Co ty k. wiesz o k-dramach (część pierwsza)

by 21.9.12 35 komentarze
Po pierwsze nie wierzcie Rusty - sama żadnej k-dramy nie widziała, a już jej śpieszno oczerniać je przed wami za jeden z najważniejszych argumentów przyjmując to, że lubię kicz. Godzin spędzonych przez nią na uwielbianiu łyżwiarzy figurowych opakowanych w sreberka z czekolady i co bardziej zręcznych bollywoodzkich męskich bioderek obsypanych brokatem i odzianych w tekstylny holo-odpowiednik masy perłowej nie będę jej tu wypominać, bo jeszcze mi elfią detektyw Merry Gentry wytknie, a kiedyś chciałabym napisać o najgorszej książce, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Jeżeli nie wytykam ani nie wyrzucam, mogę wam powiedzieć jedno - k-dramy nie są tym, czym mogą się wam wydawać, a tym bardziej nie są tym, czym mogą wam się nie wydawać, kiedy nie macie pojęcia, czym są.

Zdjęcia będą głównie z historyczno-fantastycznych dram, bo są najładniejsze. O.
Skoro już ustaliliśmy te podstawy, możemy spokojnie przejść dalej. K-dramy to bardzo specyficzny rodzaj krótkiego serialu, niezwykle lubiany w południowej Azji. Najbardziej popularne są twory koreańskie (z Korei Południowej oczywiście), stąd właśnie "k" na początku tego określenia (analogicznie mamy też np. j-dramy i t-dramy). Czasami bywają określane jako mini-seriale, ale zazwyczaj mają od około 16 do 20-24 godzinnych odcinków, więc przy "Teen Wolfie" czy brytyjskich produkcjach określenie "mini" nie chce mi w tym przypadku jakoś przejść przez klawiaturę. I na takiej właśnie długości cała sprawa się kończy, bo kolejne sezony to naprawdę wielka rzadkość.


Forma

Jeżeli uważnie czytacie Fangirls` Guide, tu i ówdzie mogliście trafić na podstępne elementy wrogiej propagandy rzucające od niechcenia, że dramy to taki "Klan" z postaciami z anime, czy inna opera mydlana - na waszym miejscu bym nie ufała tym, co nie spróbowali, a już swoją opinię mają. Podstawową różnicą w stosunku do oper mydlanych jest tu przede wszystkim ilość odcinków oraz to, że mamy do czynienia z zamkniętą historią, której nikt nie będzie przedłużał w nieskończoność, dodając jakieś zupełnie bezsensowne elementy w 5 czy 8 sezonie (trafiają się nieliczne dłuższe serie, ale o nich mowa będzie kiedy indziej). Fabuła zazwyczaj jest zbudowana tak, że ostatnia scena jednego odcinka kończy się dopiero na początku kolejnego, ale nie ma mowy o typowych dla telenowel sytuacjach, w których jedna scena przeciąga się przez jakiś niewyobrażalnie długi czas.

Arang and the Magistrate - klimat fantastyczno- historyczno-kryminalny
Ten typ konstruowania serialu sam w sobie jest dla mnie bardzo obiecujący, ale oczywiście nie oznacza to, że wszystkie produkcje, które w ramach Hallyu (koreańskiej fali – określenie to pojawiło się, by opisać rosnącą popularność, jaką dramy, a także cała koreańska popkultura, zaczęły cieszyć się nie tylko w Azji, ale i na całym świecie – czy kogoś zdziwi to, że wielu fanów tego gatunku pochodzi np. z południa Indii?) oczarowały pół świata nadają się do oglądania. Byłoby pięknie, gdyby wszystkie twory powstałe w ramach jednego gatunku mogły być dobre, albo przynajmniej przyzwoite, niestety różni twórcy sprawiają, że efekt końcowy może mieścić się gdziekolwiek w skali pomiędzy niewyobrażalnie zły, poprzez nudny i przeciętny, skończywszy na absolutystycznie geniualny. Tym bardziej, że do historii, którą możemy sobie próbować na nasz zachodni sposób zinterpretować dochodzi też czynnik nieokreślony i chaotyczny, którym jest sama charakterystyczna koreańska kultura.

Gramy w "znajdź główną bohaterkę"?
Cała azjatycka popkultura ma zresztą to do siebie, że czyha z widłami na zagubionego odbiorcę w najbardziej nieoczekiwanym momencie wrzucając nagle wątek lub zasady postępowania postaci, które – przynajmniej dla mnie - balansują gdzieś na granicy absurdu i totalnej głupoty (teraz już nie aż tak bardzo - czytanie robi swoje). Różnice kulturowe i takie tam (jest taki bardzo ładny post opisujący to, jak różni się mentalność człowieka wychowanego na zachodzie, m.in. pod względem ukierunkowania na indywidualizm i osobiste wyniki w stosunku do mentalności np. Koreańczyków, którzy często, ze względu na to, że ich kultura była i częściowo jest nadal mocno oparta na doktrynie konfucjanizmu, do pewnych spraw potrafią mieć zupełnie inne podejście; nie jest to oczywiście w 100% prawdziwe, ale pewne założenia dotyczące wartości i sposobu funkcjonowania jednostek i społeczeństwa bywają bardzo odmienne; cały post tutaj). Jednocześnie sprawia to, że oglądanie k-dram to przygoda pełna niespodzianek, która czasem cieszy mojego wielkiego wewnętrznego miłośnika kiczu i hiperbolizacji, a czasem pozwala na uciechę nad bardzo interesującą interpretacją zupełnie zwyczajnej historii. Tym bardziej, że w zachodniej kulturze pewne wątki – zwłaszcza jeżeli chodzi o romanse i relacje w rodzinie – straciły na aktualności, zmieniły się w stosunku do tego, co było jeszcze sto lat temu. Dlatego Romeo może swoją Julię adorować, ale robi się to coraz mniej wiarygodne, Otello jeszcze ujdzie, ale nie wszędzie i nie zawsze, a ojca częściej będziemy winić za to, jak dobieramy partnerów (bo jest toksyczny i zniszczył nam psychikę, zbój jeden) niż powierzać mu decyzję o naszym zamążpójściu. Oczywiście należy też wziąć pod uwagę, że mamy do czynienia z obrazem mocno wyidealizowanym – widzimy świat takim, jakim chciałyby go widzieć przede wszystkim koreańskie kobiety (i przez przypadek również kobiety innych narodowości), bo to one najmocniej na ukształtowanie się tego gatunku wpłynęły (chociaż jest on przeznaczony dla całej rodziny), wybierając takie, a nie inne tytuły.


Powyżej świetny początek zupełnie zwykłej dramy - momentami uroczej, ale od połowy przerażająco łzawej

Historia

Proces, który doprowadził do powstania takich, a nie innych oczekiwań u widzów można zresztą skrótowo opisać: Korea Południowa pod koniec ubiegłego wieku wkroczyła w okres bardzo dużego rozwoju gospodarczego, który – z różnych powodów – pozwolił także na usamodzielnienie się wielu kobiet, powodując tym samym powstanie zupełnie nowych pokoleń – kobiet, które mając możliwość pracy zaczęły wyzwalać się z dotychczasowego patriarchalnego modelu rodziny, i nastolatek (dzisiaj już dwudziesto- i trzydziestolatek), które dorastały już w nowych warunkach. Nie znaczy to, że silnie patriarchalny system zmienił się całkowicie, zarówno kultura jak i prawo mają dalej ogromne ilości zasad, które z dzisiejszego punktu widzenia wydają się raczej archaiczne (zwłaszcza dla zachodniego widza). Najsilniej na te zmiany wpłynął światowy kryzys ostatniej dekady XX wieku, kiedy sporo z tych przywilejów próbowano kobietom
Główny bohater męski
odebrać (np. w korporacjach jako pierwsze zwalniano bardzo często zamężne kobiety zakładając, że będą utrzymywane przez mężów) i który w sporym stopniu pokazał, że są one coraz bardziej świadomymi i wymagającymi nie tylko obywatelami, ale i konsumentami. Czy potrzebny był zatem narzucany przez tradycję obraz mężczyzny jako pana i władcy, który decyduje o losach rodziny, ale w zbytnie zaangażowanie emocjonalne się nie pakuje, bo to nie przystoi z punktu widzenia zasad konfucjanizmu? Nie zawsze. Bardziej poszukiwany był partner, który zaangażuje się emocjonalnie, będzie wsparciem i opiekunem, ale jednocześnie śmiało okaże troskę i silne uczucia… A jednocześnie zatroszczy się o wszystkie potrzeby finansowe i zabezpieczy przyszłość, bo co będzie drania ukochana utrzymywała. Z takiej mieszanki motywów i oczekiwań powoli zaczęły się kształtować k-dramy w takiej formie, jaką mamy obecnie, z zaznaczeniem, że wpłynęły na nie nie tylko oczekiwania kobiet, ale i całego społeczeństwa.

Ale to tylko dla kariery
Typowe cechy

Praktycznie wszystkie dramy mają bardzo silnie rozbudowany wątek romantyczny, który jest dla nich elementem obowiązkowym. Nie oznacza to, że opowiadają tylko i wyłącznie o damsko-męskiej (na męsko-męską chwilowo nie ma szans, w nielicznych przypadkach przedziera się jako wątek poboczny, najczęściej jako element komiczny; na kobieco-kobiece wątki romantyczne jeszcze nie trafiłam) miłości, bo w zależności od gatunku poruszają także kwestie społeczne i rodzinne, sensacyjne, przygodowe, historyczne, fantastyczne (o zgrozo) i wiele innych. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich się o k-dramach nauczyłam, było ograniczone zaufanie do dram tylko i wyłącznie romantycznych/melodramatycznych. Trafiają się wśród nich naprawdę ciekawe perełki, ale większość z nich operuje powtarzalnymi motywami i na jakieś 6 odcinków przed końcem wciąga nas w wir nieustannego cierpienia, z którego angst i łzy wylewają się wiadrami. Pół biedy, jeżeli jeszcze się jakoś perypetiami postaci wzruszymy, wtedy oglądamy z przejęciem, gorzej, jeżeli wzruszenia nie ma - wtedy tylko patrzymy, jak chodzą i płaczą.

Cierpienie i dramatyzm rzadko wykracza jednak poza poziomy znane z bollywoodzkiej masali, więc dla kogoś przyzwyczajonego do dużo silniej niż w większości zachodnich filmów podkreślanych emocji oglądanie nie będzie problemem (nieprzyzwyczajonym też polecam sprawdzenie - jeżeli się nie spróbuje, trudno jest się przekonać, czy nasza niechęć do romantyzmu w zachodniej popkulturze nie wynika z tego, że jest zbyt mdły jak na nasze gusty). Najczęściej możemy też liczyć na szczęśliwe zakończenie, z zaznaczeniem, że będzie ono szczęśliwe z koreańskiego punktu widzenia, a więc w niektórych przypadkach może spowodować ono powodować bardzo ostre przypadki że-co-k-wowania i głośnych wrzasków wyrażających zupełne niezrozumienie dla intencji @%$@@ scenarzysty (ale w sumie jest to zagrożenie, które czyha na nas przy oglądaniu jakiegokolwiek serialu, bo się może nagle okazać, że światu grożą latające wilkołako-motylo-jaszczurki, albo główne postacie eradykujące się pod koniec drugiego sezonu). Z powodu momentami dla mnie nadmiernie rozbudowanych wątków romantycznych polecam zatem sięganie po pozycje, które mają również elementy przygodowe, historyczne czy fantastyczne (przy czym granica między tymi ostatnimi jest bardzo silnie rozmyta w popularnych dramach dotyczących cofania się o kilkaset lat w przeszłość).

Kolejnym elementem, na którego zaakceptowanie należy się przygotować to aegyo, czyli swoisty odpowiednik japońskiego kawaii. Aegyo mogą być i kobiety i mężczyźni, więc nie należy się dziwić, kiedy co bardziej urocze gesty i minki zobaczymy także w wykonaniu panów. Nasilenie może być bardzo różne – od niebezpiecznego dla zdrowia, po lekko urocze – obrażone miny może zatem przybierać i genialny superzdolny i superantyspołeczny wokalista, zwykła dziewczyna, jak i dyrektorka w dużej korporacji. Poszukiwany efekt to najczęściej coś w rodzaju niewinnego i zagubionego stworzonka, które swoim zachowaniem budzi u innych chęć opieki i pomocy – z tego też powodu bohaterki często potykają się i czystym przypadkiem wpadają w ramiona swoich wybranków, czy robią groźne miny wzbudzając u całego otoczenia instynkty macierzyńskie.
Relacjom pomiędzy postaciami też bardzo często zdarza się być schematycznymi – główna bohaterka praktycznie zawsze musi wybrać pomiędzy dwoma mężczyznami, przy czym nigdy nie wybiera tego dobrego i miłego, bo co się będzie. Czasami ten wybór jest elementem raczej pobocznym, wciśniętym niemal na siłę, ale mimo wszystko gdzieś się tam przebija. Taki troszkę obowiązek.

A tu jedna z moich ulubionych postaci
Akcja najczęściej kręci się dookoła jednej osoby (w większości przypadków to kobieta, ale trafiają się też takie, w których na pierwszy plan zdecydowanie bardziej wybija się pan - zazwyczaj główną rolę gra wtedy jeden z "dużych" w dramowym i filmowym biznesie aktorów) lub grupy ludzi. Pierwszych kilka odcinków serialu koncentruje się zazwyczaj na niewielkiej ilości osób i wątków, które rozwijają się i rozbudowują z czasem - zaczynamy mając 2-3 dominujące postacie, a kończymy w towarzystwie całego wyrazistego tłumu. W bardziej rodzinnych dramach bardzo często "tło" jest ogromne - żeby przyciągnąć widownię w różnym wieku mamy i osoby starsze (zwłaszcza babcie terroryzujące zarówno korporacje, jak i swoje wielopokoleniowe rodziny, są wyjątkowo cool), i nastolatki, i typowe panie domu, i tradycyjnych ojców, i reprezentantów różnych klas społecznych itp. itd. A każdy ma przynajmniej kilka wątków tylko dla siebie... Co ciekawe najczęściej takie rozbudowanie się sprawdza, mimo że do dyspozycji mamy tylko 20 odcinków i ani jednego Marka Shepparda.

Czy jesteśmy śliczni? Jup. A przy okazji pochodzimy z rewelacyjnej k-dramy

Podsumowanie

Czy k-dramy i w ogóle dramy są do siebie podobne? Tak, zupełnie tak jak różne gatunki zachodnich seriali, czyli jak najbardziej niezupełnie zawsze nie do końca troszkę może ogromnie. Mimo podobnych założeń i podobnych wątków czy schematów fabularnych dramy potrafią się niezwykle pomiędzy sobą różnić, a do zwykłych elementów układanki związanych ze scenariuszem i aktorami oraz fabułą dochodzi jeszcze czynnik "a", czyli nieco nieokreślone elementy południowoazjatyckiej kultury, które w sposób zaskakujący wpływają na wszystkie te elementy. Różnice społeczne, estetyczne, dietetyczne i każde inne sprawiają, że oglądanie często jest dla mnie o wiele bardziej ekscytujące niż przy zachodniej popkulturze, bo nawet jeżeli mam do czynienia z czymś koszmarnie schematycznym twórcom i tak często udaje się mnie zaskoczyć (a o to coraz trudniej ostatnimi czasy). Mimo silnej cenzury dotyczącej zwłaszcza seksu i otwartego pokazywania przemocy niespodzianki, które niesie z sobą oglądanie mogą równie dobrze należeć do tych przewspaniałych jak i przekoszmarnych. Realistycznie pokazana trepanacja czaszki połączona ze znalezieniem płodu pomiędzy półkulami mózgu (który zresztą obraził się za całą tą operację i przeniósł głównego chirurga w przeszłość)? Dlaczego by i nie. Równouprawnienie, przebieranki i wspólne studiowanie Konfucjusza? Oczywiście. Mężczyźni ładniejsi od kobiet? Prawie zawsze. Romantyczne zakończenie, w którym główna bohaterka dochodzi do wniosku, że nie będzie na swoim ukochanym polegać, tylko wyjedzie na kilka lat studiować, bo chce coś zrobić sama i nie być od nikogo całkowicie zależna? Często...

Od stycznia obejrzałam w całości nieco ponad 30 dram, do tego kilka oglądam na bieżąco, a kilkanaście innych porzuciłam w trakcie (z powodów tak różnych jak nudna fabuła aż po zabijające mózg... wszystko) i muszę przyznać, że w wielu przypadkach było naprawdę warto (ostatnio w takie szaleństwo związane z oglądaniem i kulturą danego kraju popadłam chyba przy bollywoodach). Czasami dla świetnej historii, czasem dla cudownych postaci, a czasem dla wątków, których mało jest w zachodniej popkulturze. Dla pięknych młodzieńców również.

A o konkretnych przykładach k-dram, które mnie najbardziej zachwyciły będzie za tydzień. Albo w następnej części (w zależności od tego, który termin będzie szybciej). Wpis o Avengersach też powstanie, bo na niego głosowaliście (a nie chcecie się przyznać, dlaczego moja opinia w tej sprawie was najbardziej interesowała?).

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.