Brum, brum, czyli "Auta" (2006)

by 21.10.12 17 komentarze
Potomek wdał się we mnie. Nie ma jeszcze dwóch lat, a już wyrobił sobie potężną obsesję na punkcie wszelakich wytworów przemysłu motoryzacyjnego. Każdy spacerek przypomina grę w "Yellow car" - tylko bez koloru - i obawiam się, że gdy skończy sześć lat, będzie chciał zostać kierowcą. I oczywiście oglądamy w kółko pixarowe "Auta".

Dla tych z was, którzy filmu nigdy nie widzieli (dlaczego? musicie to koniecznie nadrobić!), opowiada on prostą w gruncie rzeczy historię zarozumiałej wyścigówki, Zygzaka McQueena, który w wyniku niefortunnych zbiegów okoliczności (i powiedzmy sobie szczerze, głównie własnego paskudnego charakteru), zostaje skazany na ciężkie roboty drogowe w zapyziałej dziurze gdzieś w Arizonie. Powoli zaprzyjaźnia się z mieszkańcami, uczy się innej filozofii życiowej niż ta, która obowiązuje na torze wyścigowym i poznaje historię Chłodnicy Górskiej. Co ciekawe, choć jest to jedna z moich ulubionych animacji studia Pixar, jest bardzo słabo oceniana przez widzów i krytyków - ale ja w ogóle jestem dziwna, w filmie "WALL-E" podobała mi się tylko ta część, w której nie występowali ludzie, a "Odlot" uważam za słaby i chaotyczny - jednak związana z nim franczyza jest wszechobecna. Dzieci pokochały McQueena i jego wizerunek pojawia się na ubrankach, talerzykach i dekoracjach do pokoi milusińskich.

Dlaczego jednak ja tak lubię "Auta"? Z kilku powodów.

Nie mogłam się powstrzymać.
Po pierwsze bohaterowie są sympatyczni, a ich historie wciągają (zwłaszcza ta Doca Hudsona). Film jest cudownie animowany, z pustynią, którą przebija tylko pokazana w "Rango" - podobno na jego potrzeby informatycy w Pixarze napisali specjalny program, który pozwala na odbijanie mijanego otoczenia w maskach samochodów. By zaś postaci i krajobrazy wyglądały autentycznie, rysownicy spędzili sporo czasu jeżdżąc wynajętymi samochodami wzdłuż legendarnej trasy Route 66, która prowadziła z Chicago do Los Angeles (a która potem została zastąpiona przez znacznie szybszą autostradę Interstate 40), robiąc tysiące zdjęć i poznając ludzi, na których potem oparli bohaterów oraz projektując budynki w Chłodnicy Górskiej na podstawie przydrożnej architektury. Jeśli obejrzy się "Auta" odpowiednią ilość razy - a ja ostatnio niewiele innych rzeczy oglądam - człowiek zaczyna planować road tripa przez amerykański Midwest, nawet jeśli nie posiada prawa jazdy, tak wielki jest ładunek nostalgii zawarty w tym filmie.

Po drugie, z ekranu aż wylewa się miłość do aut. Część bohaterów to prawdziwe modele samochodów, niektóre nowsze (Sally to Porsche), niektóre starsze (Fabulous Hudson Hornet), inne zostały zaprojektowane na potrzeby filmu (McQueen), ale wszystkie są cudowne. Ba, część krajobrazów została tak zaprojektowana, że przypomina kształtem maski co bardziej kultowych marek. Również zawarte w dialogach żarty (np. z biopaliw, które poleca bardzo hipisowski Volkswagen) są okołomotoryzacyjne. Każdy właściciel czterech kółek wie, że jego pojazd ma swoją własną osobowość i podobnie jest w "Autach"; przypuszczam również, że jeden z odcinków "Face Off" w trzecim sezonie podobał mi się tak bardzo, ponieważ twórcy zawarli w nim kilka naprawdę oryginalnych pojazdów (ale o tym może szerzej kiedy indziej). Jeśli zaś widz interesuje się wyścigami NASCAR, to ukrytych nawiązań jest podobno jeszcze więcej.

 Mieszkańcy Radiator Springs w barze.
Po trzecie, ścieżka dialogowa i dubbing. Ja akurat oglądam wersję polską, ale w oryginalnej zatrudniono nawet Jaya Leno i Michaela Schumachera do drobnego cameo jako, ha ha, Ferrari - a główna obsada zawiera m. in. Owena Wilsona czy Paula Newmana w swojej ostatniej roli przed śmiercią. Oprócz uznanych gwiazd zaproszono też do udziału legendy NASCAR, ich żony czy spotkanych przy Route 66 ludzi - bardzo to eklektyczne - natomiast w napisach końcowych... No cóż, musicie się sami przekonać jakie gwiazdy wystąpiły tylko w napisach końcowych. Za polskie dialogi odpowiada Jakub Wecsile (w tym roku tłumaczył m. in. "Avengersów"), któremu zdarza się "wierzbięcić" (nigdy nie pojmę, o co chodzi z podpaleniem wychodka...), ale ogólnie rzecz biorąc wykonał kawał dobrej roboty, zwłaszcza w wypowiedziach dwóch komentatorów, gdzie używa polszczyzny w tak kreatywny sposób, że nie można się nie uśmiechnąć ("I tu jest kruczek pogrzebany" należy do moich ulubieńców, ale oryginalna odmiana rzeczowników przez przypadki też jest świetnym pomysłem). Postaciom głosów użyczyli Piotr Adamczyk, Daniel Olbrychski i Witold Pyrkosz, ale bije ich na głowę Artur Barciś mówiący z włoskim akcentem oraz ojciec i syn Zientarscy.

Hudson Hornet.
Po czwarte, ścieżka dźwiękowa. Zaczyna Sheryl Crow z bardzo energetycznym "Real Gone", zamyka John Mayer z "Route 66", po drodze jest jeszcze Randy Newman, który chyba sczezłby marnie, gdyby nie umieścił w jakimś  filmie animowanym swojej kompozycji i Rascal Flatts z "Life Is A Highway", którego dźwięki i słowa sprawiają, że aż chce się usiąść za kółkiem i jechać przed siebie (jednakowoż nie mam prawa jazdy). Wszystko to aż krzyczy "Midwest", nawet mocniej niż w "Real Steel".

Czy polecam? Bezwarunkowo. "Auta" to film, w którym Pixar pokazuje klasę nie tylko animacji, ale i scenariusza (co ostatnio zdarza mu się coraz rzadziej), przy którym świetnie za nawet setnym seansem będzie się bawić cała rodzina. Uwierzcie mi, przetestowaliśmy to na sobie.
 

Auta (2006)
Reżyseria: John Lasseter, Joe Ranft
Scenariusz: Dan Fogelman, John Lassseter, Joe Ranft, Kiel Murray, Phil Lorin, Jorgen Klubien
Gwiazdy: Owen Wilson, Paul Newman, Daniel Olbrychski, Artur Barciś i inni

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.