I tylko ghoula brak, czyli "Mroczne cienie"

by 28.5.12 5 komentarze
SPOILERY

Drogi panie Burton,

Seans pana najnowszej produkcji, zatytułowanej "Mroczne materie cienie", niestety sprawił, iż muszę zrewidować swoje poglądy i wycofać się, przynajmniej częściowo, z "laurki", którą wystawiłam panu na początku poprzedniej notki, przyznając tym samym rację tym z komentatorów, którzy do pana twórczości podchodzą mniej entuzjastycznie niż ja, niżej podpisana. Po drugie zaś, okazało się, że mój mąż ma rację, od lat twierdząc uparcie, iż fabuła jest ważniejsza niż klimat.

Bo widzi pan, ja do klimatu pana filmu zastrzeżeń nie mam: czy to gotyckość, czy małe miasteczko w stanie Maine, czy lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, wszystko jest oddane w skrupulatnych detalach i aż przyjemnie się na to patrzy. Zresztą ta plastyczność świata przedstawionego zawsze była pańską silną stroną (vide wyjący kominek). Nie rozumiem natomiast, jak ktokolwiek przy zdrowych zmysłach mógł zadecydować, że uda się fabułę telenoweli o prawie 600 odcinkach zawrzeć w dwugodzinnym filmie. I znowu: jak do gry aktorskiej nie ma zastrzeżeń (chociaż może zechciałby pan rozważyć możliwość niezatrudniania pana Deppa w kolejnej swojej produkcji, facetowi przyda się chwila oddechu, gra już ostatkiem sił i trochę bez polotu), tak już do kreacji postaci owszem. Widzę kierujące nimi leitmotivowe cechy, ale one nie mają szans się rozwinąć w tak krótkim czasie, jak jeden seans kinowy. Cierpi na tym przede wszystkim Josette/Virginia/Maggie, bo jak jestem w stanie wyobrazić sobie powolne odkrywanie tajemnic jej żywota w telenoweli, tak w filmie jej historia sprawiła jedynie, iż wywróciłam oczyma. Podobnie brat Elizabeth, który decyduje się porzucić syna dla pieniędzy, a ja nadal nie wiem dlaczego! Co zabawne, doskonale za to wiem, co kierowało antagonistką głównego bohatera. Więcej powiem, kibicowałam zaradnej, pełnokrwistej wiedźmie Angelique zdecydowanie bardziej niż antypatycznemu Barnabie Collinsowi, co chyba o czymś świadczy.

Co przywiodło nas do drugiego problemu, jaki mam z pana filmem. Pański bohater, zakopany na prawie dwieście lat wampir w kijem w tyłku (powinien być kołek w sercu, ehehe) i oceanem lojalności wobec rodziny, zauważa dosyć często, że czasy się zmieniły, ale pan tej uwagi jakoś sobie do serca nie wziął (a może po prostu dopadł pana kryzys wieku średniego?). Ja rozumiem, że lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku to czas hipisów i nie tylko głoszenie, ale przede wszystkim praktykowanie wolnej miłości, ale na litość boską, trudno mi pojąć, że na sztywnego bohatera pokroju krwiopijcy Collinsa, z fryzurą a'la krowa-mi-włosy-ulizała, "lecą" wszystkie niespokrewnione z nim kobiety w filmie. Już pal licho Virginia, love interest musi być, choć akurat ten ich związek jest tak absolutnie nieprzekonujący, guwernantka zakochuje się w wampirze, bo jest wcieleniem jego tragicznie zmarłej narzeczonej, no nieważne, ale doktor Hoffman? Chyba tylko dlatego, że uważa pan, że rozwiązłość seksualna idzie w parze z alkoholizmem, bo innej motywacji nie widzę. Najbardziej jednak mnie wkurza pociąg do Barnaby odczuwany przez wieki przez Angie. Oto mamy kobietę sukcesu, śliczną jak obrazek, utalentowaną, inteligentną, potrafiącą zarządzać biznesem i nieuginającą się pod presją, ale pan na siłę wpycha ją w ramki "woman scorned", dyszącej zemstą harpii (choć przyznam szczerze, że scena seksu w jej biurze była bardzo oryginalna) - a Barnaba nadal wybiera wiotką Josette. Aż krew się we mnie gotuje.

Zawiodła mnie też, panie Burton, końcówka filmu, gdzie na siłę stara się pan zamknąć wątki, jednocześnie jakby otwierając drogę do sequela (bo doktor Hoffman, bo przecież rodzina musi jakoś sobie radzić bez pieniędzy, bo nowy wampir, bo wilkołak w rodzinie) i ucinając najciekawszy wątek w rozpierdzusze a'la "Wojna państwa Rose". Nie wiem, może w całym filmie są poupychane smaczki dla fanów oryginalnych "Dark Shadows" i poprawiają one ogólny odbiór produkcji, ale ponieważ nie widziałam ani odcinka, to trudno mi się na ten temat wypowiadać.

 Mam jednak nadzieję, panie Burton, że "Frankenweenie" będzie zdecydowanie lepszy.

Z poważaniem,

Rusty Angel



Dark Shadows (2012) 
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Seth Grahame-Smith, Dan Curtis, John August
Gwiazdy: Johnny Depp, Michelle Pfeiffer, Helena Bonham Carter, Eva Green

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.