Hurtowo: Iron Sky i Battleship

by 4.5.12 12 komentarze
Wykorzystałam czas bez potomka, by nadrobić zaległości kinowe przynajmniej w minimalnym stopniu i wybrałam się na dwa seanse filmów reklamowanych jako science fiction, bo jest to mój ulubiony gatunek (niestety "Johna Cartera", na którego też miałam ochotę, już w repertuarze nie było, oh well!)

SPOILERY SPOILERY SPOILERY


Na pierwszy rzut oka poszedł "Iron Sky", czyli film o nazistach powracających z Księżyca. Koprodukcja fińsko-niemiecko-australijska zupełnie mnie nie interesowała w swoim czasie, więcej, wypowiadałam się na jej temat z lekkim lekceważeniem, uważając cały pomysł za durnotkę w stylu Killer Bikini Vampire Girls 3: A New Hope (mimo ładnego nawiązania do "Star Wars") czy Zombie Strippers!. Oczywiście każdemu jego porno, ale ja w takich filmach nie gustuję. W małżeństwie jednak od czasu do czasu trzeba iść na kompromis i to właśnie była jedna z tych niewielu sytuacji, kiedy ustąpiłam ja.

Pierwszą oznaką, że może dobrze zrobiłam, była informacja na początku filmu: "Oparte na opowiadaniu Johanny Sinisalo". Sinisalo to największa gwiazda fińskiej SF - przy czym fiński fandom jest jednym z najprężniej działających w Europie, mimo iż nie jest najbardziej licznym (przyczyny tego zjawiska są jednak tematem na innego posta) - promowana intensywnie, dodam, że zasłużenie, również za granicami kraju. W Polsce ukazało się kilka jej opowiadań oraz jedna powieść, w części sponsorowana przez ambasadę fińską, "Nie przed zachodem słońca", którą serdecznie polecam. Wszystkie pozycje znam i bardzo sobie cenię, Sinisalo potrafi bowiem pisać znakomicie, ma też świetne pomysły fabularne. Jeśli więc ktokolwiek byłby w stanie opowiedzieć historię o nazistowskiej inwazji bez popadania w groteskę, to tylko ona.

Powiem tak: miałam pewne problemy z filmem. Po pierwsze, wbrew temu, co twierdzą niektórzy recenzenci, efekty specjalne nie stały na bardzo wysokim poziomie; podobnie zresztą charakteryzacja, ale to można wybaczyć twórcom z uwagi na lekko fanowski feel całego filmu. Problemy są też w sferze reżyserii, niektóre sceny można by wyciąć bez szkody dla scenariusza. Widać też, że niektórzy aktorzy są bardziej utalentowani od innych. Mnie zachwycił zwłaszcza Götz Otto w roli symbolicznego nazisty Klausa Adlera, podobała mi się również Peta Sergeant jako Vivian, zajmująca się PR prezydent USA (wzorowanej mocno na Sarze Palin - owalny gabinet udekorowany wpychanymi zwierzętami wygląda bardzo niegustownie), zwłaszcza w scenie parodiującej Hitlera w "Upadku" (wszyscy wiedzą, o co chodzi, prawda?). Na temat fabuły wypowiadać się nie będę, bo albo ktoś ją kupuje z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo w ogóle powinien zignorować film, natomiast muszę się przyczepić do jakości humoru, który czasami był taki sobie, vide wybielanie czarnoskórego, zaświadczenie o czystości rasowej, "Yes, she can" czy nazistowski szalony naukowiec w stylu Dra Stangelove'a. Bardzo podobały mi się żarty z Wagnera, propagandowa (choć właściwie bardziej przerażająca niż śmieszna) mowa pani prezydent napisana przez nazistowską idealistkę, skrócona wersja "Dyktatora" Chaplina oraz scena z satelitami i Koreą Północną. Na zdecydowany plus trzeba zapisać też muzykę Laibacha (zwłaszcza w świetle żenady, jaką jest oficjalny OST do "Avengersów", blee). Jednak tym, co ten film ratuje przed wpadnięciem w otchłań zapomnienia, jest absolutnie dające przez łeb w bardzo wyciszonym stylu zakończenie - którego impakt zależy głównie od sceny bójki o surowce w ONZ: wszyscy wiemy, że Amerykanom zdarza się mylić interwencje pokojowe z walką o zasoby naturalne, to był czystej wody dydaktyzm, ale scena w zrujnowanej szkole na Księżycu i najazd na Ziemię to po prostu majstersztyk (a widok naszego satelity w kształcie nadgryzionego dango to, jak mówią ludzie, "dodany bonus").

Żeby pozostać w klimatach militarnych (taki miesiąc, przedzieram się też w wolnych momentach przez powieść mojego męża, którą polecam, bo ja sama co prawda w military SF nie siedzę, ale książka zbiera na razie same pozytywne recenzje), następnego dnia poszłam zobaczyć "Battleship". Nic na to nie poradzę, mam pewną słabość do epickich walk maszyn, a ze zwiastuna wynikało, że będzie to film w stylu "Transformersów" Michaela Baya, tylko zamiast dzielnych robotów mamy dzielną marynarkę USA (i Japonii), która nie traci ducha w obliczu przeważających sił wroga. Smaczku całości dodaje fakt, że fabuła została zainspirowana grą w okręty (czy w statki, nazwa zdaje się różni w zależności od regionu kraju, w którym się mieszka). Mąż odmówił zobaczenia filmu, więc poszłam z Cydą i nie wiem, jak ona, ale ja bawiłam się świetnie, bo dostałam dokładnie to, co usiłował mi sprzedać trailer: pogmatwane relacje rodzinne, dorastającego w obliczu kryzysu do swojego potencjału głównego bohatera-lekkoducha, współpracę ponad granicami mimo początkowej wrogości a'la Kirk i Spock (inspiracji rebootowanym ST jest zresztą więcej, np. sparafrazowane "Fire everything!" Nero), wielkie roboty okręty, mnóstwo wybuchów, patriotyzm reprezentowany przez emerytowaną załogę pancernika USS "Missouri", która chyba w całości cierpi na Alzheimera, skoro nie ma nic przeciwko temu, by dowodził nimi Japończyk, kalekiego weterana z Zatoki, który odzyskuje nadzieję, ratunek w ostatniej chwili, dziury fabularne wielkie jak wyspa Oahu, śliczne dziewczyny (przy czym, ku mojemu zaskoczeniu, Rihanna gra nieźle i małymi gestami konsekwentnie buduje swoją postać na podobieństwo Vasquez z "Alienów") oraz charakterystycznych bohaterów. Jeśli więc przymknie się oko na oczywiste idiotyzmy w stylu radiowych, ultraszybkich fotonów czy fakt, że główny oficer nie powinien dowodzić, albo że nigdy nie uruchamia się jedna boja wypornościowa (fizyka dosyć dokładnie opisuje rozchodzenie się fal), albo że obcy w wyjątkowo idiotyczny sposób wybierają cele taktyczne, to można w klimatyzowanym kinie spędzić całkiem przyjemne dwie i pół godzinki. Na deser jest parodia prawdziwego włamania do sklepu.

Przypominam też o naszym fanpejdżu na G+, pojawiają się na nim krótkie notki i filmiki, które warto zobaczyć.

Battleship (2012) 
Reżyseria: Peter Berg
Scenariusz: Erich Hoeber, Jon Hoeber
Gwiazdy: Alexander Skarsgård, Taylor Kitsch, Rihanna, Liam Neeson, Tadanobu Asano







 






Iron Sky (2012)
Reżyseria: Timo Vuorensola   
Scenariusz: Johanna Sinisalo, Jarmo Puskala, Michal Kalesniko
Gwiazdy: Julia Dietze, Udo Kier, Götz Otto, Peta Sergeant

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.