Z kim hajtnęła się madame de Pompadour i komu rośnie comic-coniątko

by 2.4.12 2 komentarze

(uprzedzam, że jak zwykle będzie b. obszernie, szczegółowo, wrażeniowo i fangirlowo, po coś się jest tym fangirlem; z uwagi na zemstę bloggera zdjęć chwilowo nie będzie, akapity przywróciłam chyba wszystkie )


Ponieważ jeszcze nie skończyłam bannera reklamującego szekspirowo-kwietniowy temat na Fangirls` Guide, za relację tegorocznego Pyrkonu postanowiłam się zabrać jak najszybciej. Decyzja okazała się być o tyle pozytywna, że już w trakcie pisania odkryłam, iż z okresu 23 do 25 marca, który spędziłam w Poznaniu na rzeczonym konwencie, poza ogólnym wrażeniem zadowolenia, nie pamiętam zbyt dużo.  Mimo wspomagania się programem, zdjęciami i notatkami w dalszym ciągu w mojej pamięci jest cała masa trwających nawet kilka godzin dziur (trzeba tu zaznaczyć, że chroniczne niewyspanie jest dla mnie codziennością, a z substancji toksycznych przyjmowałam jedynie kawę). Zarówno za to jak i inne rzeczy postanowiłam winić mój wielce nierozsądny pomysł spędzenia dwóch nocy na sali wspólnej (chyba nigdy się nie nauczę). Ale o tym będzie później.

Na Pyrkon zdecydowałam się przede wszystkim ze względu na fantastyczną lokalizację i bardzo pozytywne wspomnienia po ostatnim Polconie. Moje oczekiwania jak najbardziej zostały spełnione, bardzo zadowolona jestem też z tego, jak prezentowała się większość punktów programu, na których byłam. Pewne drobne obsunięcia czasowe, techniczne oraz (najbardziej paskudne) pomieszczenio-pojemnościowe oczywiście się zdarzały, ale nie udało im się przysłonić mojego entuzjazmu. Wiem jednak skądinąd, że niektóre zwierzątka małe i duże narzekały na nudę (ale wybrały zupełnie inne zajęcia i punkty programu niż ja, więc...), niekompetencję prowadzących oraz na jakieś nieciekawostki w byciu gżdaczem. Punkt siedzenia i te sprawy.


Cydowe insygnia
Całość zaczęła się dla mnie pozytywnie jeszcze w drodze ze Śląska, bo dzięki zabraniu się samochodem z PWCem i Miśkiem odkryłam, że wyprzedzanie innych pojazdów i planowanie trasy kryje w sobie nieprzebrane pokłady rozrywki i zdumiewających taktycznych dyskusji (najciekawszy był chyba życiorys poznańskiego kierowcy ciężarówki, któremu nie śpieszyło się do domu, bo czekała tam na niego nielubiana teściowa). A dzięki samochodowym dyskusjom z Serathe odkryłam, że jak najbardziej prawdziwa jest teoria, że zestawienie dwóch fangirli fantastycznych powoduje, że w którymś momencie dyskusja koniecznie zejdzie na Sherlocka, Benedicta Cumberbatcha i Doctora Who, nawet jeżeli obydwie osoby nie fanią wszystkich ww. elementów (ja fanię wszystkie, żeby nie było).
Cydowy plecak-Ewok upolowany w śląskim szmateksie

Po dotarciu na miejsce kolejka akredytacyjna okazała się znośna, zwłaszcza jeżeli ktoś rozsądnie oddalił się od drzwi i wybrał najmniejszą, bo dostępne były opcje wielka, większa, największa i mała schowana za tymi dużymi. Całość szła jednak bardzo sprawnie i całkiem szybko dostałam swój identyfikator, nieszczęsną opaskę (tym razem była materiałowa i nieodparzająca, tyle dobrze) a nawet pozytywną opinię odnoście żuczko-broszek wpiętych w klapę mojej marynarki. Zaraz potem ruszyłam do konwentowej szkoły, żeby zdobyć miejsce do spania, a przy okazji nieco się zgubić, ze względu na wzruszający układ sal i korytarzy, które najwyraźniej projektował Escher. Najciekawszy chyba moment nastąpił wtedy, kiedy radośnie znalazłam dwa wolne miejsca, oznaczyłam ich zajęcie plecakiem, a potem wróciłam po resztę rzeczy... i odkryłam, że nie wiem gdzie dokładnie rzeczony plecak porzuciłam. Na szczęście chwila głębokiego namysłu i jakiś sympatyczny gżdacz okazały się wystarczające, by wszystko odnaleźć (mapka w programie dla mnie pomocną nie była niestety). Zajęcie miejsca zaraz po przyjeździe okazało się zresztą świetnym pomysłem, bo już po 18:00 zaczynało ich brakować. Dodam jeszcze tylko, że nie polecam nocowania na sali gimnastycznej, ze względu na to, że podłoga znakomicie przenosi wibracje, a wielu nocujących było niespełnionymi fejrikami, które jak wiadomo zamiast chodzić wolą poruszać się w podskokach wdzięcznie opadając na odzianą w delikatne sandałki stópkę... Tylko pyrkonowe fejriki zamiast sandałków noszą glany, a skrzydełek i elfiego pyłku nigdy na oczy nie widziały, więc ich poruszenia pozostawiły ślad na moim kręgosłupie. Na takie wstrząsy nie przygotowało mnie nawet życie na Śląsku i to, że mój dom stopniowo osuwa się do kopalni.


Zabezpieczywszy miejsce potencjalnego snu wróciłam na teren konwentu, co jest o tyle zabawne, że pamiętam wybieranie się na "Wiecznie żywy mit arturiański", a doskonale wiem, że weszłam spóźniona na "Legenda się kończy - "The Dark Knight Rises".  Dalej nie wiem, jak dokładnie udało mi się to osiągnąć, ale warto było, bo prelekcja była ciekawa. Zgodnie z zapowiedzią Wojciech "Kelen" Nelec opowiedział i zgrabnie podsumował, co dokładnie do dnia dzisiejszego wiemy o tej produkcji, ale dla mnie najciekawsze okazało się to, że całość była po prostu podsumowaniem ogólnego squeeowania i szaleństwa, jakie towarzyszyło i towarzyszy wszystkim pojawiającym się przeciekom i zapowiedziom. Było też o kilku różnych fałszywych przeciekach... Takie fanowskie wzloty, nadzieje i upadki, którym towarzyszył ogromny entuzjazm i ekscytacja prowadzącego (który dodatkowy plus ma za to, że docenił moją tarczę Kapitan Ameryki).
 

Notatki poprelekcyjne
"Panel: Jak tworzyć literaturę dla dzieci i młodzieży" wygrał u mnie z "Rozwiązłe życie zabójców potworów" (gdyby druga nazwa brzmiała "Rozwiązłe życie zabójczych potworów" myślę, że miałaby u mnie większe szanse), okazał się zresztą całkiem ciekawy mimo, że książek dziecięco-młodzieżowych niektórych autorów nie kojarzyłam, a inne znałam za sprawą przypadków dziwnych i mistycznych ("Klemensa i Kapitana Zło" Piotra Rogoży, skądinąd bardzo przyjemną pozycję, do tego autor lubi Niziurskiego, dodatkowy plus, przeczytałam tylko dzięki Rusty, która kreatywnie wykorzystała moją polconową walutę) i w sumie jedynie "Tkacza Iluzji" itd. Białołęckiej znałam całkiem nieźle. Panel wypadł naprawdę ciekawie, także pod względem zestawienia autorów, ale większa w tym zasługa zaproszonych gości ((Ewa Białołęcka, Rafał Kosik, Marcin Mortka, Romuald Pawlak i Piotr Rogoża) niż prowadzącej, która spisała się przyzwoicie i przygotowała ciekawe pytania i tylko nad kontrolowaniem/ożywianiem dyskusji mogłaby bardziej popracować.

Dyskusja zaczęła się robić naprawdę interesująca po tym, jak pojawiła się teza, że dziecko, zwłaszcza młodsze, oczekuje od książki przede wszystkim emocji, dlatego jeżeli to kryterium nie będzie spełnione, książka po prostu zostanie rzucona gdzieś w kąt i zapomniana. Poszczególni goście z tym stwierdzeniem się zmierzyli odnosząc je w całkiem interesujący sposób do wieku i zapotrzebowań literackich swoich docelowych czytelników. Prawdziwie interesująca część zaczęła się jednak, kiedy padło rozkoszne słowo "autocenzura" i można się było dowiedzieć, co czyim zdaniem może być uznane za nieodpowiednie (na problemy z dostrzeganiem tego samodzielnie skarżył się głównie Rogoża, pozostali napotykali trudności bardziej przy sprawach techniczno-językowo-nastoletnich, które jak wiadomo są czasem nieodgadnioną tajemnicą (o madame de Pompadour, która się hajtnęła przy okazji doktorowej, będzie za kilka akapitów). Wyszło zatem, że zdaniem Rafała Kosika sceny "łóżkowej" nie wstawia się do książek dla young adults, co zostało skontrowane "Chyba do twoich" Białołęckiej (która potem przypomniała, że w jej książkach sceny i owszem są, ale w najciekawszych momentach następuje najazd kamery na ogień płonący w kominku, suszące się skarpetki czy inne cuda natury leżące obok i zakrywające nieprzystojności wszelkie, bo "sceny", zwłaszcza w tekstach skierowanych do nastolatków, trudno napisać tak, żeby nie były śmieszne lub wulgarne). Następnie dowiedzieliśmy się, że technicznie Felix, Net i Nika to chyba by mogli, ale... Ku mojemu wielkiemu smutkowi to konkretne "ale" pozostało niedopowiedziane, a szkoda, bo ciekawie byłoby wysłuchać, dlaczego właściwie nie. Dla mnie jedną z odpowiedzi może być to, że jeżeli dany nastolatek nie znajdzie w kanonie poszukiwanych informacji, pójdzie pisać/czytać fiki, bo takie jest smutne prawo internetu - od kiedy istnieją klawiatury i blogaski, żaden celibat nie przetrwa, a żadna postać nie pozostanie tylko i wyłącznie własnością swojego autora. Część tej prelekcji załapała się nawet na koślawy szkic; muszę przyznać, że na konwentach świetnie się rysuje.

Potem przyszła kolej na "Świat w torebce" prowadzony przez Ewę Białołęcką, na którym przez chwilę posiedziałam dowiadując się, co dokładnie powinno się zabierać na konwent. Niestety kiedy pojawił się pogląd, że niezwykłe jest zabieranie większej ilości ubrania niż zapasowe spodnie, dwa T-shirty i bielizna na zmianę, ja i moje 2 halki, jedna sukienka, chusta, marynarka, kapelusz, trzy spódnice, plecak-Ewok, tarcza Kapitan Ameryki i częściowobrokatowe trampki postanowiliśmy opuścić salę z powodu konfliktu postaw życiowych (lista ta wymienia tylko ubrania, które miałam na sobie, zapasowe przebywały gdzie indziej; kto nie zapomniał śpiwora na konwent, nie docenia w pełni radości płynącej z 3 spódnic i jednej halki - halka świetnie sprawdza się zwłaszcza jako zmiękczacz karimaty).

Również notatki, pofalkonowe były ładniejsze
W tym właśnie miejscu spotykamy kolejne puste miejsce w moim życiorysie. Pustka ta ma niejasny i lekki zapach drożdżówki połączonej z kawą, ale muszę szczerze przyznać, że są to jedynie moje spekulacje, bo naprawdę nie wiem. Przed oczyma duszy mojej widzę również butelkę zimnej wody mineralnej i naprawdę zastanawiam się, co próbuje mi powiedzieć moja podświadomość. Może to, że nie powinnam wybierać się na "Mordercy - po drugiej stronie maski" Łukasza Śmigla, bo ten akurat punkt programu pozostawił mnie z bardzo mieszanymi uczuciami. Z jednej strony solidnie przygotowany merytorycznie i świetnie radzący sobie z publicznymi wypowiedziami prowadzący, ciekawy temat... I bardzo nieciekawy moim zdaniem pomysł familiaryzowania się z bohaterami prelekcji. Plus zdrobnienia. Jeżeli przychodzę słuchać o mordercach raczej nie mam ochoty dowiedzieć się, że "Rysiek trzymał ciała" tam i tam, a ktoś inny przygotowywał sobie "jedzonko" z dziecięcych szczątków i pooperacyjnej krwi. Fakty są takie, jakie miały być, ale ja za taką stylizację dziękuję (ale wiem, że większości słuchaczy akurat ta prelekcja bardzo się podobała). Intrygujący był też prowadzący, który w czasie około 15 minut zdążył powtórzyć trzy razy, że jest normalny i mieszka z Bernardynem (na co ktoś z sali wytknął mu "Cujo") i (chyba) żoną. Hm.

Fantastyczno - popkulturowe wojaże na tym zakończyłam i udałam się ze znajomą współspaczką do nieszczęsnej sali wspólnej, której koszmar właściwie nie wynikał z niczego szczególnego poza tym, że w czasie kilku miesięcy zdążyłam zapomnieć, jak twarda jest podłoga. Mam niejasne wrażenie, że w czasie tych kilku godzin, kiedy próbowałam zasnąć udało mi się policzyć absolutnie wszystkie klepki wspaniałego parkietu, na którym przyszło mi nocować. Czy czyni mnie to współczesną śpiącą królewną, czy tylko marudą, której nie chciało się opłacać hostelu? (tak naprawdę jest to pytanie retoryczne, a wszystkie próby udzielenia na nie odpowiedzi zostaną niezwykle surowo potraktowane). Samo miejsce noclegowe miało nawet szokujące luksusy w postaci pryszniców wyposażonych w nieprzeźroczyste zasłonki i ciepłą wodę oraz znaczące ilości półnagich młodych mężczyzn posiadających trądzik w nader nieciekawych miejscach, którym serdecznie polecam maść cynkową dostępną za około 2 zł w każdej aptece.

Tarcza pani Kapitan i Enterprajsik

Mam też niejasne wrażenie, że tego wieczoru znacząco zmieniłam życie wielu ludzi, którzy nigdy nie widzieli, by ktoś nakładał włosy na papiloty zrobione (z braków sprzętowych) z plastikowej reklamówki. Fryzura Kapitan Ameryki ma swoje wymagania związane z początkowym pofalowaniem, nawet jeżeli w ostateczności nie doszła do skutku z powodu braku wsuwek i wosku kosmetycznego. Lata czterdzieste wymagające są i tyle.
Sobotę rozpoczęłam żując w okolicach nieludzkiej godziny 8:00 śniadanie wraz z kilkoma przedstawicielami młodszego pomiotu ŚKFu, skąd trafiłam na "Alchemię na co dzień" Bartka "Mitha" Pigulskiego. Mimo konieczności stania przez prawie godzinę na obcasach (sala niestety była przepełniona, a klęczenie nie wiedzieć czemu jest nie dla mnie) tą prelekcję wspominam naprawdę miło mimo, że poza jedną informacją (w dalszym ciągu większość czerwonego barwnika pozyskuje się naturalnie, z robaczków) o większości tajemnic całkiem zwyczajnych i ogólnodostępnych produktów miałam mniejsze lub większe pojęcie. Pojawiła się cała masa ciekawych szczegółów i przeliczeń, a także ciekawy filmik pokazujący, co można zrobić przy pomocy czterech kilogramów mąki i petardy ("Kaaboooom?" "Yes, Rico. Kaaboom." nasuwa się tu samo). Plus prowadzący miał na sobie koszulkę Tolkfolku, która przypomina mi, że od kilku lat próbuję znowu na TF trafić.

Pokrzepiona kolejną kawą przesnułam się na punkt programu noszący dosyć enigmatyczną nazwę "Doctor Who", bardziej z sympatii dla tematu i wybierających się tam whomanistek niż z jakiegokolwiek innego powodu. Całość okazała się być całkiem przyjemnym omówieniem postaci historycznych spotykanych przez Doktorów numer 9, 10 i 11. Były zdjęcia, nieco szwankujące filmiki i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie sposób prowadzenia prelekcji i język, jakiego używały prowadzące. Niestety nie do końca potrafiłam przejść do rzeczy nad tym, że madame de Pompadour mogła się z kimś "hajtnąć", a nie była to jedyna tego typu perełka (co przypomina mi pewnego sympatycznego człowieka, który opowiadał przy innej okazji o ziomalu Johnie Watsonie). Do innych elementów zarzutów jednak większych nie mam i z chęcią posłucham tych dwóch konkretnych prelegentek, kiedy nieco bardziej wyrobią się językowo (daleka jestem od twierdzenia, że musi być idealnie i nie wolno się polskim bawić, proszę tylko o troszkę bardziej zjadliwy sposób sklejania ze sobą poszczególnych wyrazów).

Efekt autohennowania na sali wspólnej
Jeżeli już przy marudzeniu jesteśmy, to przyznam, że problem ze zorganizowaniem miejsca do poprowadzenia mojej własnej prelekcji (a tak naprawdę to pokazu malowania henną) nieco mnie poirytował. Rozumiem czasowy niedobór sił roboczych i takie inne, ale jeżeli przypominam o przygotowaniu stolika i krzesełek zarówno zgłaszając punkt, jak i dwie godziny wcześniej, to jest mi tak jakoś marudno, jeżeli przychodzę na 10 minut przed rozpoczęciem i muszę czekać, aż skombinują mi najpierw gżdaczy, a potem miejsce pracy. Dlatego wszystkich zahennowanych przez poirytowaną Kapitan Amerykę za znaczącą nierozmowność przepraszam (a w szczególności osobę z krzywą gwiazdką; gwiazdki niestety nie należą do zwyczajowego repertuaru, na przyszłość polecam Kermity i Prosiaczki, które idą mi naprawdę nieźle mimo, że też nie należą do wzorów dla mehendi tradycyjnych). Na zasmarowanie załapało się jednak plus/minus trzydzieści osób, które odchodząc miały uśmiech na twarzy, więc z całej procedury jestem zadowolona. Miło wspominam też rozmowę z dziewczynami, które przyznały się, że na bloku dziecięcym malowały pyszczki obecnym tam nieletnim i wymieniały ze mną niezwykle profesjonalne i głębokie uwagi dotyczące kaprysów mniejszych i większych klientów. Mniej więcej profesjonalne.

"Jak wychować sobie podnóżka" Michała "Yaminoyori" Kwiatkowskiego okazało się być ciężko oblegane i wymagało ode mnie kolejnych kilkudziesięciu minut stania. Nóżki już niestety nie te, więc po jakiś dwudziestu minutach opuściłam salę, czego troszeczkę żałuję, bo teoretyczna podstawa hodowli "przydupasa" oparta na kilku popkulturalnych przykładach brzmiała interesująco.

Chcę taką koszulkę (mimo iż t-shirty są złe)
Wyjaśnię tutaj, że punkty programu, podobnie jak na wielu innych konwentach, miały bardzo przykry zwyczaj zachodzenia na siebie. Zwykle tego typu przypadków jest niewiele, ale na tegorocznym Pyrkonie przy praktycznie każdej prelekcji (w tym niestety również przy moich własnych) musiałam decydować, gdzie chciałabym trafić bardziej. Tym sposobem zrezygnowałam z "Gangów Motocyklowych - prawdziwych Synów Anarchii", a trafiłam na naprawdę rewelacyjne "Once Upon a Time in a Grimm World, czyli Dawno, dawno temu w świecie grimmowskiej baśni..." Justyny "Tenel" Stypaniak (jeżeli ktoś czytał relację Polconu 2011 mojego i Rusty autorstwa wie, że rozpływałam się wtedy nad współprowadzonym przez nią supernaturalowym konkursem; zresztą druga współprowadząca, czyli Cathia, złapała mnie na Pyrkonie i ów tekst skomplementowała - dobrze wiedzieć, że są jacyś ludzie, którzy dobrze trawią charakterystyczne dla mnie długości tekstów - jest powód, żeby jeszcze więcej i więcej i więcej napisać). I tym razem okazało się, że fanienie "Supernatural", a zwłaszcza konkretnych jego elementów, powoduje, iż gust i zapotrzebowania popkulturowe danej osoby kształtują się w interesujący dla mnie sposób. Zarówno do "Once Upon a Time" jak i do "Grimm" przyciągnęły mnie elementy, których szukam też w SPN - ta konkretna prelekcja, omawiająca plusy, minusy i dziwne slashowe innuenda obydwu seriali - pokazała, że najwyraźniej takich samych rzeczy szukała tam również Tenel. Dlatego postanowiłam jej zaufać i do tych pozycji wrócić, bo po odpowiednio czwartym i siódmym odcinku zdążyłam się już poirytować i, bądźmy szczerzy, przerzucić na koreańską dramę o wampirze-policjancie, która ma czołówkę będącą krzyżówką "Sherlocka" i "Supernatural" (ale jest raczej słaba). Niezorientowanym w tych serialach znajomym też się całość podobała, więc i ta kwestia jest na plus.

Jedna z moich ofiar (zahennowana dokumentnie)
"Kulturoznawcze opowieści z krypty, odc. 1 - Costuming i cosplay" Aleksandry "Mags" Kozłowskiej okazały się być naprawdę ciekawym wprowadzeniem do powyższego tematu. Całość była też okraszona ślicznymi zdjęciami rozmaitych kostiumów i solidną podstawą teoretyczną. Plus narzekaniem na jakość kostiumów tworzonych przez polski fandom fantastyczny (w przeciwieństwie do mangowego), które mogłam słyszeć już wcześniej wielokrotnie - np. w wykonaniu Rusty. Z chęcią wysłuchałabym całości do końca, ale niestety nie mogłam pokonać pokusy wymknięcia się na konkurs "Are you Sherlocked?" prowadzony przez Julię "Dżul" Zajder i Joannę "Koonę" Roszak. Bawiłam się świetnie, choć moja drużyna nic szczególnego nie wygrała (niestety mój umysł sporo informacji wyrzuca, a zapamiętuje jedynie takie, które są całkowicie na takim konkursie zbędne - np. rok wejścia do sprzedaży wonderbra, która to informacja, jak powszechnie wiadomo, zapewni ci wygraną w absolutnie każdym konkursie wiedzowym). Uroczym akcentem był podział na pytania łatwe, średnie, trudne i penisowe - ostatnia kategoria została nazwana bardzo bardzo słusznie. W konkursie brał też udział sobowtór Kitty Riley.

Notatki z prelekcji o koreańskich mitach
"Brytyjski serial Sherlock", na który trafiłam potem, prowadziły te same prelegentki co "Doktora Who". Niestety nie mogę powiedzieć, czy i na ile merytorycznie było, bo sposób prowadzenia prelekcji zmusił mnie do pośpiesznej ewakuacji (plus to, że padła uwaga, która z Basila Rathbone'a i Jeremy'ego Bretta czyniła starych dziadów, pffff). Po wyjściu z prelekcji odbyłam całkiem interesującą rozmowę dotyczącą składania reklamacji u operatorów telekomunikacyjnych. Sama robiłam w niej za eksperta. Bywa.

Rozrywkowe językowo okazało się też "O legendach koreańskich słów kilka", ale w tym akurat przypadku nieźle współgrało to z tematyką, bo koreańskie legendy, zwłaszcza opowiadane w dosyć nowoczesny sposób, są bardzo szalone. Często dotyczą też fekaliów i cebuli, ale do tego zdążyłam się już po k-dramach przyzwyczaić. Najbardziej inspirujące były chyba podania dotyczące sikania na kość oraz wchodzenia na skałę i odlatywania. Moje poprelekcyjne notatki możecie zobaczyć na zdjęciu obok.

I śliczny facepalmik
Do najistotniejszych momentów dnia kolejnego zaliczała się dla mnie moja własna prelekcja - "Freud spotyka Star Treka", która zaskoczyła mnie samą, bo zaczęłam się tą perspektywą denerwować już dzień wcześniej (a zwykle w takich sprawach zachowuję stoicki sposób). Śniadanie w McDonaldzie powiązane z sherlockowo-supernaturalową dyskusją jakoś specjalnie na dobre samopoczucie mi nie pomogło (ale z drugiej strony było to śniadanie w McDonaldzie, chyba powinnam się cieszyć z braku niestrawności). Obawy okazały się zresztą do pewnego stopnia słuszne, bo słuchających było zdumiewająco dużo jak na niedzielny poranek, specyficzny temat i nieznanego prelegenta. Ze swojej strony mogę powiedzieć tyle, że nikt nie uciekł, a część osób dała się nawet wciągnąć w dyskusję. Po zakończeniu produkowania się na temat id, ego, superego, Bonesa, Kirka, Spocka, kompleksu Edypa itd. w oryginalnej serii "Star Treka" dostałam zresztą od publiczności badge'a z Picardem robiącym facepalma (jest tu gdzieś jego zdjęcie) oraz gorące zapewnienia, że to wcale nie o komentarz do prelekcji chodziło.  Ciekawe, co dostałabym, gdyby udało mi się wyrobić i omówić też Enterprise jako jungowski archetyp wielkiej matki...


Henna następnego dnia - czeka sobie na ściemnienie
Ostatnim punktem programu, na jaki dotarłam, było "Czas i przestrzeń - gdzie chcesz zacząć" Villi i Mad, które zgodnie z opisem okazało się bardzo sympatyczną prelekcją wprowadzającą w doktorowy świat. Prelekcja okazała się być przyjemna również dla bardziej doświadczonych w Doktorze fanów, których na sali była zresztą znacząca większość. Na tym zakończyłam moje pyrkonowanie, chociaż muszę dodać, że podczas powrotu na dokładkę dostałam raczej ciężką dyskusję dotyczącą serialowego seryjnego zabójcy - Dextera Morgana, etyki i zagadnień zbliżonych.
 Z Pyrkonu jestem naprawdę zadowolona. Miejsce sprzedające dobre latte na terenie conu, zasłonki przy prysznicach - same luksusy - a do tego wszystkiego po raz kolejny naprawdę świetne miejsce i bardzo sprawna organizacja, której to czy tamto czasem się obsunęło, ale całość trzymała się bardzo porządnie (dobry klej i te sprawy). Dużo prelekcji, większość naprawdę ciekawa, troszeczkę brak nitki programu, która byłaby tylko i wyłącznie serialowa, przy bardzo dużej ilości prelekcji dotyczących właśnie tej tematyki. Do nieprzyjemnych rzeczy z pewnością zaliczę tłok, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że na konwencie było około 6,5 tysiąca ludzi, pewne przeludnienie da się zrozumieć. Były też opaski, których szczerze nie cierpię, choć jestem wdzięczna za zmianę z plastiku na materiał.
 Konwent zdecydowanie "młodszy" niż Polcon i idący swoją tematyką w nieco inną stronę, bardziej popkulturowy niż tylko fantastyczny (przykładowo pojawiło się kilka punktów programu o "Sherlocku", który z fantastycznych rzeczy ma Martina "Hobbita" Freemana, Benedicta "Smauga" Cumberbatcha (Beryl kazała dodać Marka "Lazarusa" Gatissa) i świecące króliki, a nie były to jedyne tego typu pozycje). Jednym słowem, więcej można się było dopatrzyć więcej cech wspólnych tematycznie z Comic-conem czy DragonConem niż Worldconem czy nawet takim naszym rodzimym Polconem, przy zaznaczeniu, że nie odnoszę się tutaj do kwestii finansowo-komercyjnych. Ciekawi mnie, jak pod tym względem będzie się Pyrkon zmieniał, bo większe rozbudowanie popkulturalne bardzo mnie cieszy, zastanawiam się, jakie będą jego konsekwencje. Więcej bardziej znanych gości i stawianie przede wszystkim na bardzo doświadczonych i popularnych prelegentów? A może zalew osób bardzo niedoświadczonych i słabo przygotowanych do prowadzenia prelekcji? Zobaczymy.

Mam przede wszystkim nadzieję, że będzie równie interesująco jak w tym roku.

Edit: za moją prelekcję dostałam dwa dni temu mailowo dyplom, konwent, który pamięta o prelegentach, sympatycznie :) (i przerażająco, gdzie moja anonimowo... no tak).

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.