Rzut koniem na piątkę

by 15.9.12 8 komentarze

Gdybym miała oceniać „Abrahama Lincolna: łowcę wampirów” pod kątem profesjonalizmu w rzucie koniem, czy życzeniowym ścinaniu drzew, byłby to z pewnością najlepszy, film jaki kiedykolwiek widziałam.


Na nieszczęście dla twórców wzięłam pod uwagę także inne kategorie i pozycja ta znajduje się gdzieś w czołówce najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam (kusiło mnie okrutnie, by pierwszy raz w życiu wyjść z kina). Kolejną dziedziną, w jakiej przoduje, jest też ilość facepalmów na minutę, która pod koniec zaczyna być niebezpieczna dla zdrowia. Nawet w „Prometeuszu” twórcy postanowili dać nam wytchnienie wprowadzając przynajmniej dwie postacie i kilka wydarzeń, które były w miarę logiczne i akceptowalne, przy wampirach i Lincolnie nie było tak łatwo, bo docelowa publiczność składać się miała najwyraźniej z intelektualnych twardzieli.

Najbardziej paskudne w tym wszystkim jest chyba to, że film miał możliwość zostania przyjemną wampiryczną przygodówką, łupanką czy nawet dziełem poruszającym moralne dylematy przywódców zmuszonych do walki z wampiryczną zarazą przy pomocy zastawy stołowej. Złożona jak konstrukcja cepa fabuła właściwie dałaby się przypisać do każdej z tych opcji tworząc przynajmniej minimalnie rozrywkową i znośną całość, ale okazało się, że odpowiednim montażem i prowadzeniem akcji da się zepsuć nawet i to. Właściwie kusi mnie, żeby powiedzieć, że film radośnie ociera się o granice nielinearnej fabuły, ale to byłoby chyba zbyt duże nadinterpretowanie wielce zdumiewającej sztuki montażu, którą dla tego filmu zajmował się najwyraźniej Lincoln i jego siekierka śmierci. Uroku całości dodaje desperacja i wyraźny niepokój postaci, które starają się ograniczyć wszystkie sceny do maksymalnie 1-2 minut i pędzą z dialogami tak, jakby dobrze wiedziały, że topór montażysty już im wisi nad karkiem. Najdłuższa sceny, w liczbie 3 czy 4, liczyły sobie mniej niż 5 minut każda. Taka forma prezentacji pozwala oczywiście na szczegółowe zaprezentowanie i rozwinięcie każdego możliwego wątku – od głębokich emocji związanych z utratą potomstwa, poprzez umierającą lokomotywę aż po epicką bitwę wampiry vs. zastawa stołowa (tu pozwolę sobie na spoiler: wygrał widelec).


Zazwyczaj podobnego typu arcydzieła filmowe oprócz poważnych wad fabularno-montażowych mają na osłodę całości mniej lub bardziej przypadkowy komizm, rozrywkowe absurdy, czy zwykłą i radośnie przeprowadzoną nawalankę, dla której poczwórne salto z maczetą przez słonia jest tylko preludium do prawdziwych scen akcji. W Lincolnie z takich zbędnych elementów po prostu zrezygnowano – nie da się powiedzieć, że jest nudny, potwornie głupi też nie, większość gry aktorskiej trzyma jakiś poziom, parę ślicznych wizualnie pomysłów jest, absurdów tylko kilka… Jedyną wyróżniająco złą cechą jest tutaj tylko tak naprawdę idiotycznie poprowadzony montaż i poszatkowana fabuła. Film jest jedynie radośnie i odważnie zły, nie w jakiejś konkretnej dziedzinie, tylko po prostu, co - trzeba przyznać – jest swoistym osiągnięciem.

Wśród całego tego zamieszania pałętają się smętnie aktorzy, lepiej lub gorzej radząc sobie z przebywaniem na ekranie. Najbardziej żal mi jest chyba Domenica Coopera, bo Alan Tudyk pojawia się zbyt przelotnie, by jakieś większe wrażenie pozostawić. Cooper zresztą chyba tak ma, że mimo ról tak świetnych jak Dakin w „History Boys” i Howard Stark w „Kapitanie Ameryce” (dużo nie pograł, ale i tak go w tej roli uwielbiam) trafia do jakiś podejrzanych produkcji o bracie bliźniaku syna złowrogiego dyktatora… (sama prawda, nawet ubierają go w tym filmie na złoto, żeby był bardziej przerażający). Widać zresztą, że wszyscy się starają, ale absolutnie żadnej postaci nie tyle nie sposób jest polubić, co zyskać do niej jakikolwiek stosunek emocjonalny. Mogą sobie żyć, mogą umierać – widzowi i tak jest to całkowicie obojętne. Jedyne, co mnie poruszyło w jakimkolwiek stopniu, to umierająca lokomotywa, co z pewnością jest godne uwagi, bo jest to zupełnie zwyczajny pociąg, który ginąc w płomieniach wygrywa jednak siłą wyrazu swojej twarzy z całą obsadą.

Uwaga: w tej scenie rzucają koniem.
Jedyną pociechą podczas oglądania było to, że kilka absurdów i dziwactw się jednak przemknęło i co się uśmiałam, to moje. Rzutu koniem nie spotkałam nawet oglądając tollywood, muszę zatem przyznać, że w tej dziedzinie twórcom filmu udało się naprawdę wiele osiągnąć. Zastrzelenie wampira srebrnym łańcuszkiem i zbliżenie owego nieszczęśliwego stworzenia z wisiorkiem w kształcie szabelki wystającym z czoła intrygujące. Czarnoskóry niewolnik grający na skrzypcach podczas pełnoskalowej lincolnowo-wampirzej nawalanki ciekawy, ale wojna secesyjna wygrana widelcem jest kluczowa dla podsumowania wszystkich motywów występujących w filmie.

W kategorii złych filmów "Abraham Lincoln" jest zatem tworem dosyć wyjątkowym, bo nawet zabawnych absurdów pojawia się w trakcie trwania całego filmu niezwykle mało. Ze względu na bardzo dynamiczny (ha!) montaż nie można się też na nim zbytnio nudzić... Właściwie najbardziej właściwe wydaje się tu przyznanie zupełnie nowej kategorii: film wybitnie irytujący. Oglądanie zatem stanowczo odradzam, chyba że ktoś chciałby zapoznać się z dwiema ciekawymi scenami, czyli rzucaniem koniem i złowieszczym widelcem śmierci. Szkoda tak cudownie szalonego i absurdalnego motywu na taki nieciekawy film.


Abraham Lincoln: Vampire Hunter (2012)

Reżyser: Timur Bekmambetov
Scenariusz: Seth Grahame-Smith, Seth Grahame-Smith (powieść)
Gwiazdy: Dominic Cooper, widelec, lokomotywa
 
 

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.