Wszystkie Avengersy małe i duże

by 12.5.12 12 komentarze
(jestem prawie stuprocentowo pewna, że ukradłam tytuł Cydzie, but I REGRET NOTHING)


Choć wszyscy fani Jossa Whedona obawiali się, że "Avengersi" zostaną zcancelowany w połowie produkcji, zanim w ogóle dane im będzie zaistnieć na ekranach (są precedensy!), udało się wreszcie pokazać przygody tej specyficznej grupy superbohaterów (bo składającej się również ze zwykłych, choć utalentowanych w walce ludzi i działającej pod egidą organizacji państwowej) szerokiej publiczności. Oczywiście nie obyło się bez problemów, bowiem polski dystrybutor zdecydował się wprowadzić film do kin tydzień po premierze amerykańskiej (a już ta była opóźniona w stosunku do np. brytyjskiej), a w Katowicach w dodatku tylko do IMAXa (EDIT: jest też w Heliosie, jutro idę znowu!). Jeśli dodamy do tego dubbing w każdej kopii wyświetlanej przed godziną 19, oznaczać to może tylko dzikie tłumy fanów na dwóch pozostałych seansach. Widać, że ktoś w Forum Film postanowił zdecydowanie ukrócić kapitalistyczne zapędy tego blockbustera, który w ciągu dwóch tygodni od premiery zdołał zarobić imponujące 700 milionów dolarów.

Staram się znaleźć dobre strony każdego zjawiska. Tu udało mi odkryć jedną: mianowicie wiemy już, zanim obejrzałyśmy film, że jest on dobry. Na tyle dobry, że cały internet pełen jest spoilerów i należy się w nim poruszać jak po polu minowym (ludzie, którzy spoilerują film, powinni trafić do specjalnego piekła dla pedofili i ludzi gadających w trakcie przedstawień teatralnych). W związku z tym naddatki wolnego czasu, który zazwyczaj poświęcamy na przeglądanie tumblra, przeznaczyłyśmy na wymyślenie strojów na retro genderswap Avengers cosplay (znaczy ja i Beryl, bo Cyda strój Kapitanki Ameryki miała już od czasu Falkonu) - jakoś trzeba było zutylizować ALL THE FEELS w sposób praktyczny.

SPOILERY SPOILERY SPOILERY

Tak na marginesie, niesamowitym jest, jak wiele emocji zainwestowałam w film o superbohaterach, o których nawet nie słyszałam przed premierą pierwszego "Iron Mana". To znaczy, gdzieś tam na peryferiach poznawczych przemknął mi Hulk z jego dwoma filmami, które olałam, bowiem X-meni do spółki ze Spidermanem popsuli mi kino superbohaterskie (trzeba było połączonych sił Logana i Tony'ego Starka, by to zmienić). Zresztą wybór Hulka jako forpoczty Avengersów uważam za chybiony. Może on sobie być uproszczonym, zamerykanizowanym do bólu retellingiem wiktoriańskiej noweli Roberta Louisa Stevensona o zgubnych skutkach poddawania się emocjom (ALL THE FEELS, ekhem) "Doktor Jekyll i pan Hyde" (która znowu jest retellingiem tych wszystkich baśni, w których mężczyzna zmienia się z nocy w zwierzę, których zadaniem było przygotowanie młodych panien do nocy poślubnej), ale spójrzmy prawdzie w oczy: z Bruce'm Bannerem i jego alter ego trudno się widzom identyfikować; jeden jest w stałej depresji i stresie, a drugi to agresywny głupek. Tego empatycznego połączenia nie byli w stanie dokonać dwaj znakomici aktorzy, Eric Bana i Edward Norton, i nie udało się to również Markowi Ruffalo (EDIT: czy ja właśnie napisałam zdanie, które sugeruje, że zadaniem Hulka jest przygotowanie panien do nocy poślubnej...?) - który jednak z nich wszystkich trzech jest najlepszy i małymi gestami (nerwowe zacieranie rąk) potrafi pokazać dramat swojego bohatera. Widz ma też wrażenie, że jest to człowiek niebezpieczny, trochę jak bomba zegarowa, i nikt nie wie, kiedy wybuchnie.


Idąc do kina, wiedziałam już o następujących rzeczach: że na widok Thanosa można dostać orgazmu (dzięki, panie Hiddleston!), że w scenie po napisach Tony Stark spada z nieba (durni ludzi na imdb.com, którzy nie zauważyli, że sekcja Trivia dzieli się na taką bez spoilerów i ze spoilerami), że agent Coulson popada w niezasłużoną niełaskę Fury'ego oraz że Loki manipuluje w jakiś sposób Avengersami stacjonującymi na Helicarrierze, a potem dostaje wciry od Hulka. Czyli całkiem sporo, jak na osobę, która tydzień przed polską premierą w ogóle nie korzystała z tumblra w obawie przed popsuciem sobie przyjemności z oglądania. Tylko trzy z tych spoilerów okazały się być prawdziwe, a żaden nie zdołał mi popsuć przyjemności oglądania. "Avengersi" są filmem, który nie udaje czegoś, czym nie jest: jego reżyser obiecuje rozrywkę rodem z komiksów, może trochę przyprawioną dramatyzmem, ciekawych bohaterów, dużo humoru (czy ktoś zauważył, jak Tony Stark zwraca się do Hawkeye'a - do którego zaczynam mieć słabość, mrau - per Legolas? Ilość onelinerów w tym filmie jest ogromna, prawie jak w "Buffy"), przerwane w połowie zdania (to taki znak rozpoznawczy Whedona) i rozpierduchę na pół Manhattanu i jakieś tajne centrum SHIELDu. Widz nie ma czasu się nudzić. Jeśli miałabym wskazać jakiś słaby punkt fabuły, to byłby to brak jakichś poważniejszych motywacji postaci, które nie wychodzą poza standardowe: zemsta, chęć wykazania się, patriotyzm, spłata zobowiązań - nie jest to jednak poważna wada, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, że w odróżnieniu od "Thora", "Iron Mana" czy "Kapitana Ameryki" mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym. W dodatku każdy Avenger, duży czy mały, ma swoich fanboyów i fangirle (nawet agent Coulson się temu nie oparł, w którego śmierć notabene nie wierzę, oczyma duszy widzę, jak w "Iron Manie 3" robi dyrektorowi Fury awanturę, że zakrwawił jego karty kolekcjonerskie), którzy wymagają czasu ekranowego. Dość powiedzieć, że film bardzo ładnie pokazuje natychmiast zadzierzgującą się więź pomiędzy Starkiem a Bannerem, początkowy konflikt osobowości i późniejszą relację brothers-in-arms pomiędzy tym pierwszym a Steve'm Rogersem, relacje pomiędzy Thorem a Lokim ("He's adopted!"), wskazuje na wspólną przeszłość Black Widow i Clinta Bartona (scena ich walki była IMHO najlepszą w filmie) oraz wzajemną sympatię pomiędzy Thorem a Hulkiem - co jest poważnym wyczynem w tak krótkim filmie. W dodatku wprowadza on nową postać (Maria Hill) i wykorzystuje sporo starych (Selvig, Pepper) w całkiem zgrabnej fabułce.

Mogło być zdecydowanie gorzej...


Co jeszcze? Loki oczywiście. Przyznam szczerze, że wolałam go w "Thorze", ale i tak jest cudowny, gdy zmienia strój na bojowy, albo gdy siedzi na skale przyglądając się walce Iron Mana z Thorem i wygląda, jakby myślał: "To mój stalsy blacisek". Ale najlepszy jest w scenie, gdy grozi Natashy Romanov, uderzając absolutnie we wszystkie jej słabe punkty - mistrzostwo świata, widać klasę aktorską Hiddlestone'a. Zbliża się do niego tylko RDJ (choć trudno odróżnić, gdzie się kończy on, a zaczyna Stark) i wspomniany już Ruffalo. Co nie znaczy, że inni aktorzy grają źle, wręcz przeciwnie, film daje się wykazać każdemu i nawet zwykle słaba Scarlett Johanson ma szansę błysnąć czymś innym niż figurą. Przy okazji: ktoś w Studio Marvel musiał się zorientować, że na ich filmy chodzą w dużej mierze kobiety, bo liczba fanshotów zgrabnych, męskich pośladków przypadająca na ilość klatek filmu jest porażająca. Nie, żebym się skarżyła, wręcz przeciwnie...

Podsumowując: "I like this movie. Another!".

P.S. Trailery do "Amazing Spidermana" i "Dark Knight Rises" w IMAX wymiatają. Jakbym spadała z budynku.

P.S.2 Zdjęcia z cosplayu pojawią się na fanpejdżu na G+, bo żal, żeby się mój arc reactor i pieczołowicie skręcane przez Cydę victory rolls zmarnowały. Miałyśmy też Nicka Fury'ego i Black Widow, yay! Ale to jutro, dawkujmy sobie przyjemności. :D EDIT: Tu są zdjęcia, musicie być w kręgach fanpejdża, by je zobaczyć, za co najmocniej przepraszam, ale nie zmienię decyzji w tej sprawie.


Tytuł: Avengers (2012)
Reżyseria: Joss Whedon
Scenariusz: Zak Penn, Joss Whedon, Jack Kirby, Stan Lee
Gwiazdy: Robert DFowney Jr, Tom Hiddleston, Clar Greg, Chris Evans, Chris Hemsworth, Scarlett Johansson, Jeremy Renner, Mark Ruffalo

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.