Glee is back!

by 22.9.12 18 komentarze
Ale nie jestem pewna, czy to dobrze. 

(post z dedykacją dla Fabulitas, która od zawsze śmieje się z mojego oglądania tego serialu)

No więc obejrzałam dwa pierwsze odcinki i czuję, że mogę zacząć formułować opinię o "nowym" Glee. Moją własną, bo podczas wakacji przestałam obserwować strony poświęcone serialowi, a "The Glee Project" porzuciłam chwilkę po tym, jak odpadła Nellie i nigdy go nie dokończyłam, więc zupełnie się nie orientuję, co ludzie w internetach sądzą o początku 4 serii.

Nie jestem pewna, czy rozbicie fabuły na wątek w Ohio i wątek w NY jest dobrym pomysłem. Dostajemy dwa seriale w cenie jednego, ale jakby do siebie nieprzystające. Wolałabym pełnoprawny spin-off. Perypetie Rachel i Kurta w wielkim mieście są bardzo ciekawe (przygody Glee Clubu trochę mniej - ale o tym później), głównie z uwagi na Kate Hudson. Kreowana przez nią postać Cassandry July mogła się łatwo przeistoczyć w karykaturę (jak Sue Sylvester), zwłaszcza biorąc pod uwagę, jakie backstory dopisali jej scenarzyści (FAIL), ale jak na razie ogląda się ją fantastycznie. Lubię też Brody'ego, choć na razie nie miał się czym wykazać. Może gdy Kurt zacznie staż w Vogue.com, to będzie jeszcze ciekawiej (mimo że nie widzę, by dało to Chrisowi Colferowi dużo okazji do śpiewania). Głównym moim problemem związanym z wątkiem nowojorskim jest to, że oprócz postaci nie ma zbyt wiele wspólnego z "Glee" - to raczej bardzo infantylny serial dla dorosłych.

Cassandra July.
Natomiast w McKinley High School nastąpiło sporo zmian. Po pierwsze brak jest gwiazd pokroju Rachel, a Blaine nie radzi sobie z przyciąganiem uwagi (może to i dobrze, to nie jest ciekawa postać). Do Glee Clubu dołączyły nowe osoby: Marley (kolejny FAIL z backstory), która na pewno na Broadway się nie nadaje, raczej na festyny country (jest bardzo w typie Taylor Swift, TBH), ale to akurat dobrze, bo oryginalnie, Jake, który jest Noah Puckermanem 2.0 (nawet mają to same nazwisko!), ale jakby bardziej wrażliwym i wyglądającym jak brat Taylora Lautnera oraz Wade, który był gwiazdą Vocal Adrenaline, ale przeniósł się do New Directions, bo tu akceptują jego damskie alter ego, czyli Unique. Ja akurat bardzo kibicowałam Newellowi w pierwszym sezonie "The Glee Project", ma niesamowicie mocny głos i potrafi grać, więc się cieszę, ale jeszcze bardziej cieszę się z tego, że na razie nikt nie usiłuje moralizować o transgenderowych ludziach, co nagminnie zdarzało się w sezonie trzecim, gdzie każdy odcinek był poświęcony coraz to nowemu problemowi społecznemu. Lubię też nową bitchowatą czirliderkę Kitty.

Marley.
Ogólnie rzecz biorąc "Glee" jakby cofnęło się do sezonu pierwszego, jeśli chodzi o status Glee Clubu - znowu jest to banda loserów. Trochę wkurza mnie fakt, że scenarzyści usiłują zrobić trójkącik pomiędzy Marley, Kitty a Jake'iem (powtórka z sytuacji Quinn, Rachel i Finna, tylko że zamiast quaterbacka mamy bad boya, a zamiast drama queen zwyczajną Marley), ale już np. wątek przyjaźni między Brittany a Samem podoba mi się bardzo - podobnie jest zresztą z relacją pomiędzy Brittany i Santaną, bardzo realistyczna, związek na odległość rozpada się. Nie jestem pewna, jakie mam odczucia wobec tego, że Tina czesze się i ubiera teraz jak Rachel, jakby scenarzyści nie mieli pomysłu na tę postać. Podoba mi się relegowanie postaci dorosłych na drugi plan i złagodzenie Sue Sylvester.

Czego mi brakuje? Nowe postaci są zwyczajne, niekarykaturalne (a nawet Brittany wykazuje się rozsądkiem) i przez to brakuje tego quirkiness, które do tej pory definiowało "Glee" - teraz jest to zwyczajny serial o nastolatkach z dużą ilością muzyki. Nie jest to zła rzecz, trzeci sezon "Glee" był okropny i mały reset był rzeczą jak najbardziej pożądaną, ale trochę tego klimatu żal. Jakby gorszej jakości są też piosenki: w pierwszym odcinku wszystkie nagrody zgarnęła Kate Hudson mash-upem "Americano"/"Dance Again", w drugim była dobra choreografia w piosence "Oops... I Did It Again", a odcinek ładnie zamknęła Marley z duszeszczipatielną wersją "Everytime", ale już np. jej mash-upowy duet z Jake'iem był tylko poprawny. Ale dialogi nadal są zabawne.

Rewelacyjna choreografia.
Jest też inna fajna rzecz - wygląda na to, że scenarzyści wreszcie zaplanowali rozwój postaci na cały sezon. Mam nadzieję, że nie zmienią zdania w połowie, jak to miało miejsce rok temu (wątek Quinn, bleh), ale yay continuity, wreszcie! Witamy w "Glee"! Wydaje się też, jakby guest stars dostawały większe role niż tylko na 1-2 odcinki (Kate Hudson, Sarah Jessica Parker), ale trudno coś powiedzieć na 100% w tej materii. Inna sprawa, że już sam kaliber nazwisk pokazuje, że "Glee" nadal na rynku seriali się liczy. Wyniki oglądalności są przyzwoite, oczywiście nie tak dobre, jak w drugim sezonie, ale nadal nie grożące anulowaniem serialu.

A ja na razie nie porzucę oglądania. Jestem emocjonalnie przywiązana do tego serialu, nic na to nie poradzę. :D

P.S. Przypominam o naszym fanpejdżu na G+, pojawiają się tam różne ciekawostki.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.