Sanatorium pod Dalekiem

by 3.9.12 8 komentarze
Jakoś tak podejrzewałam, że z marazmu spowodowanego brakiem "Teen Wolfa" wyrwie mnie powracający na siódmy sezon (SIÓDMY, POWIADAM!) "Doctora Who" - choć oczywiście pewności nie miałam. Jedenasty jest moim ulubionym Doktorem, ale po bardzo chaotycznym szóstym sezonie straciłam zaufanie do umiejętności tworzenia spójnej fabuły przez cały sezon przez Stevena Moffata. Na szczęście "Asylum of the Daleks" okazało się być odcinkiem przyzwoitym i dobrze wróżącym na przyszłość. No, mniej więcej.

SPOILERS, jak mawia River Song-Who

Najpierw jednak dostałam przez łeb nową czołówką. Tunel czasoprzestrzenny super, wariację muzyczną openingu zniosę, ale logo serialu woła o pomstę do nieba. Może się przyzwyczaję z czasem, ale mnie się poprzednie podobało chyba najbardziej z dotychczasowych i naprawdę nie widzę powodu do zmian.


Nie podobało mi się też zawiązanie akcji - zupełnie nie rozumiem, po co Daleki porwały również państwa Pondów, byli zupełnie zbędni w trakcie wyprawy na Asylum. Właściwie mój problem rozpoczyna się zdecydowanie wcześniej, podczas oglądania "Życia w stawie" (w oryginale: "Pond Life") - bo nawet zabawne te odcineczki były, haha, a tu nagle Amy i Rory się rozwodzą i właściwie powinnam czuć się smutna z tego powodu, a tak naprawdę zastanawiam się, czy któreś z nich miało romans z Oodem. Tak się nie opowiada historii, panie Moffat; podobny problem miałam z dobrym człowiekiem idącym na wojnę, bo właściwie tej wojny nie udało mi się w żadnym momencie dojrzeć. Tu też nie udało się zauważyć dramatu rodzinnego.

Trzeci poważny problem to same Daleki - ostatni naprawdę dobry odcinek z nimi to "The Dalek" i Beryl może sobie bronić jak niepodległości końcówek pierwszej i drugiej serii nu!Who, ale ja zawsze bardziej przerażającymi znajdowałam Cybermenów (od których najwyraźniej nasze solniczki postanowiły sobie "pożyczyć" przerabiane ludzi na coś "lepszego", nie podoba mi się to), zwłaszcza po "Dalekach na Manhattanie" czy iPodowych Dalekach w multikolorowych kubraczkach. A tu nagle dostaję Parlament Daleków i sanatorium, pardon, Australię i znowu mam uwierzyć scenarzyście na słowo, że szalone Daleki są tak przerażające, że nawet zwykłe Daleki się ich boją - ale niestety ja tego nie czuję. Jedyny naprawdę straszny pomysł w tym odcinku to zombie Daleki - naprawdę wart chowania się za kanapę. Pewnie "Eggs" też byłyby straszne, gdyby cały dialog nie był tak zabawny, a tak efekt się stracił.


Wszystko to jednak wynagradza mi Oswin, nawet jeśli jest kolejnym "proper genius" (czy tylko ja miałam przebitkę na taksówkarza z "A Study in Pink" w tym momencie?), ktoś powinien sprawdzać Moffatowi dialogi pod kątem powtórzeń - rany, ta dziewczyna mówi z prędkością pistoletu maszynowego, muszę się do jej tempa przyzwyczaić. Ma niesamowity urok osobisty i ja osobiście jestem nią zachwycona. Wygląda również na to, że "Doctor Who" wraca do źródeł, że tak powiem, i choć nowa towarzyszka jest (będzie) człowiekiem, to nie pochodzi z naszych czasów. To jest krok w dobrym kierunku! Niestety zaspoilerowałam sobie dokumentnie końcówkę na tumblrze, ale sama to sobie wynagrodziłam wyobrażając sobie Daleka flirtującego z Rorym (bo przecież to właśnie miało miejsce!). (I przy okazji, szum fal podłożony pod rude włosy małej baletnicy jest chyba moim ulubionym efektem dźwiękowym do tej pory użytym w serialu - niesamowity pomysł). Jenna Louise Coleman bardzo ładnie też gra z Mattem Smithem i Arthurem Darvillem ("Jeżeli mam wybór, wolę, byś nazywała mnie Niną"), relacje między nimi iskrzą. Tego brakowało, nadal mi brakuje, pomiędzy River Song a Jedenastką, nie mogę w tę ich wielką miłość uwierzyć, a ich małżeństwo ma  w moich oczach pedofilskie podteksty, choć trudno mi zdecydować, kto tu kogo wykorzystuje.

No i Matt Smith jak zwykle cudowny, zwłaszcza w scenie, gdy szeptem pyta "Who do you think?" i jak biega na tych swoich krzywych nóżkach, i jak poprawia muszkę, i jak udaje dorosłego, i jak mówi o sobie "A Man with a Plan" (OK, to jest tylko śmieszne w nawiązaniu do "Kapitana Ameryki"). A przynajmniej zdecydowanie lepiej mógł się wykazać w tym odcinku niż Pondowie - wątek ich rozwodu i godzenia się spowodował u mnie wcale nie mentalnego facepalma. Już pomijam kwestię, kto kogo bardziej kocha (jak w piaskownicy normalnie), ale przy bezpłodności Amy zgrzytałam zębami, bo... Bo to nie jest kwestia, którą można traktować lekko, a mam wrażenie, ze została tu wykorzystana jak taki wytrych emocjonalny. Bo oni mają córkę, choć nigdy jej nie wychowali. Bo ja nadal nie wiem, czy plastikowi ludzie mogą płodzić dzieci. Bo przecież w Szkocji też można przeprowadzić adopcję. I ja bym naprawdę chciała porządny dramat, ale Moffat jak zwykle postaci kobiece traktuje schematycznie i w świetle tego odcinka zasadną wydaje się być obawa blogerki z Hello, Tailor, że Oswin może ewoluować w stronę Manic Pixie Girl - oby nie.

No a potem Daleki zapominają o "Oncoming Storm", ale chyba nie o całej Time War i nie o tym, jak kilkukrotnie wracają jak zaraza od 2005 roku i chyba będą musiały szybko wykryć dziurę w zapisach, bo ktoś ich wykończył na amen kilka razy, a one biedactwa nie wiedzą KTO. Cała ta sytuacja niesamowicie przypomina mi Ciszaki i ludzkość w poprzednim sezonie, tylko że teraz Daleki są nami, a Doktor Silence'm (coś się Moffat czepia tych wspomnień, najpierw Amy musiała zapamiętać wszechświat, potem zapadała cisza, teraz znowu Daleki cierpią  na zbiorową amnezję, tylko John Watson pamięta, że Sherlock nie był oszustem, a, sorry, nie ten serial...)
 A za tydzień Arthur Weasley okazuje się być ojcem Rory'ego, Lestrade zaś Indianą Jonesem, a całość sponsoruje literka F jak "Firefly", bo wszyscy powinniśmy pamiętać, że był to pierwszy serial z dinozaurami na statku kosmicznym.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.