przeciwko swemu bratu, a ten wielkodusznie mu wybaczył i przyjął z powrotem na łono rodziny, ale jednak, jednak bliskością i zaufaniem zdecydował się obdarzyć kompletną dupę wołową Claudia), lecz zupełnie jej w tekście nie wykorzystał, a może po prostu jest drewnianym aktorem (nie, przecież widziałam go w dobrych rolach), ale jego bohater zupełnie nie przystaje do realiów wykreowanych na ekranie. Gdyby chociaż dostał dobry monolog (jak Robin Goodfellow na koniec "Snu nocy letniej"), ale nie, nawet tego mu pożałowano, gdy Benedick radzi Don Pedro, by odłożył sprawę brata na jutro. Mam zresztą wrażenie, że "Thor", tak, popkulturalna sieczka o superbohaterach, jest takim branaghowym zadośćuczynieniem postaci Don Johna, bo czyż on i Loki Laufeyson nie są ulepieni z tej samej gliny?

Ale są też dobre rzeczy, jak scena balu maskowego, obowiązkowa (aż dziw, że w tej sztuce nie ma psa...), publiczność się ich domagała, która w tekście wypada blado, ale która jest potrzebna, by: 1. Claudio po raz pierwszy zwątpił w Hero, 2. Borachio figlował z Margaret, 3. Beatrice powiedziała Benedickowi, nie wiedząc, że to Benedick, co myśli o Benedicku (ach, Szekspir!), podkopując jego wiarę w siebie - więc de facto wcale nie jest potrzebna. Na szczęście Branagh wyciągnął z niej wszystko, co się dało i dostajemy pełne życia widowisko, nieco nawet zaprzeczające przekornemu tytułowi sztuki.

I oczywiście, "Sigh no more", uczyniony leitmotivem całego filmu: na początku czyta ten fragment Beatrice, potem śpiewa go Balthasar, a na końcu wszyscy radośnie tańczą w jego rytmie na podwójnym weselu, jeden z moich ulubionych szekspirowskich cytatów (o czym więcej może przy okazji tekstu o Mumford&Sons), bo "słowa, słowa, słowa, słowa" to jednak narzędzie, którym Szekspir posługiwał się bezkonkurencyjnie. Ale trzeba było Branagha, by tchnął życie i ożywił humor barda z Avonu. Prawie dwie godzinki seansu mijają jak z bicza trzasnął.

P.S. Na rok 2012 Joss Whedon planuje kolejną adaptację "Wiele hałasu o nic", gdzie Nathan Fillion ma grać Dogberry'ego (mogło być gorzej, mógł grać Benedicka), a agent Coulson Clark Gregg - Leonata. Mam tylko nadzieję, że Sean Maher będzie lepszym Don Johnem niż Reeves. Podoba mi się też pomysł, by Romy Rosmont, znana mi z "Glee", zagrała Sekstona - może Helen Mirren jako Prospero mi nie podchodzi (o czym więcej w osobnej notce), ale dobrze przemyślane zmiany w oryginalnych, szekspirowskich fabułach lubię. Chociaż kobieta ma też grać Conrade'a, hmm. Poza tym wątpię, czy da się zrobić naprawdę dobry film w 12 dni - choć zawsze jest casus "Dra Horrible'a".

Much Ado About Nothing (1993)
Reżyseria: Kenneth Branagh
Scenariusz: William Shakespeare, Kenneth Branagh
Gwiazdy: Kenneth Branagh, Emma Thompson, Denzel Washington, Michael Keaton
Więcej informacji: IMDB

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.