Siła trojga do kwadratu

by 23.9.12 14 komentarze
Fun fact: Diana Wynne Jones napisała książkę pod tym samym tytułem.

 SPOILERS


Wreszcie, wreszcie odcinek w serii 7, który mi się podobał bardzo, bardzo. I mogą sobie malkontenci narzekać na tempo prowadzenia akcji, ale tak musiało być - tak właśnie wyobrażam sobie życie ludzi przyjaźniących się z Jedenastym Doktorem, tym szalonym, zdziecinniałym Time Lordem z ADHD o bardzo starych, smutnych oczach. Amy i Rory się już zestarzeli - odkąd zaczęli podróżować z Doktorem, minęła prawie dekada, a oni ginęli, zmieniali zawody, oswajali się z wpływem Jedenastego na swoje życie i stracili pierworodną córkę (a potem ją odzyskali, ale jak wiemy z baśni, powrót kogoś, kto spędził choć trochę czasu w królestwie wróżek do realnego świata nigdy nie kończy się szczęśliwie). Ale zawsze, zawsze mieli siebie nawzajem i życie, do którego mogli wrócić. Jednak jak dla mnie odcinek kradnie im Doktor, i możecie mnie zlinczować, ale uważam, że ani Eccleston, ani Tennant nie byliby w stanie zagrać tego tak, jak zagrał to Matt Smith, subtelnie, bez szarżowania, a widza i tak boli gdzieś w sercu. Bo to jest przekleństwo Doktora, on nigdy tego codziennego życia, ślubów, przyjęć, chodzenia do pracy, nie doświadczy, nie jest w stanie nawet tego pojąć - a mimo to zazdrości Pondom, a może zazdrości Pondów innym, bo wie, że ich wspólny czas jest ograniczony i chciałby jak najwięcej z niego zagarnąć dla siebie. Ale jednocześnie, jednocześnie wie, że to może ich zniszczyć lub doprowadzić do momentu, w którym powiedzą dość i zdecydują się zostać w domu i zaryglować drzwi.


Po drugie, ojciec Rory'ego. O rany, jaką ja jestem fanką ojca Rory'ego! Brian Williams jest w tej roli cudowny i sprawia, że postać napisana bardzo podobnie do Wilfreda Motta jest od niego tak różna. Jeśli Chibnall ma jeszcze jakieś ciekawe postaci w zanadrzu, głosuję za tym, by przejął prowadzenie DW od Moffata. A jego kwestia o podlewaniu kwiatków jest dokładnie tym, czego potrzebowałam, by w końcu zacząć pisać obiecaną Ninedin notkę o towarzyszach, których nie było.

Po trzecie, te wszystkie smaczki upchnięte w odcinku, Zygoni, K-9, fish fingers and custard, córka Brygadiera, zmieniający się UNIT, wspomnienie o Adricu (który, OMG, pośrednio spowodował wyginięcie dinozaurów - Chibnall jest moim nowym bogiem, bo to on te dinozaury dwa odcinki wcześniej uratował za pomocą arki Silurian) i Marcie Jones, ładowarka zgubiona w sypialni Henryka VIII, za to właśnie kocham "Doktora Who".

Po czwarte, szczypta dziegciu, odcinek był cudowny do pojawienia się Shakri, niech ktoś zabierze Shakri, durny monster of the week, bez ładu i składu, wrzucony jako wygodne wyjaśnienie bardzo intrygujących kostek. Ja wiem, że tak musiało być, ale nie powstrzymuje mnie to od zgrzytania zębami na widok tego niedorobionego Palpatine'a.

I po piąte, Amy, Amy Pond, którą w tym sezonie wreszcie pojmuję, która w końcu, z trudem i mozołem, układa sobie życie, która nigdy nie wini Doktora za to, co jej się przydarzyło (choć mogłaby, choć on czuje, że jest jej coś winny) i nie chce jego współczucia, i ta ich przyjaźń, dzięki której oboje dojrzewają.

Więcej takich odcinków poproszę, i niech w przyszłym tygodniu Doktor i Pondowie złamią mi serce na pożegnanie.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.