Sweeney Todd, czyli demoniczny golibroda z Chorzowa

by 21.5.12 16 komentarze
"Moje" okoliczne teatry muzyczne postanowiły mnie w tym miesiącu porozpieszczać, planując dwie premiery na 19 maja: w Chorzowie "Sweeney Todda", a w Gliwicach/Zabrzu "Tarzana" (co zabawne, w obu gra znana z warszawskich "Les Miserables" Edyta Krzemień, ale ja jej ani razu nie zobaczę, czego w gruncie rzeczy trochę żałuję). Na pierwszy ogień poszedł demoniczny golibroda, bo jednak bardziej jestem przywiązana do Rozrywki niż do GTM, ale spokojnie, zakupiłam bilety na musical Phila Collinsa i w czerwcu pojawi się również z niego recenzja.

Ale może nie powinnam wybiegać zbyt daleko w przyszłość i  skoncentrować się na bieżącym wpisie.

Rewelacyjny plakat reklamowy.
Są takie musicale, do których nigdy nie wracam i "Sweeney Todd" do nich zdecydowanie należy (razem z pozostałymi dziełami Sondheima - mogą one być sobie radośnie skomplikowane w sferze muzycznej i imponująco dobre, jeśli chodzi o słowa, ale nigdy mi nie było po drodze z wrażliwością tego pana, choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że wszystkie składniki do wielkiego, trwającego przez lata uwielbienia tam są: dramatyczne ludzkie historie, świetne piosenki, intertekstualność, to jakoś nigdy nie "zaskoczyło"). Poza tym mam problem z adaptacją filmową, która nie podobała mi się dosyć drastycznie (Cydzie wręcz przeciwnie, wyszła z seansu planując cosplay), głównie z uwagi na to, jak aktorzy śpiewali ("Sweeney Todd" jest pod tym względem trudny i właściwie najlepiej radzą sobie w nim śpiewacy z przygotowaniem operowym, choć oczywiście oni mają problemy z kwestiami pół-mówionymi), bo ja naprawdę jestem fanką musicali. Ciekawa jednak byłam, co zostaje z "Sweeney Todda", jeśli wyekstrahować z niego Burtona. Nie zamierzałam mimo to iść na spektakl w tym sezonie, może we wrześniu, jak już minie cały ten hype. Och, jakim byłam naiwnym łosiem! Postanowiłam bowiem sprawdzić, kto w tym przestawieniu gra i odkryłam, że między innymi w roli Anthony'ego Hope'a obsadzony został mój ulubieniec, Kamil Franczak - ale wtedy nie wiadomo jeszcze było, kiedy będzie grał on, a kiedy Karol Wolski. Dość powiedzieć, że był moment, w którym rozważałam zakup ośmiu biletów (każdy po 65 złotych) na dwa różne niedzielne przedstawienia. Na szczęście w pionie administracyjnym Teatru Rozrywki zatrudnieni są sami bardzo uprzejmi ludzie, którzy cierpliwie znosili moje uporczywe telefony (choć trochę szkoda, że nie lubią plotkować) i informowali mnie codziennie, że decyzji reżysera w sprawie ostatecznej obsady nie ma. A potem nagle decyzja była i to bardzo cudowna, że Kamil Franczak będzie grał w każdym przedstawieniu.

Miałam więc dwa powody, by zobaczyć "Sweeney Todda" jeszcze w maju i wybrałam się do teatru dzień po premierze (na premiery będę chodzić, jeśli Teatr Rozrywki zacznie mi wysyłać osobiste zaproszenia :D). Pierwszym zgrzytem (właściwie jedynym) był brak programu  - można go będzie zakupić w późniejszym czasie w kasie teatru, ale to nie to samo, co siedzieć na widowni, kurczowo ściskając program w ręku, prawda? Od razu człowiek czuje, że przyszedł do teatru na kulturalną rozrywkę. :D Na spektakl zabrałam męża, który podobnie jak za "Sweeney Toddem" nie przepada i obawiam się, że mogliśmy popsuć przyjemność z oglądania drugiego aktu co poniektórym bliżej siedzącym widzom, gdy w antrakcie zaczęliśmy omawiać, co nam się nie podobało. Żeby nie było, to bardzo dobre przedstawienie, porządnie zrealizowane (ach, gdzie ci spóźniający się z włączeniem mikrofonów akustycy, czasami za nimi tęsknię...), świetnie zagrane, ale mam do niego dokładnie te same zastrzeżenia, co do "Producentów" - brak w nim iskry.

Poza tym gdzieś  we mnie nieśmiało łopocze się myśl, że można to było zrobić lepiej.

Kostiumy w II akcie.
Reżyser Andrzej Bubień w każdym wywiadzie wspomina, jak to w "Sweeney Toddzie" na pierwszy plan wysuwa się historia obsesyjnej miłości. Jest to prawda, wrócono w Chorzowie do wersji z wszystkimi piosenkami i dużo czasu zajmuje w przedstawieniu wątek Joanny i Anthony'ego, jak również historia sędziego Turpina. Jednak na scenie tych uczuć nie widać. Główni aktorzy (czyli Maria Meyer i Jacenty Jędrusik) grali bez natchnienia: wiem, że są bardzo utalentowani, bo widziałam ich w innych przedstawieniach, ale każdy ich gest był mechaniczny, z cyklu: "O, a tu machnę ręką dla większej emfazy"; poza tym wokalnie wypadli wyjątkowo słabo, zupełnie jak nie oni. Znakomity Franczak (po jego pierwszej piosence widownia zaczęła spontanicznie klaskać i już poszło z górki) i gościnnie Jerzy Jeszke, Polak występujący na Broadwayu, na scenie posiadający niesamowitą charyzmę, prywatnie człowiek skromny i bardzo pozytywnie nastawiony do świata, który w każdym wywiadzie opowiada, jak to grany prze niego Beadle jest postacią szarą i wycofaną w cień, a na deskach teatru nieświadomie kradnący przedstawienie gwiazdom obsadzonym w głównych rolach. Jest całkiem niezły Sebastian Ziomek jako Toby, którego, wstyd się przyznać, zauważyłam dopiero w "Producentach", świetna wokalnie Monika Bestecka w roli Joanny (choć ubolewam na decyzją reżysera dotyczącą ruchu scenicznego tej konkretnej postaci, zamiast ślicznej, niewinnej dziewczyny dostaliśmy jakąś psychopatkę, w dodatku wyglądającą jak Daenerys Targaryen...). Gościnnie wystąpili również Paweł Tucholski i Piotr Łykowski w rolach (odpowiednio) sędziego Turpina (ale niestety za mało demonicznego) i cyrulika Pirellego, obaj bardzo dobrzy, choć temu pierwszemu zdecydowanie brak scenicznej charyzmy, która sprawia, że widz skupia na nim uwagę. Żeby nie było, że tylko narzekam, Meyer pokazała klasę aktorską, naśladując rybitwę i pokazującą tupot białych mew w "By the Sea" i było widać w niej wigor i poczucie humoru.


Tupot białych mew można zobaczyć mniej więcej od 2:28.

Mam pewne zastrzeżenia do kostiumów, brak w nich jakiejś jednolitej wizji, wydają się być bardzo chaotyczne, z różnych epok, co na scenie daje efekt bałaganu. Jednocześnie odrealnia całą historię, co jest już niewybaczalne, bo właśnie na realizmie zasadza się siła historii demonicznego golibrody z Fleet Street - a tu mamy lekko bajkowy klimat. To poczucie wzmagały też inne rzeczy: Sweeney Todd wyglądał jak niedorobiony Nick Fury (tylko przepaski na oku brak), pani Lovett robiła na drutach szalik Czwartego Doktora, a w ramach chóru wystąpiła grupa klaunów w fartuchach laboratoryjnych (czego nie jestem w stanie pojąć ani rozumem, ani emocjami - widziałam dobre wykorzystanie lunaparkowych elementów w przedstawieniu "Królowa śniegu" bielskiej Banialuki, ale tutaj są ni przypiął, ni przyłatał).

Bardzo ciekawa jest za to scenografia, choć też ani współczesna (jak w "Rent"), ani wiktoriańska (jak w "Jekyll i Hyde"), ani nawet nie bardzo spójna, ale swoją rolę spełniała nieźle -  zwłaszcza dobrze wyglądał piec i miasto, choć wspinający się po niektórych budynkach Anthony przypominał budził raczej skojarzenia z King Kongiem niż z zakochanym bez pamięci Romeo.

Czy polecam? Owszem, ale nie bez zastrzeżeń. "Sweeney Todd" to faktycznie musical światowej klasy i warto się zapoznać z jego pierwszą polską wersją, zwłaszcza, że trudno jej cokolwiek konkretnego zarzucić. Mam jednak wysokie oczekiwania wobec Teatru Rozrywki i mam nadzieję, że zostaną one spełnione w przyszłym sezonie. Czego sobie i wam życzę.

Przy okazji chciałabym serdecznie podziękować osobie, która +1 wszystkie moje "teatralne" wpisy, nigdy nie komentując. Doceniam ten drobny gest; poza tym miło wiedzieć, że nie piszę sobie a muzom.

P.S. Z zabawnych rzeczy: wychodząc wczoraj z teatru rozmawialiśmy o tym, jak Rozrywka powinna zrobić spektakl dający szansę się wykazać młodemu narybkowi i nowym aktorom i proszę, mówisz-masz, bo oto już niedługo odbędzie się casting do "Our House".

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.