Ziggy Stardust i pająki z Marsa

by 8.6.12 6 komentarze
 1. Przedtem

Pomysł concept albumu nie należy do Davida Bowiego, bowiem już dekadę wcześniej Beatlesi stworzyli "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band ", jednak "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars" był w pewnym sensie zwiastowaniem. Oto nadszedł glamrock. A David Bowie zaczął swoją wędrówkę poprzez coraz to nowe sceniczne wcielenia.


Brela poprawić się nie da.

Oglądanie od czasu do czasu "Velvet Goldmine" Haynesa czy wyrywkowe słuchanie Roxy Music nie czyni ze mnie fanki glamrocka.

Ale lubię Bowiego. Moją ulubioną jego piosenką jest "Space Oddity", ulubiony album to OST do "Labiryntu", ale jeśli wyłączymy z konkursu OST, to będzie nim właśnie "Ziggy Stardust", czyli muzyczna opowieść o człowieku, który istniał tylko dwa lata, ale odcisnął swoje piętno na świecie w spektakularny sposób.

Miał mieć własny film, ale nigdy do jego powstania nie doszło. W sumie szkoda.


2. Ziggy Stardust, rock'n'rollowy mesjasz

Jak śpiewa sam Bowie w "Soul Love": "Love descends on those defenseless" i ja właśnie byłam taką bezbronną istotą wobec glorii tego albumu. Nie mogłam go nie pokochać, nawet pomimo tego, że ma zbyt dużo wersji (a ja i tak najbardziej lubię tę oryginalną, choć Bowie upierał się, by na koncertach grać również inne piosenki) i jest starszy ode mnie i sam autor nie wie, co tak naprawdę przydarzyło się Ziggy'emu i Ziemi.

The boy in the bright blue jeans
Jumped up on the stage
Lady Stardust sang his songs
Of darkness and disgrace



Pomimo mylącego tytułu, piosenka jest o mężczyźnie. 

"Lady Stardust" ma musicalowy fortepian. W początkowych dźwiękach "Starman" słychać tę samą gitarę, co w "Space Oddity", a przed refrenem kilka nut z "It's Raining Men", sam refren zaś oparty jest na "Over the Rainbow". "Moonage Daydream" to czysta psychodela, pisana chyba pod wpływem LSD. "Hang On To Yourself" to bardzo energetyczny kawałek, godny każdej punkowej kapeli. Początkowe riffy "Ziggy Stardust" - jak kocham Jacka White'a, tak ten facet musiał się uczyć grać na gitarze na tym albumie, bo słychać je na całym "Icky Thump".

The kids were just crass, he was the nazz
With God-given ass
He took it all too far, but boy could he play guitar

Making love with his ego, Ziggy sucked up into his mind
Like a leper messiah
When the kids had killed the man, I had to break up the band
  

Nawiązania można wyszukiwać długo, wstecz i w przód w czasie, na szczęście mamy na to więcej niż pięć lat.

Wolę drugą połowę albumu, nie ma tam ani jednego słabego utworu, ale do szału doprowadzają mnie różne wersje tej płyty. Na szczęście wydano dwupłytową edycję, która na pierwszym CD zawiera remasterowane utwory z winyla, a na drugim wszystkie te piosenki, które były grane na koncertach (jak "All the Youg Dudes" czy "John, I'm Only Dancing") oraz wersje demo niektórych piosenek.


3. Potem, czyli "Oh love, you're not alone" (albo "you're gonna carry that weight")

Skojarzenia są bezlitosne. Przede wszystkim "Cowboy Bebop" - "It Ain't Easy" mogłoby się spokojnie znaleźć na jakimkolwiek OST do "CB" i nikt by się nie zorientował, że to nie jest własna kompozycja Yoko Kanno. Skojarzenie z kosmicznym kowbojem nie jest zresztą błędne, bo pochodzi od niego (well, od niego i Iggy'ego Popa i pewnego zakładu krawieckiego) imię głównego bohatera.



Ale jest też wspomniane wcześniej "Velvet Goldmine", gdzie Haynes wystawia pomnik Bowiemu za pomocą jeszcze nie zmarnowanego talentu. I Bowie może tego nie lubić, ale w sumie niewiele ma do powiedzenia, zwłaszcza gdy w jego imieniu śpiewa Thom Yorke.

I oczywiście uwielbiana przeze mnie Janelle Monae i  jej cyber-opera o żeńskim androidzie.

I największe dzieło Bowiego, Duncan Jones i jego fascynacja pulpową SF, którą gloryfikuje w swoich filmach.

(sensu w tym wpisie nie ma)

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.