Prometeusz: poszedł wykradać ogień, a wrócił z frytkami

by 22.7.12 5 komentarze
Co mogę powiedzieć o „Prometeuszu”? Najpierw chciałam napisać, że to naprawdę dobry film, rewelacyjny pod pewnymi względami (Rusty ma inną opinię), mający jednak sporo niedociągnięć, zwłaszcza jeżeli chodzi o logiczność zachowań postaci i ciągłość fabuły, ale myślę, że to zbyt skrótowe przedstawienie tematu. Nie jest to coś, co dałoby się podsumować w jednym akapicie (chociaż jestem bardziej niż pewna, że sporo osób będzie próbowało), bo przy uproszczonej fabule mamy jednocześnie bardzo niejednoznaczne kwestie ideologiczne; obecne w nim nawiązania i teorie są bardziej pytaniami zadawanymi na początku rozmowy niż jakimikolwiek odpowiedziami. W tym właśnie widzę siłę „Prometeusza” – minął ponad tydzień (od czasu napisania tej recenzji trochę więcej, well), a ja ciągle kombinuję, co, jak, dlaczego i czy można by to określić inaczej (inni też tak mają, kilku nieszczęśliwym osobnikom nieco zaspoilerowaliśmy w ferworze dyskusji, z zaznaczeniem, że przedstawione wydarzenia są raczej łatwe do przewidzenia, bo największa przyjemność i tak płynie z kombinowania, więc to taki spoiler, nie spoiler).


Fantastyczna kampania reklamowa przygotowywała widzów na zupełnie inny rodzaj widowiska, więc każdy, kto wybiera się na horror/thriller SF może się nieco zaskoczyć, bo film moim zdaniem poszedł w zupełnie inną stronę – przypuszczam zresztą, że właśnie stąd wzięło się lekkie rozgorycznie odczuwane przez część widzów (co nie przeszkadza tym osobom godzinami kombinować nad wszystkimi nieciągłościami logicznymi). Z drugiej strony cały alienowy cykl (a przynajmniej dwie pierwsze jego części) to filmy uznawane za intrygujące i nowatorskie w swoich kategoriach, nie powinniśmy się więc dziwić, że tworząc prequel wybrano inną formułę. Mam wrażenie, że właśnie próba zachowania ciągłości odpowiada za różne fabularne niedociągnięcia – troszeczkę na siłę dodano kilka niepowiązanych biologicznych obrzydliwości (zabrakło im siły wyrazu Obcych, chyba najbardziej realistycznych a jednocześnie przerażających filmowych potworów, na jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się trafić), które zamiast przerażać niepotrzebnie śmieszą (kadyceusz i „stukanie do bram”), albo sprawiają, że zaczynamy się zastanawiać, czy dana osoba może zachować się jeszcze bardziej idiotycznie (jeżeli nie jest to David, odpowiedź najczęściej brzmi: tak i nawet sobie nie wyobrażasz).

Podobnie jest z niektórymi postaciami, które owszem są ciekawe i mocno osadzone w alienowej tradycji, ale nie do końca wydają się pasować do tego typu filmu. Przykładem może być tutaj np. kapitan Janek (świetny Idris Elba), do którego odczuwamy prawie natychmiastową sympatię, czy zachwoująca się prawie rozsądnie Vickers (Charlize Theron), czyli dosyć nietypowy pracownik korporacji Weyland. Są ciekawi w odbiorze, owszem, ale stanowią część foremki, w którą wbito zupełnie inny rodzaj opowieści, niestety ze szkodą dla całości. Kolejny przykład na to, że bardzo widoczna w ostatnich latach tendencja do filmowania jedynie rzeczy już jakoś widzowi znanych, posiadających markę, może negatywnie wpływać na jakość danej produkcji (i nie mówimy tu o znanych na zasadzie: wszyscy wiemy, kim był Prometeusz, bo to niestety nieprawda, ale znanych na zasadzie: bo gdzieś słyszałem, że to fajne te alieny i takie tam).

Kto by takiego androida nie chciał?
Mamy tu więc do czynienia z próbami zadawania pytań o tak kluczowe sprawy jak pochodzenie człowieka i definicja człowieczeństwa w odniesieniu do różnych wierzeń, postaw i tradycji kulturalnych ze sztafażem* alienowym. Wielkie zagadki i zarysy wielkich odpowiedzi na zasadzie „Odysei Kosmicznej 2001” czy też „Łowcy Androidów”, które pokazują, jak wspaniale science fiction sprawdza się w tego typu tematyce. Do tego „Prometeusz” dorzuca nam także pytania dotyczące roli etyki w nauce i postępie, zasadności niektórych wierzeń i przekonań religijnych, nowe sugestie dotyczące ewolucji jako inteligentnego projektu, wierności, więzów rodzinnych, znaczenia osiągnięć całego życia w zestawieniu ze śmiercią, roli wiary w określaniu człowieczeństwa, fascynacji odmiennością, macek, słabej historii miłosnej, rowerokoszykówki, nudy, samotności, seksu bez zabezpieczeń, odmiennej inteligencji i akordeonów. A to oczywiście nie wszystko. Mam wrażenie, że projekt zaczął się jako coś naprawdę intrygującego i nowatorskiego, ale potem ktoś dostosował go do statystycznie określonych wymagań fanów „Obcego” i gdzieś w tym momencie pojawiły się pewne zgrzyty, bo zrobiono to w dosyć osobliwy sposób.


Czas zresztą nazwać swoje wątpliwości po imieniu: większość postaci zachowuje się idiotycznie, wyprawa na obcą planetę pod względem zachowania zasad BHP i zdrowego rozsądku jest gorsza nawet od gimnazjalistów na wycieczce szkolnej w hipermarkecie. Skoro mnie, przy mojej zwykłopracy biurowej, ostrzegano o niebezpieczeństwach związanych z korzystaniem z ołówka, to dlaczego tego typu informacji nie otrzymała (posiadała) załoga złożona z naukowców wyruszajacych na obcą i zupełnie nieznaną planetę? I można to wyjaśnić na wiele sposobów, nanotechnologią, jednorożcami, wpływem środowiska niewykrywalnym dla instrumentów (to by się sprawdzało, bo najbardziej przytomni są android i osoba, która nie opuszcza statku) czy też złym dotykiem korporacji, ale niestety nawet takiego drobnego ukłonu w stronę widza brak. Zazwyczaj tego typu kwestie w trakcie oglądania przepływają obok mnie zupełnie swobodnie, ale tutaj jest to naprawdę trudne, bo cały czas mam wrażenie, że to radosna przygoda pozbawionych instynktu samozachowawczego imprezowiczów pasujących raczej do słabego horroru klasy „z”, a nie filmu, który ma w sobie aż tyle potencjału. Podobnie jest ze zwrotami akcji (ale tu podejrzewam, że po prostu zbyt dobrze już znam pewne schematy i w większości przypadków bez problemu wyłapuję prawidłowości związane z użyciem tego, czy innego chwytu – troszeczkę odwrotny przypadek niż np. „Fright Night”, który stosował klasyczne horrorowe zabiegi zmieniając jednocześnie ich wydźwięk i zakończenie).


Zasady rządzące zachowaniem większości postaci są więc niezwykle trudne do zaakceptowania, przez to identyfikacja lub odczuwanie sympatii staje się prawie niemożliwe. Często w takich przypadkach film staje się nudnawy, bo przestaje nam w jakikolwiek sposób zależeć na losie postaci znajdujących się na ekranie… Nie w tym przypadku. Możemy się naśmiewać i zdumiewać, ale przebieg akcji i stawiane pytania pochłaniamy z rosnącym zainteresowaniem. Zapewne spora w tym zasługa tego, jak bardzo wizualnie i dźwiękowo fantastyczny jest to film (na razie widzieliśmy go w Czechach w 2D, mam nadzieję, że choć kilka IMAXowych seansów będzie u nas), niemałą rolę mają też ciągle stawiane pytania pozwalające na tworzenie nowych teorii; właściwie można powiedzieć, że taki sposób prowadzenia akcji czymi „Prometeusza” filmem interaktywnym. Wprawdzie nie możemy wpływać na akcję (a uwierzcie mi, czasem bardzo by się chciało), ale za to jednocześnie z odbiorem filmu z każdą kolejną sceną i nowymi odpowiedziami tworzymy zupełnie nowy świat przedstawiony. Świetny pomysł na otwarcie filmu na widza, tworząc nowe wyjaśnienia i analizy, część przed, a część po seansie, stajesz się tym samym współtwórcą, bo konstrukcja filmu pozwala każdemu widzowi na zupełnie inną interpretację. Postacie, z którymi nie czujemy się jakoś specjalnie emocjonalnie związani (poza usilną potrzebą wypominania im głupoty, którą odczuwa chyba każdy, kto „Prometeusza” recenzuje) mogą ułatwiać właśnie tego typu odbiór… Nie, gdyby miały coś ułatwiać, nie byłyby tak irytujące.


Jako oprawa do wspomnianej formuły filmu znakomicie sprawdza się wspomniana wcześniej muzyka, scenografia oraz kostiumy. Główny motyw muzyczny poznajemy już w pierwszej scenie, ponownie pojawiają się u mnie skojarzenia z „Odyseją Kosmiczną 2001”, ale bardziej ze względu na charakter niż podobieństwo dźwięków. Ta sama powtarzająca się sekwencja początkowo jest pełna nadziei, prometejska w sensie przyniesienia ognia, elementy będące swoistym odpowiednikiem sępów wydziobujących wątrobę pojawiają się dopiero później. Jestem naprawdę zachwycona, jak drobne zmiany potrafią tak wspaniale kształtować główny motyw tak, by jego charakter był równie niestały. co wszystkie odpowiedzi, jakie daje nam film. Podobnie jak wspaniałe otoczenie (krajobrazy jednocześnie puste, tajemnicze i z pozoru nieziemskie), również muzyka pomaga w zadawaniu pytań, naczelnej moim zdaniem funkcji filmu. Irytacja na brak ostatecznych odpowiedzi przypomina w tym przypadku irytację na „Mullholand Drive” – owszem można, jak najbardziej, ale nieustanne poszukiwanie zmiennych odpowiedzi jest dla mnie, bardzo interesującą zresztą, formułą tego filmu.

W takim odbiorze bardzo pomagają dwie bardzo różne postacie – android David i dr Shaw, którzy jako istoty wyjątkowe reprezentują zupełnie różne postawy. Wspaniale zagrany przez Michaela Fassbendera David z pozoru jest bardzo ludzki i łagodny, a odstępstwa od normy, drobne detale, które budzą niejasny niepokój są bardzo subtelne, co pozwala nam oglądać wszystkie wydarzenia z punktu widzenia istoty odmiennej. Nie tylko ze względu na sposób powstania i cechy, ale też ze względu na to, że jest to ktoś, kto na ludzkie poszukiwania Twórców patrzy z punktu widzenia produktu ludzkiej cywilizacji. Wszystkie te zabiegi powodują, że jest to nie tylko popis umiejętności aktorskich, ale też najbardziej dla mnie fascynująca zagadka całego filmu; taki drobny zabieg, a jak dużo możliwości zostało dzieki niemu utworzonych – zupełnie inna perspektywa. Dodana dla kontrastu doktor Shaw reprezentuje zupełnie inne podejście (jeżeli się zastanowić, to też nie do końca ludzkie) – jej działaniem kieruje, w niespotykanym wręcz stopniu, wiara, nadzieja i miłość okraszone dużą dawką optymizmu. Dzięki takiemu zestawieniu większość scen możemy obserwować jednocześnie z dwóch różnych punktów widzenia. Nie musimy się zgadzać, czy indentyfikować do końca, taki sposób przedstawienia pozwala jednak na lepsze poszukiwanie włanej, trzeciej i zupełnie niesamowitej drogi.

Z powyższych powodów odrzucam więc „Prometeusza” jako przygodowo/thrillerowo/horrorowe SF, ale widzę go jako dobrą, choć nie doskonałą realizację SF pytającego i poszukującego, do którego ktoś niezbyt umiejętne podoklejał inne rzeczy. Ridley Scott dał nam więc coś naprawdę ciekawego.




*Sztafaż to pojęcie zaczerpnięte z historii sztuki – kiedy na obrazie przedstawiającym rozbudowany pejzaż widzimy niewielkie sylwetki ludzi gdzieś w tle, które są jednak na tyle istotne, by obraz nazwać „Ucieczką do Egiptu” czy „Wygnaniem z Olimpu”. Mimo, że obraz generalnie rzecz biorąc jest po prostu pejzażem, a dodane elementy nie są dla całości jakoś specjalnie istotne.


Prometeusz (2012)
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof
Gwiazdy: Michael Fassbender, Idris Elba, Noomi Rapace, Charlize Theron

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.