"Jesus Christ Superstar", czyli znowu byłam na musicalu

by 10.5.12 2 komentarze
Przypominam po raz kolejny o rozdawajce - zostało jeszcze kilka dni, by wziąć w niej udział.


Odkryłam niedawno, że lubię musicale wyreżyserowane przez Marcelego Kochańczyka, niestety już nieżyjącego. Moja przygoda z Teatrem Rozrywki rozpoczęła się zbyt późno, bym zdołała obejrzeć "Evitę" czy "Kabaret", ale załapałam się na końcówkę szału "RHS", ciągle będącego na afiszu "Skrzypka na dachu" z absolutnie genialną scenografią (nowe przedstawienia nie są pod tym względem aż tak dobre) oraz pokochałam wystawiane raz do roku "Jesus Christ Superstar". I właśnie z jego powodu wylądowałam ponownie na widowni (zapełnionej przez nastolatków w wieku licealnym, z jakiegoś powodu co roku zapędzanych tłumnie do teatru przez swoich polonistów) przed samiuteńką Wielkanocą.

(Lubię Wielkanoc: misteria paschalne zawsze mnie poruszają. Jest w nich coś pierwotnego. Nie jestem wierzącą katoliczką, ale jest coś w historii ukrzyżowania i zmartwychwstania, co porusza struny w mojej duszy - może to mityczny archetyp, może rewelacyjna, inspirowana wydarzeniami muzyka, a może wiosenne ożywienie natury, które udziela się i mnie.)

Panowie Lloyd Weber i Rice (obaj nagrodzeni za swoje zasługi w krzewieniu kultury tytułami szlacheckimi przez królową) stworzyli musicali mnóstwo, ale tylko jedną rock operę. W "JCS" nie ma kwestii mówionych, są tylko śpiewane, co w piękny sposób buduje nastrój. Musical został stworzony właściwie jako album płytowy z psychodeliczną okładką (taką samą, jaką ma późniejsze wydanie kasetowe i CD), a dopiero potem przeniesiono go na deski sceniczne West Endu oraz sfilmowano (ekranizacji osobiście nie lubię, widziałam ją raz i nie zamierzam do niej wracać). Na oryginalnym albumie rolę Jezusa zaśpiewał Ian Gillan, wokalista Deep Purple (później współpracował również z Black Sabbath - wersja z Teatru Rozrywki kontynuuje chlubną tradycję zatrudniania rockmenów), a rolę Judasza - Murray Head (wszyscy znamy go z brawurowego wykonania "One Night in Bangkok" z musicalu "Chess"), starszy brat Anthony'ego Heada. W epizodycznej rólce jednego z kapłanów pojawia się też przyszły Gary Glitter - ach, szalone lata 70-te!

"JCS" był pierwszą kasetą z musicalem, którą zakupiłam w życiu, sprowokowana usłyszanym gdzieś "Blood Money" w wykonaniu Heada - jest to wersja idealna i trudno się do niej komukolwiek zbliżyć - Teatr Rozrywki próbuje i całkiem nieźle mu to wychodzi, ale. Ja jestem kupiona od momentu, w którym Janusz Radek w roli Judasza, mojej ulubionej (tym razem miał długą grzywkę i lekko rozjaśnione włosy, mrau, plus zarost twarzowy a'la villain z filmów o Jamesie Bondzie, na szczęście od kilku lat nie nosi już aparatu ortodontycznego, choć wierna widownia pamięta, jeśli dobrze zinterpretowałam wypowiedź jednej ze współoglądaczek seryjnych) w całym musicalu, zaczyna śpiewać, dreszcze wędrują po kręgosłupie i już do końca siedzę jak na szpilkach. Przyznam szczerze, początkowo szłam do teatru tylko dla niego. Potem jak młotem dostałam "Snem Piłata" w wykonaniu Andrzeja Kowalczyka (który pozostaje moim ulubionym momentem sztuki, ale o tym nie da się opowiedzieć, to po prostu trzeba zobaczyć, ten całkowity brak ekspresji i przejmujący smutek, zwłaszcza w porównaniu z tym, jak Piłat zachowuje się potem, gdy musi odgrywać rolę rzymskiego prokuratora), a w końcu doceniłam i rolę Jezusa (Maciej Balcar, wokalista Dżemu). Aktorzy Rozrywki znają swoje role na pamięć - w końcu "JCS" grany jest od lat 12 (młodszy o rok "RHS" nie zdołał się utrzymać na afiszu), ale zmanierowana Maria Meyer nadal gra Marię Magdalenę bardzo empatycznie, co uważam za sympotmatyczne, jeśli chodzi o kondycję sztuki, mając w pamięci, jak bardzo zblazowana była jako Magenta w ostatnich spektaklach.

Myślałam również, że znam "JCS" na pamięć, ale to nieprawda - nadal są w nim fragmenty, które mnie zaskakują, chociażby próba "wybielenia" Judasza, który w biblijnych źródłach jest dosyć jednoznacznie zły. Lloyd i Rice poszli w nieco innym kierunku, lekko protestanckim: los Judasza był predestynowany, a on sam skazany na wieczne potępienie od dnia narodzin - podobnie jak Jezus musiał umrzeć, tak on musiał zdradzić. Trudno mu nie współczuć, zwłaszcza w rewelacyjnej interpretacji (złośliwi twierdzą, że nadinterpretacji, nie znają się, parweniusze) Janusza Radka. Na marginesie: o krok dalej idzie Lady Gaga, kontynuując ten trop w piosence pt. "Judas" (która jest słaba i miałka, ale na szczęście w teledysku występuje Norman Reedus, który nadaje Judaszowi nader interesującą i przystojną twarz). Podoba mi się pomysł Kochańczyka, by Judasz po śmierci wrócił ubrany na biało - sugeruje to zbawienie, mimo kabaretowego disco sznytu całej sceny, w której wiszący w tle krzyż z Jezusem ma w zamierzeniu stanowić kontrapunkt, ale niestety nie wytrzymuje w starciu z energią Radka i towarzyszących mu tancerek.

Przejmujący jest fragment, gdy Jezus sam czuwa w ogrodzie Getsemani i "kłóci się" z Bogiem, prosząc go o "odwrócenie kielicha goryczy", pytając ze złością, dlaczego ma umrzeć, coraz bardziej maniakalnie, prezentując strach przed bólem i śmiercią, aż w końcu, pomimo braku odpowiedzi ("choć jeden błysk nieskończoności twej"), godzi się z losem, dostrzegając większy cel ("sroga wola twa, lecz twój syn ją zna") - ale akurat do odczuwania tej sceny musiałam albo dorosnąć ja, albo Maciej Balcar nauczył się wreszcie przekazywać emocje. Zawsze za to był dobry w scenie biczowania.

Dziwi mnie fakt, że Piotr nigdy nie osiągnął takiej popularności. Poświęcono książki Judaszowi i Piłatowi, a on, człowiek, który trzy razy zaparł się Jezusa, a potem, powodowany wyrzutami sumienia, założył kościół katolicki - czyż nie jest to nośna, ciekawa historia? A jednak zwykle o nim zapominamy. Podobnie jest w musicalu - nigdy w tej roli nie został obsadzony nikt zapamiętywalny - a szkoda.

"Jesus Christ Superstar" w wersji Teatru Rozrywki jest jedną z repertuarowych perełek-samograjów. Trudno jednak nie doceniać ręki Kochańczyka - nowe produkcje nie są aż tak dobre, nawet chwalone przeze mnie "Przebudzenie wiosny". W tym miesiącu premierę ma "Sweeney Todd" - bilety zakupiłam już jakiś czas temu, choć głównie z uwagi na Kamila Franczaka w roli Anthony'ego Hope'a, bo ten konkretny musical nigdy nie należał do moich ulubionych, nawet gdy zekranizował go Tim Burton. Zobaczymy, jak będzie, na pewno pokuszę się o recenzję. Podobnie z "Tarzanem", czyli nowością Gliwickiego Teatru Muzycznego, przygotowanego we współpracy z zabrzańskim Domem Muzyki i Tańca, który we wnętrzach swojej modernistycznej bryły posiada ogromną scenę - nie byłam tam od czasów szkoły podstawowej i chętnie sobie to doświadczenie odświeżę. Na marginesie - co to za irytująca maniera premier w maju, pod sam koniec sezonu teatralnego?

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.